Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfik: DBPH Rozdział 17
Dodane przez Gokusiek dnia 05-01-2011 22:09

  
"Rozdział 17"



Malakra
342 kilometry na północ od równika
Dzielnica handlowa miasta V'tex
13:56 standardowego czasu Imperium

Ściana zabytkowego budynku, postawionego jeszcze za czasów gdy Malakowie mogli sięgnąć gwiazd jedynie metaforycznie, eksplodowała w pióropuszu odłamków i pyłu. Tufumeric instynktownie rzucił się na ziemię, próbując uniknąć barażu gruzu i szkła. Za wolno. Kilka fragmentów cegieł poddało próbie integralność strukturalną jego pancerza. Produkt cesarskiego przemysłu zbrojeniowego spisał się całkiem nieźle, ale wizjer, przybrudzonego pyłem białego kasku, nie wytrzymał siły uderzenia. Tufumeric pospiesznie odpiął sprzączki, cisnął hełm za siebie i, dziękując Kaioshinom za uratowanie oczu przed odłamkami wyświetlacza, zerwał się do biegu. W samą porę. Ledwo zdążył pokonać dwa metry, a seria pocisków przeorała kostkę chodnikową tuż za nim. Kilkoma długimi susami dopadł do kolejnego budynku i natychmiast odbił się od niego. Niemal w tym samym momencie ściana eksplodowała, rozdzierana złotą energią. Tufumeric, uderzając o chodnik, przeturlał się i wpadł do otwartej sutereny. Lądując na stopniach jęknął z bólu i zaskoczenia, ale ta niespodziewana zmiana położenia uratowała mu życie. Trzy złociste ki-blasty zamiast trafić w niego pomknęły dalej. Chwilę później wejście do sutereny przesłoniła chmura kurzu. Mężczyzna nie miał pewności, ale przypuszczał, że zawaliła się ściana jednego z zabytkowych budynków. Odetchnął z wyraźną ulgą. Ograniczona widoczność dawała mu kilka sekund, a przy odrobinie szczęścia i braku wiatru, kilka minut. Korzystając z okazji, zaczął wytrzepywać pył z krótkich, rubinowych włosów i ścierać, przylepiony do srebrnej twarzy, brud. W normalnych warunkach jego skóra błyszczała, ale przez długotrwały wysiłek i kurz straciła naturalny połysk.
Poprawiając biały pancerz, analizował sytuację. "Jest źle" pomyślał. "Mam przeciw sobie gościa z armatą na ramieniu, który oszukuje w chowanego." Próbował zwalczyć stres odrobiną humoru, ale nawet najlepszym dowcipem nie mógł zamaskować faktu, że od dawna nie był w tak beznadziejnej sytuacji. Imperialny, który zmusił go do krycia się w tej dziurze dysponował najnowszą zabawką Changelingów - sprzężonym ze scouterem ki-blasterem. Dzięki niej dokładne położenie Tufumerica nie stanowiło dla wrogiego żołnierza tajemnicy. Natomiast zapewniana przez urządzenie przewaga w czasie reakcji, sile i szybkości ognia nie dawała cesarskiemu szansy na kontratak. Siedząc w suterenie srebrnoskóry mógł jedynie jarzyć się jako punkt na wyświetlaczu przeciwnika i czekać na odstrzał.
Mimo to Imperialny wykazywał ogromną ostrożność. Nie puścił się w pogoń ani nie szarżował, a co najważniejsze, nieustannie zmieniał pozycję. Jednak za każdym razem starał się wybierać miejsca, w których byłby, przynajmniej częściowo osłonięty. Tufumeric wciąż odczuwał irytację, gdy pomyślał, że każdy z jego nielicznych kontrataków rozbił się na przeszkodzie. Ale każdy medal ma dwie strony. Dotychczasowa taktyka przeciwnika sugerowała, że nie zaryzykuję wejścia w obszar z ograniczoną widocznością. Srebrnoskóry żołnierz wciąż oddychał, więc uznał, że racja jest po jego stronie, ale nie czas.
