Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfik: DBPH Dytor Special #1
Dodane przez Gokusiek dnia 05-01-2011 22:10

  
"Dyter Special - rozdział #01"



Mały transportowiec z Kanassy zbliżał się do Glacierpolis, mroźnej stolicy równie chłodnej planety Changelingów.
Na pokładzie pojazdu, w rzędach po trzy fotele, siedziała grupka żołnierzy. Dyter, spoglądając na nich, stwierdził, że dziwolągi ich pokroju muszą pochodzić cyrku. Zastanawiał się nawet czy z jakiegoś przypadkiem nie uciekli. Dwóch jego sąsiadów, gdyż czerwonoskóry zajmował środkowe miejsce w swoim rzędzie, wydawało się najgorszych w całym tym towarzystwie. Siedzący po prawej, przypominający niebieską żabę knypek, okropnie capił. To jedyne określenie jakie można było przypisać drażniącemu nozdrza fetorowi.
Srebrnowłosy postanowił dokładniej zlokalizować źródło smrodu. Po kilku głębszych "sztachach" stwierdził, że woń wydobywa się z obuwia delikwenta. Dyter był zszokowany. Buty, które nosił jego sąsiad zaprojektowane były na teren bagnisty, więc z założenia nie przepuszczały wody, ani powietrza. Mimo to, smród znajdował drogę na zewnątrz. Jara-jin słyszał już powiedzenie, że we wszechświecie istnieją rzeczy, o których się filozofom nie śniło, ale nigdy nie myślał, że przekona się o tym w tak obrzydliwy sposób.
Żabopodobny najwyraźniej cierpiał z powodu swędzących stóp, ponieważ co chwilę pocierał jedna o drugą. Grube obuwie nie pozwalało mu zaznać ukojenia, wyciągnął więc z kieszeni przedmiot przypominający pointer do cybernotesu, wsunął go sobie w but i zaczął skrzętnie drapać się między paluchami. Po chwili wyjął przyrząd z powrotem. i zbliżył go do czegoś na kształt nosa, porządnie się zaciągając. Dyterowi zrobiło się niedobrze. Szybko odwrócił głowę.
Jego drugim sąsiadem był przypominający szkielet, i równie blady osobnik. Skóra wyglądała jakby została naciągnięta na niego siłą, a siwo-niebieskie włosy potęgowały upiorny wygląd. Trupiopodobne indywiduum, najwyraźniej z nudów, grzebało sobie w nosie. Gdy zauważyło zainteresowanie czerwonego sąsiada wyciągnęło palec, aby pochwalić się swoim znaleziskiem, jak rasowy poszukiwacz cennych kruszców.
Dyter zapadł się w miękkim obiciu fotela. Pomyślał, że jeśli nie będzie widoczny, przestanie istnieć. Jednak nie było mu to dane. Żabi jegomość, postanowił zdjąć buty i pohuśtać nogami, aby i one zaczerpnęły trochę świeżego powietrza. Ta kropla przelała czarę. Jara-jin wystrzelił z siedzenia jakby miał katapultę wbudowaną w fotel. Zrobił zaledwie kilka kroków, a drogę zasłonił mu masywny żołnierz o ciemnobrązowej skórze.
- Dokąd to idziemy? - zapytał dość nieprzyjemnym tonem.
- Chciałem trochę rozprostować nogi, i się... eee... przewietrzyć, panie sierżancie - zwrócił się do osobnika Dyter, zauważając jego dystynkcje na pancerzu.
- A co to, kurwa!? Rejs wycieczkowy dookoła Adżuriis?! Może mam szanownemu panu jeszcze podać drinki, przekąski i ładną dupcię!? - wydarł się potężny wojownik.
- Co do przekąsek, to podziękuję, ale to ostatnie chętnie - odparł Dyter.
- Siadaj, kurwa, na miejscu, albo zaraz kopnę cię w dupę tak mocno, że poczujesz smak mojej podeszwy w gardle! - wywrzeszczał rozkaz sierżant.
Dyter, jak spanikowany baranek, który pędzi w stronę urwiska, nie patrząc gdzie zmierza, byleby uciec, wskoczył na jedno z siedzeń. Miał pecha, bo nie należało ono do niego. Ba, nie było nawet puste. W pomieszczeniu rozległy się krzyki, gdy poirytowani żołnierze, próbując pozbyć się delikwenta przepychali go na inne siedzenie: "Złaź ze mnie, zabieraj mi rękę z uda, moje oko, ała, nie wsadzaj mi... włosów do ust". Po kilku takich transferach Dyter powrócił w końcu na swoje miejsce. Do panów, których w myślach ochrzcił "grzybicą" i "górnikiem".
- I po co mi to było? - zapytał sam siebie Dyter, chowając twarz w dłonie.

Statek wylądował na głównym lądowisku stolicy. Żołnierze kolejno wychodzili z pojazdu. Ostatnim, który miał opuścić go był Dyter.
- Ahh jak to dobrze poczuć świeże powietrze - powiedział do siebie, robiąc głęboki wdech. Nagle poczuł, że powietrze, które miało mu pomóc zapomnieć o przykrym zapachu panującym w transportowcu, mało nie zamieniło jego płuc w dwa wypełnione lodem organiczne worki. Dyter susem ratańskiego skoczka znalazł się z powrotem na pokładzie.
- A ty tu czego? Wynocha! Już! - krzyknął sierżant.
- Ale tam jest strasznie zimno! - protestował Dyter.
- Mam tu coś co cię rozgrzeje - powiedział brązowy, po czym wpakował nieduży ładunek ki prosto we włosy czerwonego. Dyter z krzykiem i płonącą głową wybiegł po rampie ze statku. Rzucił się na ziemię i zaczął turlać. Po kilku chwilach udało mu się ugasić, pożar, ale pieczenie, swąd spalenizny i wstyd, po tym jak został wyśmiany przez kilku żołnierzy pozostały. Dyter leżąc na ziemi westchnął ciężko, i zadał sobie pytanie:
- I po co mi to było?
Nagle obok niego pojawiła się wyciągnięta błękitna dłoń. Gest oferty pomocy, z której czerwony skorzystał i już po chwili powrócił do pionu.
- Jestem Zyrion - przedstawił się błękitnoskóry Monsturn, któremu długie zielone włosy spływały na twarz. Jego dolna warga ozdobiona była kilkoma złotymi kolczykami. Podobnie zresztą jak w nos.
- A ja Dyter, dzięki za pomoc.
- Nie ma sprawy.
- Ciebie też tu zesłali? - zapytał Dyter.
- Powiedzmy, ale dla mnie to nawet lepiej, wiesz, to w końcu moja rodzinna planeta.
- Chciałbym mieć tyle szczęścia. Na mojej planecie temperatura nie schodzi poniżej trzydziestu kresek, a tutaj zaczynam zamarzać - powiedział Dyter szczękając zębami.
- Współczuję. To co teraz robimy? - zadał pytanie Zyrion. Nagle jakby w odpowiedzi z głośnika dobiegł lekko zniekształcony głos.
- Wszyscy nowoprzybyli żołnierze mają stawić się do centrum rekrutacyjnego w celu otrzymania przydziału. Wszyscy... - powtarzał w nieskończoność beznamiętny kobiecy głos.
- Uważam, że powinniśmy stawić się do centrum rekrutacyjnego w celu otrzymania przydziału - odpowiedział cwaniacko Jara-jin.