Chmura pyłu zaczęła się przerzedzać.
Odkrztuszając resztki kurzu, przywołał mentalny obraz okolicy. Starał się wydobyć z pamięci jak największą liczbę szczegółów. Każdy budynek, latarnie, uliczkę. Gdy stwierdził, że wyczerpał złoże, skupił się na zaistniałych możliwościach. Lot nie wchodził w rachubę. Scouter był prawdopodobnie sztywno zablokowany na celu, przez co próba ucieczki zostałaby natychmiast wykryta. Wyskok i błyskawiczny ostrzał także nie przedstawiał się zbyt wesoło. Nawet z wcześniej przygotowanym ładunkiem zlokalizowanie przeciwnika trwałoby ułamek sekundy za długo. Tufumeric splunął brązową od pyłu śliną i doszedł do konkluzji. Imperialny prawdopodobnie pilnował tego obszaru lepiej niż własnych "klejnotów", więc jedynie dywersja mogła zapewnić przetrwanie.
Przestrzeń pomiędzy białymi rękawicami rozświetliła sfera ki wielkości głowy przeciętnego humanoida. Gdy tylko przez obłok kurzu przebiły się pierwsze promienie słoneczne, kula poszybowała w niebo. Osiągając pułap czterech metrów, rozdzieliła się na mniejsze ładunki. Te, opadając pod kątem czterdziestu pięciu stopni, zbombardowały teren.
Wybierając cele na mentalnym obrazie okolicy Tufumeric skupił uwagę na miejscach, w których mógł czaić się przeciwnik. Nie liczył na to, że trafi, ale miał nadzieję, że przynajmniej jeden z pocisków spadnie wystarczająco blisko, aby zmusić imperialnego do opuszczenia dogodnej pozycji.
Równo z hukiem licznych eksplozji wskoczył na jeden z wyższych stopni sutereny i zaczął kumulować energię do kolejnego ataku. Ku przerażeniu Tufumerica okazało się, że manewr podziałał tylko połowicznie. Przeciwnik, zmuszony siłą jednego z wybuchów, wyskoczył z ukrycia, ale nie spuścił oka z celu. Srebrnoskóry zobaczył wymierzoną w siebie lufę ki-blastera i zdążył jedynie pomyśleć: "jestem trupem", zanim trzy strumienie energii pomknęły ku jego głowie. Jednak zamiast mroźnych objęć śmierci poczuł palący ból, gdy ostatni z pocisków otarł się o ucho.
Imperialny spudłował. Podmuch, który zmusił go do porzucenia osłony pozbawił także części równowagi. Walcząc o jej odzyskanie, strzelił bardziej w stronę celu niż do niego.
Tymczasowy rezydent sutereny nie zamierzał zmarnować takiej okazji. Cisnął pośpiesznie skumulowany ładunek energetyczny, stawiając bardziej na impet uderzenia niż siłę ataku. Ki-blast trafił Imperialnego w napierśnik. Żołnierz, jakby trafiony młotem, upadł na plecy.
Cesarski wyskoczył na chodnik i przygotowując kolejny pocisk ruszył w stronę przeciwnika. Ale ten nie zamierzał jeszcze umierać. Ignorując kłujący ból oraz swąd stopionego tworzywa nakierował lufę miotacza na zbliżającego się napastnika. Jednak Tufumeric był już zbyt blisko. Kopnięciem odtrącił uzbrojone ramię na bok i ponownie strzelając w osłabiony pancerz z hypergumy, przebił go na wylot. Klatka piersiowa ofiary zmieniła się w miniaturowy gejzer krwi i fragmentów zbroi. W powietrzu zagościł nieprzyjemnie słodkawy zapach, a oczy imperialnego zaszły mgłą.
Srebrnoskóry dysząc, bardziej z nerwów niż wysiłku, usiadł na ziemi. Gdy mięsień odpowiadający za pracę jego lewej łydki przestał drgać, oczy powędrowały w stronę zwłok. Rozwarty w grymasie bólu podłużny, gadzi pysk, zastygłe, w próbie przezwyciężenia odruchu wiotczenia mięśni, kończyny oraz wciąż dymiąca wyrwa tworzyły dość makabryczny obrazek. Nie odrywając wzroku od trupa Tufumeric starał się wszystko ogarnąć. Zaledwie kwadrans wcześniej był dowódcą dwudziestoosobowego oddziału. Prowadził ludzi w stronę przedmieść, gdzie Imperium zaatakowało pozycje Cesarstwa, ale gdzieś w połowie drogi napotkali niespodziewaną przeszkodę.
- Dziewiętnaście do czterech skurwielu - rzucił bardziej do siebie niż do zwłok. Musiał niechętnie przyznać że pułapka została zastawiona koncertowo. Czterech, sądząc po nowoczesnym uzbrojeniu, komandosów rozwaliło sześciu jego ludzi zanim zdołał rozeznać się w sytuacji. Napastnicy wyrośli jak spod ziemi. Dzielnica handlowa była pełna starożytnych, tuneli, podziemnych magazynów oraz ukrytych przejść. Sekcja logistyczna cesarskiej armii starała się zabezpieczyć jak największą ich ilość, ale przy niechętnej i bardzo ograniczonej współpracy mieszkańców, zadanie graniczyło z niemożliwością. Tufumeric nie miał wątpliwości, że komandosi przedostali się tak daleko dzięki znajomości podziemnej części miasta. A mogli ją zyskać tylko w jeden sposób. Któryś z Malaków im pomógł. Stacjonowanie w regionie planety, który sympatyzował z wrogiem nie należało do najprzyjemniejszych, a już na pewno nie do najbezpieczniejszych misji w życiu oficera.
Z sykiem wypuścił powietrze z płuc i spojrzał w stronę przedmieść. Pomarańczowa łuna oraz odległe pomruki eksplozji uporczywie przypominały mu o obowiązkach. Otrzymał rozkaz aby, przyłączyć się do obrony miasta i zamierzał go wypełnić bez względu na okoliczności.
Przeniósł wzrok na leżące obok zwłoki.
- To nie będzie ci już potrzebne - wypalił, zdejmując broń i scouter z truchła. Mimo dość krótkiej obecności na froncie, ki-blaster zdążył otrzymać nowy przydomek. Szeregowi żołnierze Cesarstwa ochrzcili go "dmuchawą" i tak już zostało. Z pewnych, nie do końca wyjaśnionych powodów nazewnictwo wszelkich nowości tego typu najczęściej szło z dołu. "Dmuchawa" okazała się najdziwniejszą rzeczą jakiej do tej pory używał srebrnoskóry. Czuł się jakby miał na ręce, usztywniający złamaną kość gips. Wykonał kilka próbnych ruchów po czym włączył uprzednio założony scouter. Na wyświetlaczu pojawiły się liczby i litery dotyczące stanu broni. Z powodu małych rozmiarów ekranu wszystko opisane było w enigmatycznych skrótach, których Cesarski nie potrafił rozszyfrować.
- Jak oni mogą używać tak małych wyświetlaczy i nie ślepnąć? - zapytał retorycznie i zaczął naciskać klawisze umieszczone wewnątrz "dmuchawy". Gdy dzięki empirycznej metodzie prób i błędów zorientował się w opcjach urządzenia, i, co ważniejsze, zlokalizował spust, ruszył w stronę przedmieść.
Lecąc dwa metry nad ziemią, używając zdobycznego scoutera, otworzył kanał komunikacyjny. Przywitał go typowy szum wydawanych rozkazów i krótkich meldunków. "Biali ogień zaporowy na sektor piąty... Szarzy osłona dla lidera... Tu Zieloni nie możemy się przebić proszę o... Deathball gotowy w osiemdziesięciu procentach zwiększyć nacisk na sektory cztery i siedem... Na Kaioshinów! Moja noga! Moja noga!... niech ktoś wyłączy mu scouter!... potrzebujemy wsparcia... Moja noga! Trzymaj się stary wszystko będzie dobrze. Sanitariusz!... Do ciężkiej cholery odłączcie go!... Deathball gotowy w osiemdziesięciu dwóch procentach. Wszystkie grupy mają utrzymać pozycję za wszelką cenę ".