Dyter czekał na Zyriona z cyfronotesem w ręku. Przeglądał dane, ale wcisnął o jeden guzik za dużo. Urządzenie przestawiło się na język Changelingów. Był to problem, ponieważ Dyter nie potrafił wycofać się z tej opcji. Co prawda kiedyś w szkole uczono go podstaw mowy zimnokrwistych, ale nigdy nie radził sobie z tym najlepiej.
Z braku innego wyjścia postanowił jednak połamać sobie język i głowę w odczytywaniu oraz odszyfrowywaniu znaczków przypominających trochę płatki śniegu. Trwało to dobre pięć minut. Mimo starań, nie podołał zadaniu i większość treści pozostała zagadką. Jego język zaczął zawiązywać się w supeł, a mózg powoli lasować. Gdyby nie przybycie Zyriona, Dyterowi groziło przeistoczenie się w niemowę z poważnymi uszkodzeniami mózgu.
- Gdzie dostałeś przydział? - zapytał ponurym głosem Monsturn.
- No powiedziałbym ci gdybym umiał przestawić to cholerstwo - wkurzał się Dyter. Zyrion przyjrzał się bliżej problemowi kolegi i za magicznym naciśnięciem kilku guzików, urządzenie wróciło do wspólnej mowy.
- W końcu. Stacja "Bezimienny". Tak się to coś nazywa - przeczytał z nutka tryumfu w głosie czerwony. Wygrał najcięższy pojedynek - mózgu istoty myślącej przeciwko lekkiemu procesorowi marki mk I. Wynik starcia był przesądzony. Kombinacja zer i jedynek to broń, której Dyter nie mógł sprostać bez pomocy z zewnątrz.
- Ja też tam dostałem - stwierdził ponuro błękitnoskóry.
- Fajnie, przynajmniej będę już kogoś znał na starcie.
- Nie cieszyłbym się tak na twoim miejscu. Ta stacja to znajduje się w najzimniejszej części planety. Przygotuj się na przymrozki, gdzie słupek rtęci spada do minus sześćdziesięciu.
Dyter wzdrygnął się samą myśl o tym co go czeka. Zaczął teraz żałować, że pojedynek z maszyną nie zlasował mu mózgu. Przynajmniej położyliby go do ciepłego łóżka.

Przez kolejne kilka dni, które miał spędzić w stolicy oczekując na transport do stacji, Dyter wszelkimi sposobami starał się uniknąć losu zamiany w lód o smaku Jara-jina. Przyznał jednak w myślach z przechwałką, że pewnie nieźle by wtedy smakował, skoro większość kobiet, jakie spotkał miały ochotę go lizać. Mimo to kombinował. Próbował wszystkiego. Pisał wnioski do zarządcy biura rekrutacyjnego, symulował chorobę, próbował przekupstwa, hazardu, seksapilu, aby zjednać sobie wyżej postawione kobiety, próbował nawet wmówić jednemu z lekarzy, że tak skrajne zimno może spowodować impotencję, gdyż członek przymarznie do uda. Wszystkie próby zakończyły się fiaskiem. Gdy do wyznaczonego terminu odlotu pozostało jedynie kilkanaście godzin, Dyter poddał się zupełnie. Stał przed wojskową kolumną informacyjną. Nie czytał ogłoszeń, ale wbijał sobie ich treść do głowy. Dosłownie.
- Głupi, głupi, głupi - mówił do siebie, systematycznie uderzając głową w kolumnę. - Po co ci to było? Po co ci to było? - kontynuował swoją masochistyczną czynność Jara-jin. Najwyraźniej, jedno z kolejnych uderzeń było zbyt silne, ponieważ zamroczony Dyter upadł na ziemię. Na głowę, zleciało mu jedno z ogłoszeń, całkowicie, zasłaniając twarz. Czerwonoskóry z gniewem złapał papier i miał już go podrzeć, gdy odruchowo przeczytał zapisaną na nim treść. "Wszystkich chętnych żołnierzy ze znajomością pracy w biurze zapraszamy na casting w sprawię pracy asystenta."
Dyter nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu, to mogło być jego koło ratunkowe. Pomyślał przez chwilę o Zyrionie, jednak po krótkim na zastanowieniu stwierdził, że jest to sytuacja, gdzie każdy musi dbać o własną skórę. Poza tym, dodatkowa konkurencja była mu stanowczo nie na rękę. Szybko rozejrzał się czy nikt nie patrzy, po czym ładunkiem energetycznym spalił kartkę i pobiegł na casting.

W poczekalni siedziało około piętnastu chętnych na stanowisko asystenta. Dyter przybył ostatni, przez co umieszczono go na końcu kolejki, jednak nikt po nim już się nie zjawił. Czerwonoskóry miał, więc pewność, że chytry plan odcięcia innych potencjalnych kandydatów od informacji się powiódł. Zlustrował swoich konkurentów. Kilku Monsturnów, jakiś podobny do gada osobnik, paru przedstawicieli ras, których nie rozpoznawał i jeden Magpier, posiadający czarne, pióra ostry spiczasty dziób, oraz dwoje świdrujących czarnych oczu, które były w stanie wychwycić nawet najmniejszy ruch. Dyter, co nieco wiedział o tej rasie. Magpiery bardzo lubiły błyskotki i wszystkie rzeczy, które się świecą bądź błyszczą. Zresztą widać to było na pierwszy rzut oka ponieważ miał wpięte w pióra mnóstwo złotych i srebrnych spinek. Czerwony postanowił wykorzystać tę wiedzę. Wyciągnął z kieszeni jojo imitujące srebrny dysk i zaczął się nim bawić. Wszyscy odruchowo zwrócili na niego uwagę, ale szybko stracili zainteresowanie, oprócz jednej osoby. Magpier nie mógł oderwać oczu od błyszczącej zabawki. Dyter nęcił, puszczając jojo w górę i w dół, do przodu i do tyłu. Opierzony mężczyzna był już na granicy wytrzymałości. Czerwony dobrze o tym wiedział.
- Chcesz? - zapytał po cichu sąsiada. Magpier przytaknął ruchem głowy. Dyter pozwolił, aby jojo wróciło do jego do dłoni, po czym przysunął się bliżej. Czarnopióry już wyciągnął ręce, aby odebrać upragnione świecidełko, gdy w ostatniej chwili Jara-jin i puścił zabawkę z dużą siłą do przodu.
- To łap!
Magpier zadziałał instynktownie, puszczając się susem za zdobyczą. Jednak w połowie drogi jojo zatrzymało się i wróciło do właściciela, a amator błyskotek poleciał dalej. Dźwięk tłuczonego szkła, który rozległ się, gdy opierzony wylatywał przez zamknięte okno, po chwili się powtórzył. Towarzyszył mu odgłos wgniatanej karoserii. Magpier, wylatując poza budynek musiał zderzyć się z nisko przelatującym aerochodem. Do pomieszczenia wpadł żołnierz zaalarmowany dziwnymi dźwiękami.
- Co tu się dzieje?! - zapytał, niemalże krzycząc.
- Chyba nie wytrzymał presji - stwierdził, ze spokojem Dyter. Żołnierz tylko popatrzył przez okno, po czym wybiegł na zewnątrz, wzywając przez scouter służby medyczne. "Jeden z głowy, zostało jeszcze trzynastu" pomyślał czerwonoskóry. Reszta kandydatów na stanowisko asystenta odsunęła się od niego, jak gdyby byli w stanie słyszeć jego myśli.