Tufumeric nie znał changelińskiego, ale "Defbol" nie brzmiał zbyt przyjaźnie. Szybko okazało się że również na takiego nie wyglądał. Złocista łuna, która z oddali przypominała blask pożaru była tak naprawdę olbrzymich rozmiarów sferą ki.
- O w mordę - wykrztusił z siebie, po czym wyraźnie przyśpieszył. Ładunek tej wielkości mógł zmieść z powierzchni całe miasto!
Gdy ostatnie z zabytkowych kamienic znikły z jego pola widzenia dotarł do lazaretu, który pełnił również funkcje prowizorycznego ośrodka dowodzenia. Panował w nim pozorny chaos, który dla laika mógł wyglądać przerażająco, ale żołnierskie doświadczenie podpowiadało, że to uporządkowana działanie. Po obu stronach starej, brukowanej drogi rozstawione były różnej wielkości namioty. Towarzystwa dotrzymywały im złożone z prefabrykatów, niekompletne budynki. Najczęściej, pozbawione przynajmniej jednej ze ścian, służyły bardziej jako metalowe wiatrochrony niż rzeczywiste schronienie. Srebrnoskóry mijając krzątających się sanitariuszy i żołnierzy nie omieszkał rzucić okiem do kilku szerzej otwartych namiotów. Dobiegające z nich krzyki, które przyciągnęły jego uwagę, skutecznie zagłuszały pozostałe dźwięki. Nawet odgłosy nie tak odległej bitwy nie mogły się z nimi równać. Wśród kadry oficerskiej nie było tajemnicą, że szóstej armii broniącej miasta V'tex kończyły się zapasy w tym także medykamenty, ale nie byli do końca świadomi powagi sytuacji. Niedostatek w środkach znieczulających sprawił, że tylko nieznaczna część pacjentów mogła poczuć ulgę w cierpieniu. W najgorszej sytuacji znaleźli się śmiertelnie ranni. Poprzez bezwzględną selekcje zostali skazani na powolną i bolesną śmierć.
Wyposażony w broń przeciwnika mężczyzna przejechał ręką po rubinowych włosach i ruszył w głąb obozu. Zaczepiając kilku żołnierzy, aby wskazali mu drogę, dotarł do niekompletnej metalowej struktury. Brak przedniej ściany zapewniał doskonały widok na pole walki, ale jednocześnie nie odbierał pewnej dozy prywatności. Tufuremic wszedł do środka i zasalutował.
Na tle poświaty monitorów, znajdującej się w pomieszczeniu aparatury, stał zakuty, w charakterystyczny biały pancerz mężczyzna. Spod masywnych pomarańczowych łuków brwiowych przyglądał się skąpanemu w ogniu krajobrazowi. Srebrnoskóry czekając aż dowódca go zauważy wykorzystał chwilę czasu, aby zlustrować prowizoryczny sztab. Ekrany urządzeń, przy których siedzieli żołnierze, przedstawiały satelitarne obrazy pola walki. Ujęć było kilka, co sugerowało, że dostarcza ich więcej niż jedno urządzenie. Co prawda dużą część powierzchni przesłoniła złocista sfera ki, ale i tak przekaz dawał pewną, taktyczną przewagę. Jednak najbardziej pocieszającym faktem okazała się sama transmisja. W każdej podręcznikowo ułożonej ofensywie, satelity należące do przeciwnika były eliminowane przez myśliwce na samym jej początku. Nieprzerwana praca "orbitalnych oczu" pozwalała wysunąć dwa wnioski. Albo cesarskie lotnictwo było tego dnia nadzwyczaj czujne, albo atak był nieskoordynowanym pchnięciem naprzód. Tufuremic miał głęboką nadzieję, że drugie wytłumaczenie okaże się tym prawdziwym.
Gdy dowódca spojrzał w stronę stojącego na skraju pomieszczenie mężczyzny, ten zasalutował ponownie.