W końcu nadeszła kolej Dytera. W gabinecie, do którego go zaproszono, za biurkiem siedział fioletowy Chinwiskers. Gładził swoje skórzaste wąsy, oceniając kandydata. Czerwony pomyślał, że od tej rozmowy zależy wszystko i za żadne skarby nie może jej schrzanić.
Usiadł na krześle naprzeciwko swojego przyszłego pracodawcy - przynajmniej taką miał nadzieję. Kiedyś dowiedział, się że pozytywne nastawienie, dobra motywacja i afirmacja mogą zdziałać cuda, więc postanowił skorzystać z tych rad. Szybko rzucił okiem na pomieszczenie. Przestronne, z dużym oknem umiejscowionym, za Chinwiskersem. Zerknął też szybko na biurko. Patrząc na rozłożone papiery, starał się wyłapać chociaż strzępki informacji, które mogłyby mu jakoś pomóc. Powodowały nim strach zmieszany z desperacją, przez co jego olewcza w stosunku do życia postawa w tej sytuacji straciła rację bytu. Chinwiskersowi przejrzenie kartoteki kandydata zajęło kilka minut. Wyglądało jakby specjalnie to przeciągał. Odłożył jednak teczkę i zapytał:
- Dlaczego chce pan dla mnie pracować?
- Bo bycie asystentem to bardzo ambitna praca, której chciałbym spróbować - skłamał, aby podnieść swoje notowania w oczach fioletowego Dyter.
- Rozumiem. Niech mi pan powie jakie ma pan doświadczenie zawodowe, bo pan jako jedyny nie przyniósł, że sobą życiorysu, a informacje w kartotekach przez bałagan w archiwach często bywają niekompletne.
- No więc, najpierw pracowałem w klubie bokserskim na Jaranii, ale zwolniłem się stamtąd i zatrudniłem
jako goniec w pewnej firmie. Awansowałem tam, później na asystenta dyrektora, ale zostałem zwolniony dyscyplinarnie - mówił Dyter. Był świadomy, że to stawia go w złym świetle, ale przekonanie że Chiwiskers sprawdza jego prawdomówność nie dawało mu spokoju.
- Z powodu?
- No... eee... romans z córką szefa - odparł lekko zmieszany Jara-jin. W normalnej sytuacji szczyciłby się tym ponad miarę, kazałby przypinać sobie ordery i zażądał tytułu podrywacza wszechczasów. Jednak to nie była normalna sytuacja.
- Rozumiem co dalej?
- Później była jeszcze mała przygoda w lokalu ze striptizem, gdzie...
- Oszczędź mi szczegółów - przerwał wypowiedź czerwonego Chwinwiskers.
- Później wstąpiłem do wojska, a teraz jestem tutaj - skończył wypowiedź Jaran. Pominął co prawda kilka incydentów jakie przydarzyły mu się w armii, ale chciał dostać tę pracę, a wyjście na jaw kilku jego wybryków na pewno przekreśliłoby tę szansę. Nadal obawiał się, że fioletowy go sprawdza, ale postanowił zaryzykować.
- Dobrze. Podsumowując. Zaimponowałeś mi - stwierdził opierając podbródek na splecionych dłoniach fioletowy.
- Ja?
- Tak, sposób w jaki pozbyłeś się kilku swoich konkurentów był godny podziwu. Choć numer z tym Magpierem był najbardziej widowiskowy. - Na twarzy Chinwiskersa pojawił się uśmiech.
- Ale jak wie... - zapytał zszokowany Dyter.
- Kamery bezpieczeństwa. Powiedz mi skąd wiedziałeś, że rzucone palące się pismo tak poruszy tego Gatorso'a?
- A więc tak nazywa się ta rasa gadów - stwierdził z namysłem w głosie Dyter. - Nie pamiętałem dokładnie nazwy, ale wiedziałem, że oni są bardzo wrażliwi na ogień, Gdy wznieciłem ten mały pożar on rzucił się do gaszenia. Taka jest jego natura. Instynkt czy coś w tym stylu, bo podobno oni żyją w suchych i gęsto zalesionych obszarach i każdy pożar może skończyć się tragedią. - Przerwał na chwilę jakby się nad czymś zastanawiał. - Kiedy już gasił ten ogień wściekł się i chciał mnie zaatakować za rozniecenie ognia i wtedy twoi ochroniarze go wywalili.
- No dobrze, a ten Monsturn?
- Po prostu widziałem, że zaczął się mnie bać, po tym co zrobiłem, więc zacząłem się po prostu w niego wpatrywać. W końcu nie wytrzymał i sam uciekł.
- Skąd tyle wiesz o rasach i zachowaniach? Studiowałeś xeno-behawioralizm? Choć nie wydaje mi się - stwierdził wprost Chinwiskers.
- Powiedzmy. Cóż, jak się piję tyle co ja, z każdym kto jest pod ręką, wtedy człowiek dowiaduję się wielu rzeczy... znaczy chciałem powiedzieć... - stwierdził Dyter, czując, że popełnił gafę.
- Przejrzałem twoją kartotekę. Nielegalne pędzenie bimbru na służbie, handel wyposażeniem armii, za co cię zresztą tutaj przenieśli - powiedział beznamiętnie fioletowy. Jara-jin poczuł, że zaczyna się pocić.
- Zobaczyłem co tutaj się działo i wiem, że jesteś cwaniakiem i draniem, a ja potrzebuję właśnie kogoś takiego. A, i jeszcze jedno, jestem Kivi.
- Dziękuję, panie Kivi - odparł Dyter, z ulgą w głosie.

Niewysoki, czerwonoskóry osobnik nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Udało mu się wywinąć z najgorszej rzeczy jaka miała mu się przytrafić w życiu. "No, drugiej najgorszej" pomyślał, przypominając sobie, że kiedyś po pijanemu pomylił drag queen z dziewczyną. Dyter podążał za Kivim, który chciał go wprowadzić w nowe obowiązki i życie jednostki wojskowej. Fioletowy, pokazał mu nową kwaterę, wyjaśnił rozmieszczenie pomieszczeń, po czym zaczął omawiać szczegóły jego nowej pracy.
- W tej chwili na Core prowadzimy pewne operacje, do których będę potrzebował kogoś takiego jak ty. Na początek papierkowa robota. Będziesz znosił dokumentacje, robił odbitki, kopiował bazy danych, wypełniał formularze i wnioski, a także dostarczał paczki i wiadomości - zaczął wyliczać Chinwiskers.
- Do tego chyba nie potrzeba cwaniaka - zauważył Dyter.
- Fakt do tego nie, ale widzisz, nie wszystko będzie do końca legalne i potrzebuję kogoś, kto nie da się przyłapać, wejdzie tam gdzie nie powinien, lub odwróci uwagę wtedy, gdy będzie trzeba. Rozumiemy się?
- Co będę z tego miał?
- Znaczy oprócz uniknięcia jedzenia kostek lodu na śniadanie, obiad i kolację?
- Eee... noo.
- Zrozum, że ja nigdy nie pakuję się w sytuację, w której nie orientuję się w gruncie. Jak myślisz, czemu przerwy między przyjmowaniem kandydatów tak długo trwały? Ściągałem dane na wasz temat. Ale nie bój się otrzymasz zapłatę, powiedzmy dwukrotny standardowy żołd.
- Trzykrotny - odparł pewny siebie Dyter. Kivi spojrzał na niego spod fioletowych łuków brwiowych. - Człowiek musi jakoś przeżyć w tych ciężkich czasach - dodał czerwonoskóry.
- Uważaj, żeby dopiero nie było ci ciężko - odburknął Kivi. - Ale zgoda, trzykrotny żołd, a teraz wracaj do siebie i urządź się w nowym domu.

Dyter, siedząc w swojej kwaterze zastanawiał się co się stało z Zyrionem. Było mu trochę głupio, że wystawił go do wiatru, po tym jak Monsturn pomógł mu na lądowisku, ale lepsze to niż odmrażanie sobie tyłka. Czerwony szybko rozgościł się w nowej kwaterze. Podobało mu się, że będzie mógł spać sam, a nie jak poprzednio na wspólnej sali. W porównaniu z warunkami jakich doświadczył do tej pory, były to wręcz luksusy. Własny holowizor, miękkie, wygodne łóżko, widok na panoramę miasta i parę oczywistych udogodnień.
Nagle jego scouter zapiszczał głośno. Założył go po czym nacisnął guzik odbioru połączenia.
- O co chodzi?
- Dyter?
- Tak, a kto mówi?
- To ja Zyrion, poznaliśmy się kilka dni temu.
- A tak, tak. Co tam u ciebie chłopie? Jak żyjesz w tej lodówce?
- Co ty, żadna lodówka, okazało się, że z ostatnim przydziałem wkradł się błąd.
- To znaczy?
- Stacja ma już pełną załogę i nas odesłali gdzie indziej.
- To znaczy gdzie?
- Do ochrony największego kompleksu rozrywkowego na planecie. Dowództwo uznało, że to wielkie kasyno-kino-hotel ma duże znaczenie w utrzymaniu wysokiego morale ludności cywilnej, no i daje też spory przychód, więc jesteśmy jako ochrona. Wcielili nas do personelu i, człowieku, jest super. Mamy praktycznie wszystko za darmo. To przeniesienie to najlepsza rzecz jaka mi się przydarzyła w życiu. Dobra, kończę, chłopie. Cześć.
- Cześć - odparł Dyter.
"Kasyno-kino-hotel, za darmo?" pomyślał, Na usta cisnęło mu się tylko jedno słowo, które mogło oddać powagę, jego sytuacji. - "Kurwa".
On będzie musiał harować jak wół, a ten błękitnoskóry laluś popija drinki z lodem i palemką za darmo.
- Nie ma sprawiedliwości na tym świecie, po prostu nie ma - powiedział do siebie, po czym rzucił scouter w kąt pokoju.

Kolejne dni w życiu Jara-jina nie były usłane różami. Można by powiedzieć, że zostały wyłożone gwoździami. I to takimi, które przy nadepnięciu nie gną się, tylko wbijają głęboko w stopę. Kivi zażyczył sobie ogromną ilość danych. Czerwonoskóry doszedł do wniosku, że Chinwiskers chce na swoim biurku wszystko co zostało kiedykolwiek zarchiwizowane na tym dryfującym w kosmosie kawałku lodu.
Część danych była ogólnie dostępna, nie ułatwiało to jednak zadania Dyterowi. Biegał do niezliczonych urzędów, archiwów, bibliotek, agencji. Zajrzał nawet do centrum spisu powszechnego mieszkańców planety. Teoretycznie mógł po prostu zażądać informacji dla armii, ale bulwogłowy życzył sobie, aby udział ludzi księcia był jak najmniej widoczny.
Najpierw podawał się za studenta zbierającego materiały do pracy, jednakże szybko zmienił swoją strategię. Nie wszyscy chcieli uwierzyć w jego wersję. Zwłaszcza, że odwiedzając pierwsze miejsce na swojej długiej liście przystanków miał na sobie uniform normalnie noszony pod zbroją. Zreflektował się i następnym razem odziany był już w ubranie cywilne. Podawał się za reportera szukającego tematu.
Niejednokrotnie, gdy chodziło o mniej dostępne dane, musiał uciekać się do różnych sztuczek. Tak więc, zdołał przekupić Monsturna, który zarządzał spisem więźniów na Xenomorf, Seth-jina strzegącego wejścia do banku danych punktów strategicznych wziął hazardem, a kobiety, której rasy Dyter nie rozpoznawał, po prostu wysłuchał, po czym zaczął podrywać. Gdy dziewczyna wyszła "przypudrować nosek" on zwinął potrzebne dokumenty i zniknął z szybkością kosmicznej burzy. Przez pewien czas był z siebie bardzo zadowolony. Stał się chodzącą pochwałą cwaniactwa. Musiał jedynie spotkać się z przełożonym.

Gdy teczki i cyfronotesy uderzyły o biurku w gabinecie Kiviego, wydały z siebie głuchy huk. Chinwiskers, drapiąc się po jednym wąsie, spojrzał na asystenta. Ten, z uśmiechem tryumfu na twarzy rozciągającym się od ucha do ucha usiadł na krześle.
- Co ci tak wesoło? - zapytał fioletowy.
- No a jak ma mi być? Od dziś mów na mnie. Dyter, Asystent Dyter - odparł zadowolony z siebie Jara-jin, po czym położył nogi na biurku, w miejscu, gdzie było w miarę mało szarych teczek. Kivi zepchnął jego nogi, po czym dodał od siebie:
- To wszystko miało być na przedwczoraj, więc jeśli myślisz, że za spieprzoną robotę zapłacę ci choć kredyta to jesteś albo wielkim optymistą, albo wielkim idiotą.
Dyterowi mina automatycznie zrzedła.
- Ale jak spieprzoną robotę? Męczyłem się, żeby to dla ciebie zdobyć, a ty mówisz, że spieprzyłem. Co ty sobie myślisz?! Żądam kasiory za to wszystko i to ciężkiej! - krzyknął zdenerwowany Dyter.
- Naprawdę, a żądasz też biletu w jedną stronę na stację "bezimiennego"? Na pewno uszczęśliwisz jakąś biedną duszę zajmując jej miejsce - odpowiedział Kivi, powtarzając gest Dytera, czyli umieszczając nogi na biurku. Czerwonoskóremu rzadko kiedy brakowało gotowej riposty, jednak to była właśnie taka sytuacja.
- No więc, co teraz? - zapytał, zbity z tropu.
- Znaj moje dobre serce. Zgodziłem się na potrójny żołd dla ciebie, jednak spieprzyłeś robotę i nie powinieneś dostać praktycznie nic, ale mam dziś dzień dobroci dla asystentów. Dostaniesz standardowy żołd. Co ty na to? Zgadzasz czy robisz odjeżdżasz pierwszym ekspresem?
- Zgadzam się, panie Kivi. Co mam teraz zrobić? - odparł ponurym głosem srebrnowłosy.
- Na razie nic. Jak będę cię potrzebował to skontaktuje się, a teraz zajmij się swoimi sprawami - odparł Kivi. przeglądając jedną z teczek, po czym gestem ręki odprawił asystenta.
Dyter opuścił pomieszczenie i skierował się do swojego pokoju. Czuł się oszukany. "Ten Chinwiskers to wszystko zaplanował. Zgodził się na potrójny żołd, bo ustanawiając mi termin niemożliwy do zrealizowania wiedział, że się nie wyrobię" doszedł do wniosku. Idąc korytarzem musiał przyznać jedno. Trafił na godnego przeciwnika.

Kolejne dwa dni upłynęły Dyterowi na wypełnianiu formularzy, wniosków, podań i druków, których funkcji nie potrafił do końca określić. Bywały momenty, że nie czuł już ręki i wkładał sobie długopis do ust, aby pisać dalej. Każdy normalna osoba nabazgrałaby jedynie niezrozumiałe szlaczki trzymając w ten sposób pisak. Jednak nie Dyter. On miał w tym praktykę. Niejeden raz, jeszcze na rodzinnej planecie, zdarzało mu się być ostatnim klientem baru. Właściciel chciał go odnieść do domu i najważniejszym wtedy okazywało się podanie adresu. Bywało jednak, że czerwonoskóry nie był w stanie ruszyć jakąkolwiek kończyną. Wydobycie z siebie dźwięku oprócz jęknięcia także nie wchodziło w grę. Dlatego musiał posiąść trudną umiejętność pisania zębami.
Gdy barman wciskał mu do buzi długopis i przysuwał kartkę pod nos., pisanie "bez trzymanki" okazywało się jedynym rozwiązaniem. W tym wypadku także się sprawdzało.
Dyter nie mógł zrozumieć, tylko jednej rzeczy. Czemu Changelingom tak bardzo zależy, aby wszystkie wnioski, oprócz wpisu elektronicznego miały swój odpowiednik na papierze. Doszedł szybko do wniosku, że albo zmiennokształtni mają coś z głową, co wydało mu się bardziej prawdopodobne, albo chcą pognębić wszystkich urzędników w Imperium. Druga opcja była równie możliwym wytłumaczeniem.
Praca zajęła mu kilka dobrych godzin. Gdy skończył, odetchnął z ulgą. Odpoczął chwilę, po czym spakował wszystkie papiery i udał się do swojego szefa. Nie zastał Kiviego w biurze, postanowił więc wypytać kręcących się niedaleko żołnierzy, czy nie widzieli Chinwiskersa. Po kilku podejściach dowiedział się, że fioletowy wąsacz poszedł do restauracji położonej dość blisko jednostki wojskowej. Stanął przed wyborem. Poszukać szefa w restauracji i wręczyć mu papiery na miejscu, czy poczekać na niego tutaj.
"Nie jestem taki głupi. Dwa razy nie dam się złapać na numer z przegapionym terminem" pomyślał Dyter, po czym szybkim krokiem udał się w stronę wyjścia.

Restauracja była bardzo przestronnym miejscem. Mieściło tu się około trzydziestu okrągłych stołów rozstawionych kilka metrów od siebie. Dyter przeleciał wzrokiem po pomieszczeniu. Nie zauważył, co prawda swojego przełożonego, ale w jego polu widzenia znalazły się inne ciekawe rzeczy. Przy stoliku umiejscowionym obok jednej ze ścian siedziały dwie kobiety. Zielonowłosa Monsturnka z liczna biżuterią, oraz kobieta z rasy Spikecrown o gładkiej kremowej cerze. Przed Dyterem pojawił się już drugi dzisiaj bardzo poważny wybór. Poszukać Kiviego, czy raczej spróbować poderwać te dwie dziewczyny. Decyzja nie należała do łatwych. Przynajmniej na początku. Chuć Dytera szybko wzięła górę nad rozsądkiem.
"Zapieprzam jak niewolnik. Mnie też należy się coś od życia" pomyślał, po czym przystąpił do frontalnego ataku.
- Witajcie, piękne panie, czy można się przysiąść? - zapytał dla formalności, jednocześnie zajmując miejsce przy stole. Posiadaczka kolców chciała odpowiedzieć, że nie bardzo, ale widząc zachowanie mężczyzny zrobiła jedynie kwaśną minę.
- Witaj, cudna, jak cię zwą? - zaczął Dyter kierując swoje słowa do Spikecrownki. Czerwony z doświadczenia wiedział, że najlepszym sposobem na podryw jest patrzenie głęboko w oczy. Spojrzenie pełne udawanego zauroczenia jest w stanie przełamać każde lody. Zerkanie na biust czy na tyłek automatycznie eliminuje amanta u wielu kobiet.
- Nic ci do tego, mały, spadaj, czekamy tu na kogoś - odparła niezadowolona kobieta.
- Dyter, niezrażony pierwszą porażką, kontynuował natarcie.
- W każdym razie twoje kolce w tym świetle sprawiają wrażanie diamentów osadzonych w najpiękniejszym popiersiu, jakie w życiu widziałem... - zaczął Dyter namiętnym tonem. - Chciałem także nadmienić - odparł nieco ciszej, aby tylko ona mogła usłyszeć - że część wykraczająca poza popiersie także wywarła na mnie ogromne wrażanie...
- Odpuść sobie facet, jeśli nie chcesz mieć tych diamentów w tyłku! - odparła chamskim tonem.
Umysł Dytera pracował niczym komputer analityczny. Wszystkie informacje jakie do niego docierały były natychmiast przetwarzane. Czerwonoskóry, obserwując dziewczyny, zauważył parę ważnych detali. Ta, która w tak nieuprzejmy sposób odpierała jego ataki, zaliczała się do tak zwanych kobiet wyzwolonych, które uważają, że poradzą sobie dobrze i bez faceta. Taki typ obiektu adoracji był wrogiem każdego rasowego podrywacza. Niejeden z nich poległ już na samym początku rozmowy. Dlatego też, mimo, że Dyter cenił swoje umiejętności bardzo wysoko, szanse w tym przypadku widział marnie. Druga kobieta natomiast przez całą jego akcję nie odezwała się ani słowem. Dyter lubił nazywać ten gatunek "cichą dziewicą". Nieśmiała, dziewczyna, która z dobroci serca zgadza się prawię na wszystko, a konsekwencje przychodzą później.
Widząc, że lewa flanka jest słabo chroniona, postanowił przekierować siłę uderzenia w to właśnie miejsce.
- Wybacz moja piękna, że cię pominąłem ale przez chwilę wydawało mi się, że jesteś boginią piękności i nie możesz być prawdziwa... Mógłbym skosztować twojej boskości? - zaatakował tym razem bardziej bezpośrednio. Zielonowłosa, najwyraźniej zmieszana, chciała już coś odpowiedzieć. Jednak nie było jej to dane.
- Głuchy czy głupi!? Powiedziałam wynocha! - ryknęła wściekła kremowoskóra kumulując w dłoni ładunek ki.
- Nie gorączkuj się tak, już idę! - zaczął bronić się Dyter. Prawdopodobnie zostałby uśmiercony przez wściekłą babę, gdyby nie uratował go głos dochodzący zza jego pleców.
- Co się tutaj dzieje?
Cała trójka spojrzała w tę samą stronę. Za Dyterem stał zdziwiony Chinwiskers przyglądający się całemu zajściu.
- O, panie Kivi, dobrze, że pana znalazłem. Chciałem oddać papiery, które wypełniłem - pierwszy wypalił Dyter.
- Podrywając dziewczyny? - zapytał wąsacz. - Jeśli tak ma wyglądać nasza współpraca, to kupuj ciepły szalik, albo co najmniej zaciskaj pasa. Zapamiętaj sobie, czerwony, praca najpierw, przyjemności potem.
- To wy się znacie? - zdziwiła się Spikecrownka.
- To mój nowy asystent - odparł Kivi.
- W takim razie niech zostanie z nami - stwierdziła Monsturnka. - Tylko usiądź bliżej mnie, bo Alora cię jeszcze zabije. A właśnie ja jestem Zaria, a to jest Alora - Wskazała na przyjaciółkę. Kremowoskóra podniosła tylko rękę w geście powitania, po czym usiadła z kwaśną miną. Dyter odebrał zaproszenie do zajęcia miejsca obok dziewczyny jako potwierdzenie, iż podryw się udał.
- Muszę przyznać, że masz gadane - stwierdziła Zaria.
- Się wie, pielęgnuję tę cechę już od wielu lat. Powiedz, co chciałaś mi odpowiedź zanim pani "wulkan" na mnie naskoczyła?
- Że jeśli chcesz skosztować boskości to idź poliż sobie kapłana w świątyni - odparła po chwilowym zastanowieniu Zaria. Cała trójka wybuchła śmiechem, gdy uśmiech na twarzy Dytera zmienił się w grymas rozczarowania.
"Cholera, podwójny kosz, to mi się jeszcze nie zdarzyło. Może to przez to zimno?" pomyślał Jara-jin, obserwując śmiejących się towarzyszy.

Przez kolejne dni, oprócz pracy zajmował się rozpoznaniem. Udało mu się zwiedzić całą bazę, a bar nawet kilkukrotnie. Poznał wiele osób, w tym Dodorię i Ginyu, a także nawiązał wiele kontaktów, które mogły mu przynieść korzyści w przyszłości. Dobre życie z kwatermistrzem oznaczało odpalenie kilku fantów po cichu, a jeśli miało się za przyjaciela barmana można było dostać zniżkę na alkohol. W wielu rzeczach Dyter był dobry. Jedną z nich było uprzyjemnianie sobie pobytu, gdziekolwiek by się nie znalazł. W tej właśnie kwestii Jara-jin wtargnął do kwater Zarii i Alory.

Zielonowłosa Monsturnka leżała na kanapie z zamkniętymi oczyma i nie zauważyła, gdy intruz wparował do pomieszczenia.
- Cześć! - rzucił głośno Dyter. Zaria poderwała się, lekko wystraszona, jednak gdy zobaczyła, kto postanowił ją odwiedzić, z westchnieniem opadła na miękką powierzchnię.
- Co ci jest? - zapytał czerwonoskóry.
- Daj mi spokój, Dyter. Ginyu zafundował nam ostry wycisk w sali grawitacyjnej. Nie czuję nóg, rąk, pleców, nawet włosy mnie bolą - odparła zrezygnowana kobieta.
- Może rozmasować? - spytał lubieżnie Dyter.
- Nie, dzięki. Gdyby tu była Alora, potraktowałaby cię jakimś chamskim tekstem. Wyobraź sobie, że tak się stało.
- Dobra już dobra. I tak mam sprawę do niej, a nie do ciebie. Powiedz, gdzie ona się podziewa?
- Z tego co słyszałam szła do ambulatorium, odwiedzić Dodorię.
- Dobra, dzięki. Swoją drogą, czego ona chce od tej różowej świni?
- O to będziesz już ją musiał sam ją zapytać, a teraz daj mi spokój, muszę się wyspać - odcięła się Zaria, po czym ponownie zamknęła oczy. Dyter, nie mając już niczego do powiedzenia, opuścił pomieszczenie.

Pod drzwiami punktu medycznego, przywitał go jęk bólu. Zaciekawiony, zajrzał do środka. Widok, jakiego uświadczył, był w jego mniemaniu przezabawny. Dodoria, leżał na kozetce, trzymając worek lodu na kroczu. Mówił coś do Alory, ale co chwila jego wypowiedź była przerywana, przez jęki. Dyter z uśmiechem na ustach wszedł do pomieszczenia, po czym rzucił na przywitanie:
- Cześć, Alora, czyżby kolejnego wieloryba wyrzuciło na brzeg?
W odpowiedzi na obelgę usłyszał kolejny jęk. Ten jednak przepełniony był bardziej gniewem niż bólem.
- Co mu się w ogóle stało?
- Ginyu kazał mu zrobić szpagat, ale...
- Dodoria i szpagat? Hahaha, a to dobre! - zaczął się śmiać Dyter. - Równie dobrze można by postawić przede mną drinka i powiedzieć, żebym nie pił. Niewykonalne, ale i tak szkoda, że mnie przy tym nie było - stwierdził z żalem w głosie Jara-jin.
Różowoskóry podniósł się do pozycji siedzącej, po czym wypalił:
- Żałujesz? Chodź założę ci nogi na uszy, przekonasz się jak to jest!
Dyter z perfidnym uśmiechem podszedł do Dodorii i klepnął go z całej siły w krocze. Efekt był oczywisty. Bonehead wydał z siebie jedynie pisk i opadł na kozetkę z myślą "niech ktoś mnie dobije".
- Nie znasz się na żartach, słoninko? - śmiał się z obolałego przeciwnika Dyter. Jego radość nie trwała jednak zbyt długo ponieważ chwilę potem otrzymał potężne kopnięcie, w dolną część pleców, które sprawiło, że uderzył głową w sufit. Opadł na podłogę, otrząsnął się i spojrzał na sprawcę swojego nieszczęścia. Stała nad nim Alora z nieciekawą miną.
- Co jest?! - krzyknął z wyrzutem w głosie, trzymając się za obolałą głowę.
- Nie znasz się na żartach, kochasiu? - Słowa aż ociekały sarkazmem.
- No dobra, dobra, zrozumiałem aluzję. Zostawię pana "beczkę tranu" w spokoju. Poza tym i tak mam do ciebie sprawę.
- Do mnie? - zaciekawiła się Alora.
- Tak. Chcę cię zaprosić, na mega, esktra, hiper wypasioną randkę ze mną w... restauracji o nazwie. - Tu Dyter zrobił pauzę. Przysunął się do kobiety. Objął ją ramieniem, gestem dłoni pokazując przed twarzą wyimaginowany napis powiedział. - Niebieski Lód... co ty na to?
- Dyter, ile razy mam ci powtarzać, że...
- Zanim zaczniesz mi dawać znowu kosza, podaj mi choć jeden porządny powód czemu nie chcesz się ze mną umówić? Czyż nie jestem przystojny? - zapytał srebrzystowłosy osobnik, gładząc się dłonią po brodzie.
- Nie, to... - starała się dojść do Alora.
- Wygadany?
- Chodzi mi...
- Czarujący
- Dyt..
- Z długimi włosami i zwierzęcym magnetyzmem, którym mógłbym zawojować cały świat? No więc? - zapytał Dyter wpatrując się głęboko w oczy Alorze i zbijając ją zupełnie z tropu.
- No... ja... ja... mam już randkę! - wypaliła kobieta w akcie desperacji.
- Niby z kim? - spytał podejrzliwie Dyter. Alora nie wiedziała co odpowiedzieć. Omiatała wzrokiem pomieszczenie w nadziei, że coś znajdującego się w pokoju pomoże jej znaleźć rozwiązanie. Po chwili zatrzymała spojrzenie na leżącym Dodorii.
- Z nim! - krzyknęła z ulgą w głosie. Czerwony i różowy podnieśli brwi ze zdumienia.
- Jasne, a ja mam rogi, ogon i całą planetę pod sobą - odparł w niedowierzaniem Dyter. - No, może tylko damską cześć - szybko dorzucił przechwałkę w swoim stylu.
Kobieta przysunęła się do Bonehead'a, ścisnęła go za krocze i zapytała:
- Prawda, że zaprosiłeś mnie na randkę... skarbie?
- Oczywiście! - odparł przyparty do muru Dodoria.
- Widzisz, Dyter, jestem już zajęta, więc spadaj, na drzewo, czy skąd tam twoja rasa zeszła.
- Jeszcze zobaczymy - odparł Jara-jin. Przemawiała przez niego urażona duma. Wyszedł z pomieszczenia, nawet się nie żegnając.

Misterny plan Dytera zaczął nabierać kształtów. Czerwony nie lubił dostawać kosza a tym bardziej kilka razy pod rząd. Postanowił zemścić się na obiekcie swojej dotychczasowej adoracji. Od wydarzeń z ambulatorium codziennie zaglądał do Alory, pytając nawet po kilka razy, kiedy odbędzie się zapowiedziana randka. Kobieta została zagoniona w kozi róg. To, co miało być tylko wymówką, siłą rzeczy stało się prawdą. Dyter rozkoszował się swoim planem. Jednak nie zamierzał poprzestawać jedynie na wysłaniu tych dwojga na kolację. Zamierzał podążyć za nimi i dopilnować, aby Alora otrzymała zasłużoną, w jego mniemaniu, karę.

Drzwi do kwater oddziału specjalnego otworzyły się z hukiem. Do pomieszczenia wparował zziajany Dyter. Miał na sobie czarny sweter z białymi wykończeniami oraz siwe spodnie.
- Cześć, jest Alora? - zapytał obecnej w pokoju Zarii dysząc ciężko. Kobieta odłożyła cyfronotes i spojrzała na gościa z politowaniem.
- Właśnie się minęliście. A ty, czemu taki zmęczony?
- Chciałem odprowadzić Alorę na randkę, ale ten fagas Kivi przetrzymał mnie dłużej w robocie i musiałem biec Nawet przebierać się musiałem w biegu.
- Co ci tak zależy, żeby oni się spotkali. Swatasz ich?
- Co ty po prostu chcę, żeby Alora... znaczy mniejsza... powiedzmy, że jestem zapalonym biologiem i chcę badać międzygatunkowe rytuały godowe - powiedział po głębszym namyśle.
Monsturnka zmierzyła towarzysza wzrokiem.
- A naprawdę?
- Jakie naprawdę? To, i już. A powiedz, nie chciałabyś zobaczyć jak Dodoria całuje ją tymi spasionymi ustami? Jak włączy ssanie, to jeszcze wessie Alorę do środka - zażartował. Zaria zaśmiała się z dowcipu, po czym wstała z kanapy i podeszła do Dytera.
- Posłuchaj. To, że ty coś sobie ubzdurałeś, to twoja sprawa, ale nie mieszaj mnie w swoje brudne gierki. Dobrze?
- Dobra, dobra, ale nie wiesz co tracisz.
- Uwierz mi, nie chcę się przekonać.
- To już twoja broszka. Ja pójdę sobie zobaczyć jak Dodoria, zostanie wepchnięty w dyszę od aero-taksówki, za dobieranie się do tyłka Alory.
- Baw się dobrze.
- No trudno, na razie - powiedział Dyter, po czym skierował się do wyjścia. Zaria wróciła na kanapę. Podniosła ze stołu cyfronotes i zaczęła analizować dane w nim zawarte. Przynajmniej próbowała. Wtłoczona w jej umysł przez Dytera wizja nie pozwalała się skupić. Po kilkunastu sekundach bezowocnego studiowania treści, rzuciła urządzenie na kanapę, po czym poderwała się i krzyknęła:
- Dyter, poczekaj!!

Czerwonoskóry osobnik był tak zainteresowany zemstą, że dopiero na ulicy spostrzegł, iż Zaria ma na sobie czarną sukienkę na ramiączka, sięgającą do połowy ud. Zlustrował ją od góry do dołu, a w szczególności głęboki dekolt. Gdy kobieta spojrzała na niego, on natychmiast odwrócił wzrok udając, że patrzy w innym kierunku. Jednak długo nie wytrzymał. Chwilę później znowu spoglądał na biust koleżanki.
- Dyter, nie gap mi się na piersi - powiedziała lekko poirytowana Zaria.
- Wybacz to jest silniejsze ode mni,. A powiedz, czemu dziś nie masz na sobie zbroi?
- To chyba oczywiste. Mam wolne, to chciałam się ubrać w coś ładnego. Widzę, że zauważyłeś.
- Trudno tego nie zrobić, wyglądasz w tym...
- O patrz, tam są - powiedziała Zaria, wskazując na dość niezwykłą parę wsiadającą do aero-taksówki. Dodoria ubrany był w mocno opięty czarny garnitur. Alora natomiast założyła na wieczór kozaki oraz zieloną sukienkę z długimi rękawami, sięgającą do kolan.
- Cholera, uciekną nam, co robimy? - zapytał Dyter. Jego towarzyszka miała gotową odpowiedź. Gdy tylko pojazd Dodorii i Alory się oddalił, włożyła palce do ust i mocno gwizdnęła . Taksówka natychmiast podleciała do miejsca gdzie się znajdowali.
- Tak to się robi - stwierdziła, pewna siebie, po czym oboje wsiedli do pojazdu.
- Za tamtym aerochodem! - powiedział energicznie Dyter.
- Zawsze o tym marzyłem - odparł podekscytowany kierowca, zapinając pasy. Wcisnął pedał gazu i taksówka pomknęła w przestworza.
- Zaria?
- Tak?
- Ale zabrałaś ze sobą pieniądze? Bo ja nie mam ani kredyta.
- Palant!!

Czerwona taksówka zatrzymała się przed strzelistym, kilkunastopiętrowym budynkiem, który połyskiwał jakby był zrobiony, ze szkła lub lodu. Ten specyficzny odblask miały wszystkie konstrukcje zaprojektowane przez najlepszych changelińskich architektów. Przynajmniej tak stwierdziła Zaria. Dyter szybko jednak wypuścił tę informację drugim uchem i całą uwagę skupił na zasiadającej przy stoliku parze. Alora i jej towarzysz siedzieli naprzeciwko dużego okna, przez co obserwacja była ułatwiona. Sztuka polegała jedynie na tym, aby nie dać się zauważyć. Jara-jin zaciągnął swoja towarzyszkę w krzaki.
- Hej, Dyter, co ty robisz? - zaprotestowała zdziwiona takim obrotem sprawy Zaria.
- Nic, po prostu chcę, żebyśmy byli jak najbliżej i żeby nas nie przyłapali.
- No dobra, ale nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. To, że jesteśmy oboje w krzakach jeszcze o niczym nie świadczy.
- Za kogo ty mnie masz, za jakiegoś rozbuchanego ogiera rozpłodowego? - zapytał Dyter.
- Czy to było pytanie retoryczne?
- No dobra, dobra, może masz trochę racji, ale ja też mam hamulce i wiem jak się zachować.
- Powiedzmy, że ci wierzę, ale jak mówiłam nie próbuj niczego - odparła Zaria, skupiając się na obserwacji.
Przez pierwszą godzinę, Dodoria i Alora jedynie rozmawiali. Dyter nie był z tego zadowolony. Nie dość, że Dodoria niczego nie próbował, to jeszcze okazał się dobrym rozmówcą. Wydawało się, że spotkanie przebiega w bardzo pozytywnym nastroju. "To miała być kara, a nie nagroda" pomyślał zdenerwowany Jara-jin. "Uspokój się chłopie, pomyśl o czymś przyjemnym."
- Kurde, te krzaki są straszne, nie dość, że drapią to jeszcze jakaś gałąź uwiera mnie w tyłek.
- Eee... To nie jest gałąź.
- Dyter!
- Wybacz, ale jak pomyślę o twoim dekolcie to... - nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ Zaria odwinęła się i zaserwowała mu "plaskacza".
- Przepraszam za to, ale na za wiele sobie pozwalasz - stwierdziła już spokojniejsza Monsturnka.
- Nie ma sprawy. Przywykłem - odparł Dyter masując policzek. - Patrz, coś się dzieje.
Dodoria, najwidoczniej czując się już dość pewnie położył swoją boneheadzką łapę na dłoni Alory.
"Ha, teraz się zacznie, Alora da mu w pysk" pomyślał uradowany Dyter. Ku jego zdziwieniu i rozpaczy kobieta uśmiechnęła się i umieściła swoją drugą rękę na łapsku Dodorii. Gdyby skóra Jara-jina miała inny kolor niż czerwony, to teraz na pewno przyjęłaby tą barwę. W jego oczach pojawiły się błyskawice gniewu. Mało brakowało, a zacząłby nimi ciskać w Dodorię, a przy rozmiarach celu prawdopodobieństwo chybienia było znikome. Dyter dawno już nie poniósł tak wielkiej porażki. Chciał udowodnić Alorze, że randka z innymi facetami niż on to strata czasu. Wyglądało jednak na to, iż pchnął ją w łapy tej chodzącej reklamie barów szybkiej obsługi.
- Chyba się polubili - stwierdziła Zaria.
- Co ty nie powiesz? Co ona w nim widzi, przecież jak zrobi się trochę cieplej będzie miała prawdziwą wytapialnię tłuszczu.
- Słyszałeś może kiedyś, że wygląd to nie wszystko? - zapytała Monsturnka.
- Od kiedy? - oburzył się Dyter.
- To wiele wyjaśnia - westchnęła Zaria. - Ale musisz przyznać, że ładnie razem wyglądają. O, patrz, chyba się zaraz pocałują - spostrzegła kobieta. Dyterowi, gdy zobaczył zbliżającą się paskudną facjatę do twarzy Alory zebrało się na wymioty.
- Jeśli masz zamiar haftować to w drugą stronę - powiedziała przestraszona Zaria. Czerwony po chwili się jednak opanował. Po jego ciele przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
- Nie przesadzaj, to przecież nie wygląda tak źle - zaprotestowała Monsturnka.
- Czy w twojej głowie przełącznik dobrego smaku się popsuł czy co. To jest obrzydliwe. Ten widok będzie mi się śnił do końca życia w najczarniejszych koszmarach.
- Straszny jesteś, wiesz? Może to cię czegoś nauczy. Na przykład, że nie można dostawać wszystkiego, czego się chce...
- Ale spójrz na mnie, a później na ten worek mięsa. Ja jestem przystojniejszy. Jak to się mogło stać, że mi dała kosza, a z nim się całuje? - mówił jakby do siebie Dyter.
- A może i nie - dokończyła swoja poprzednią myśl westchnieniem.

Okazało się, że kolacja nie miała być jedynym przystankiem w romantycznej podróży Dodorii i Alory. Nietypowa para zażyczyła sobie przytulanek w kinie. Zmusiło to dwójkę "wścibinosów" do podążenia za nimi. Zaria nie była najszczęśliwszą osobą, gdy po raz drugi jednej nocy musiała płacić za Dytera. Czerwony, co prawda zobowiązał się zwrócić koszta, jednak ta odebrała to bardziej jako próbę ugłaskania niż prawdziwą deklarację. Mimo to, ciekawość zżerała ją w takim samym stopniu jak Jara-jina, więc bez większych narzekań zakupiła dwa bilety.

Kiedy weszli, seans już trwał. Było im to na rękę ponieważ w ciemnościach mogli zająć wybrane siedzenia bez obawy, że Dodoria, czy Alora ich zauważą. Zaria i Dyter zajęli miejsca kilka rzędów wyżej niż znajdowała się obserwowana przez nich para. Monsturnka usiadła na miękkim niebieskim fotelu i spojrzała najpierw na obserwowaną parę, a później na ekran. Film był chyba jakaś komedią romantyczną, ponieważ akcja kręciła się wokół gagów i podglądania kochanków przez okno. "Ciekawy zbieg okoliczności" pomyślała Zaria. Zrobiło się jej głupio. Dyter natomiast nie odczuwał ani krztyny zażenowania. Jego mina zdradzała wszystko. Był wściekły na Dodorię, że zabiera mu dziewczynę. Chciał coś najwidoczniej z tym zrobić, ale jak na razie nie miał pomysłu co.
- Dodoria wydaje się spięty - stwierdziła Zaria, patrząc jak różowy skulił się w fotelu.
- To amator. Z jego pośladków nie wyciągnęłabyś szpilki nawet holownikiem - odparł drwiąco Dyter.
Po kilku minutach jednak, Bonehead wyciągnął rękę, jakby się przeciągał. Jak można było się domyśleć, potężna łapa Boneheada wylądowała na ramieniu Alory. Kobieta w reakcji na ten gest przysunęła się do niego i wtuliła w pulchne ciało. Na twarzy Zarii pojawił się uśmiech. Musiała przyznać, że widok trochę ją wzruszył. Cieszyła się, że jej przyjaciółka ma przyjemny wieczór. Zarazem, było jej głupio. Poczuła się jak skończona idiotka przebywając tutaj. Nagle znienacka na jej ramię opadła czerwona ręka Dytera. Monsturnka, była tym zaskoczona i nie zdążyła w porę zareagować. Jara-jin uznał najwyraźniej, że brak reakcji, a co ważniejsze reperkusji to dobry znak i przystąpił do dalszego ataku. Położył drugą dłoń, na odsłoniętym, błękitnym udzie Zarii. Dla dziewczyny była to kropla, która przelała czarę. Jej dłoń poszybowała z duża szybkością, aby drugi raz tego samego wieczoru, spotkać się z policzkiem Dytera. W sali rozległo się głośne plaśnięcie. Czerwony złapał się za obolałą, twarz, gdy jego głową odskoczyła w bok.
- Wybacz, ale już cię raz ostrzegałam - zaczęła Zaria. Dyter jedynie spojrzał na nią, ale nic nie odpowiedział. W tej właśnie chwili oboje usłyszeli rechot dobiegający z siedzenia położonego o jeden rząd wyżej. Obejrzeli się i ujrzeli śmiejącego się mężczyznę.
- Masz pecha stary. Nie tędy droga. Może trzeba było ją złapać za cycek, albo tyłek - śmiał się dalej.
- Dyter zrób coś - powiedziała Monsturnka. Czerwony, niewiele myśląc, zaserwował prześmiewcy fangę w nos. Na sali zapanowało poruszenie. Zaria przestraszyła się, że może to spowodować wezwanie biletera i włączenie świateł, co na pewno by ich zdekonspirowało. W jednej chwili pociągnęła Dytera za sobą i wybiegła z pomieszczenia.
- Kiedy mówiłam zrób coś nie miałam na myśli tego, żebyś go od razu bił.
- Nie pozwolę, aby ktoś śmiał się z ciebie....i moich metod podrywania - odparł urażony Dyter.
- A właśnie, czemu położyłeś mi rękę na udzie?
- No wiesz Dodorii się udało to pomyślałem, że warto spróbować.
- Palant... A teraz chodźmy stąd, zanim ktoś się do nas przyczepi. Mam nadzieję, że dość się napatrzyłeś - stwierdziła Zaria, rozglądając się nerwowo.
- Tak, wystarczy. Ale jeszcze coś wymyślę, zobaczysz - powiedział z iskrą w oku Dyter.
- Tym razem nie wciągaj mnie już w swoje knowania. A teraz chodź, bo naprawdę będziemy mieli kłopoty.

Dyter obudził się następnego dnia w swoim pokoju. Rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym wstał, zakładając służbową zbroję. Poprawił włosy, założył buty i wyszedł na korytarz. Miał zgłosić się z samego rana u Kiviego, ale stwierdził, że za jedno spóźnienie Kivi nie powinien mu urwać głowy. Skierował się do kwater Zarii i Alory. Był ciekawy jak daleko spaślak się wczoraj posunął i co ważniejsze, czy Monsturnka nie wygadała niczego koleżance. Znał wrodzone gadulstwo kobiet, a ostatnią rzeczą jakiej chciał była wściekła Alora nasyłająca na niego dwustukilowego byka-Dodorię. Gdy dotarł do ich pokoju postanowił, że najlepszym rozwiązaniem będzie podsłuchiwanie. Kobiety nie będą skrępowane jego obecnością, dzięki czemu może dowiedzieć o wiele więcej, no i interweniować jeśli Zaria zacznie sypać. Z tą decyzją uchylił lekko drzwi i przystawiając ucho do szpary zaczął swój niecny proceder.

Alora wyszła ze swojego pokoju, przeciągnęła się z tajemniczym uśmiechem na ustach, po czym usiadła na kanapie obok Zarii. Monsturnka ze zdziwieniem spoglądała na swoją przyjaciółkę, od której aż promieniało szczęściem i zadowoleniem.
- Co ty dzisiaj taka rozkoszna? - zapytała Zaria. Kobieta z rasy Spikecrown, westchnęła, zmierzwiła dłońmi włosy, by następnie położyć głowę na kolanach koleżanki.
- Mam swoje powody - odparła tajemniczo.
- Zakochałaś się czy co? - zażartowała Zaria.
- Może - odparła z uśmiechem na ustach Alora.
- Na serio? - zdziwiła się zielonowłosa dziewczyna. Alora jedynie przytaknęła skinieniem głowy, po czym podniosła się do pozycji siedzącej.
- On jest zabawny, szczery, miły, uprzejmy, słodki...
- Słodki? Dodoria słodki? Ja myślałem, że jest obleś... - nie dokończyła zdania Zaria, ponieważ wzrok Alory, który mógłby w tej chwili powalić Changelinga, mówił wszystko.
- Wybacz, ale sama tak kiedyś powiedziałaś - zreflektowała się szybko Monsturnka.
- To co z tego, wygląd to nie wszystko! - oburzyła się Alora. - Poza tym wtedy go nie znałam.
- Jak ci minął wieczór? - zmieniła temat Zaria.
- Było cudownie. Zabrał mnie najpierw do restauracji. Bardzo przyjemnie mi się rozmawiało i w ogóle, ale nie wiem czemu przez cały pobyt tam miałam takie nieprzyjemne wrażenie, jakby ktoś mnie obserwował. Głupota, co nie?
- Tak! Tak ! Głupota! - zaśmiała się głośno lekko przestraszona Monsturnka.
- Później byliśmy w kinie. Też było słodko, ale ktoś wszczął bójkę. Na szczęście wszystko szybko się uspokoiło. Ciekawe co za debile się biją w kinie?
- Eee... no pewnie jacyś Sajanie - powiedziała zmieszana Zaria.
- W sumie racja, ale to nieważne. Po seansie zabrał mnie do siebie. Dodoria ma duże... - nie dokończyła zdania Alora, ponieważ do pokoju wpadł z hukiem kopnięty przez Boneheada Dyter.
- Podsłuchiwał - stwierdził sucho Dodoria. - Cześć, koronko.
- Cześć, świnko - odparła słodko Alora. Dyterowi zebrało się na wymioty.
- Nie wiesz, że nie wolno podsłuchiwać? - zapytał Dodoria, stawiając na leżącym nogę.
- A ty nie wiesz, że podłogi w tych budynkach maja wytrzymałość do dwóch i pół tony? - odpowiedział pytanie na pytanie Dyter.
- Coś ty powiedział!? - zdenerwował się różowy.
- Zdejmij ze mnie tą kolumnę! - krzyknął Jara-jin, gdy poczuł, że na jego plecy jest działa coraz większy nacisk.
- Puść go Dodoria. Wiem, karaluchy się rozdeptuję, ale temu darujmy - stwierdziła Alora.
- Jak sobie życzysz, koronko - powiedział różowy, zdejmując nogę z pleców swojej ofiary. - Chodź do mnie.
Kobieta podeszła do swojego wybranka i obdarowała go czułym pocałunkiem.
- Proszę, dajcie żyć. Nie dość, że wczoraj musiałem patrzyć przez całą wieczór jak wsadzasz jej swój tłusty jęzor do buzi, to jeszcze teraz mnie męczysz.... - eee... znaczy... - Dyter położył sobie rękę na ustach, ale na to było już stanowczo za późno.
- Coś ty powiedział?! - krzyknęła zdenerwowana Alora.
- Eee... Zaria też tam była - powiedział słodko Dyter, po czym dał drapaka. Zaria została sama w pokoju. Skupiły się na niej dwa wrogie spojrzenia, która działały lepiej niż siła grawitacji wgniatając w ziemię.
- No... ja chciałam tylko powiedzieć... że... Do widzenia - oznajmiła Monsturnka, po czym wybiegła przez otwarte drzwi za Dyterem.
- Czy myślisz, o tym, o czym ja myślę? - zapytał Dodoria.
- Tak, bierz ich, knurku - odparła Alora. Chwilę potem Bonehead był trzecią osobą wybiegającą przez otwarte drzwi.

Kivi niósł dzbanek kawy do swojego gabinetu. Jego asystent nie stawił się do pracy, więc sam musiał wykonywać podstawowe czynności. Nie był z tego powodu zadowolony, ale bardziej chciało mu się pić niż czekać na Dytera. Szedł korytarzem bazy, mijając najróżniejszych żołnierzy, aż dotarł do skrzyżowania za którym położone było jego biuro. Chciał już przekroczyć rozstaje, gdy przed twarzą śmignął mu Dyter.
- Te, obibok, uprawiał jogging będziesz później, teraz do pracy! - krzyknął zdenerwowany Kivi.
- Wybacz, szefie, teraz nie mogę! - odparł Dyter znikając z pola widzenia. Nagle przed Kivim mignęła kolejna osoba. Tym razem była to Zaria.
- Cześć, Kivi! - zdążyła krzyknąć, zanim również zniknęła. Zaraz po niej biegł Dodoria, krzycząc:
- Każda literkę z napisów końcowych tego filmu powyciągam ci przed odbyt, Dyter!
Gdy sytuacja się trochę uspokoiła Kivi spojrzał na korytarz, czy nikt jeszcze nie biegnie. Okazało się, że droga wolna, więc Chinwiskers w spokoju dotarł do swojego gabinetu. Rozsiadł się na fotelu, postawił dzbanek na biurku, po czym stwierdził:
- Albo ta jednostka zamienia się w dom wariatów, albo piję stanowczo za dużo kawy.

Autor: Tajtus

1169 Czytań | Drukuj