- Major Tufumeric melduje przybycie - zaczął.
- Witam, majorze - odparł dowódca. - Mam nadzieje, że sprowadził pan posiłki, bo teraz potrzebujemy każdego człowieka.
- Niestety jestem sam. Ja i moi ludzie wpadliśmy po drodze na Impów - odparł major. Dowódca mruknął ponuro, dając znać, że przyjął to do wiadomości, po czym stwierdził:
- Ale widzę, że przynajmniej masz po skurczybykach pamiątkę.
- Tak jest. Jeśli można spytać, jak przedstawia się sytuacja?
- Źle, nawet gorzej niż źle - westchnął przełożony. - Nie jesteśmy w stanie zniszczyć tej pieprzonej kuli. Ataki na tyle silne, żeby ją rozerwać są za wolne, a te które dolatują okazują się za słabe. A teraz jeszcze dowiaduję się, od ciebie, że atakują nas od tyłu.
- Może nie wszystko jest tak złe na jakie wygląda - odparł major podnosząc wyżej ki-blaster. - Widziałem co ta zabawka może zdziałać. Myślę, że tutaj bardzo się przyda.
- Też o tym pomyślałem. No nic, wykorzystujemy to co jest nam dane. Sprawdź co ten imperialny szmelc zdziała przeciwko temu - skwitował dowódca wskazując na ogromnych wielkości sferę ki. Tufumeric spojrzał w stronę sztucznego słońca, które wisiało nad miastem niczym kat. W miniaturową gwiazdę wystrzeliwane były dziesiątki pocisków, ale większość rozbijała się na osłonach energetycznych chroniących je żołnierzy. Te, które zdołały dotrzeć znikały w złocistej sferze, absorbowane bez żadnego negatywnego efektu. Jednocześnie pozostała część sił Imperium organizowała natarcie lądowe wiążąc przeciwnika i uniemożliwiając skuteczny kontratak.
- Zajmij dogodną pozycję i spróbuj zdjąć gada, który to napędza.
- Tak jest - odparł Tufumeric i ruszył w stronę bitwy.
Przeleciał kilka kilometrów. Znalazł się na tyle blisko, aby móc dostrzec sylwetkę Changelinga unoszącego się pod sferą ki, ale wystarczająco daleko, żeby nie narazić się na ostrzał sił lądowych. Podniósł lufę ki-blastera, zablokował cel na scouterze i nacisnął spust. Ale wystrzelony pocisk rozbił się na tarczy energetycznej w znacznej odległości od gigantycznego ładunku. Tufumeric zmełł przekleństwo w ustach i przeanalizował sytuację. Pozostali strzelcy skoncentrowali się na ostrzeliwaniu samej sfery. Widocznie już dawno doszli do wniosku, że wokół Changelinga jest zbyt gęsto od osłon i próbowali wykorzystać efekt napięcia powierzchniowego ki. Zasada ta twierdziła, że im większy ładunek ki się wytworzy tym więcej mocy potrzeba, aby utrzymać go w całości. Powierzchnia sfery była, więc polem, które dbało o integralność energetyczną, a przerwanie go spowodowałoby reakcje łańcuchową. Srebrnoskóry mógł jedynie pochwalić pomysł jakim kierowali się żołnierze. Problem polegał na tym, że wykonanie kulało, a czas uciekał. Efekt napięcia powierzchniowego najłatwiej wykorzystać jest podczas procesu tworzenia kuli. Gdy Changeling skończy ładować atak, całą pozostałą energię przerzuci na utrzymanie go w całości. A wtedy przełamanie pola będzie graniczyło z niemożliwością.
Major ponownie nacisnął na spust. Struga białej energii pomknęła w górę. Tym razem dotarła do celu, ale znikła w złocistym morzu energii, jak kamień wrzucony do jeziora. Tufumeric zaklął siarczyście. Przeglądając tryby ki-blastera zatrzymał się na ciągu znaków oznaczającym snajperkę. Zatwierdzając wybór po raz kolejny nacisnął klawisz spustowy. Sensacja jaka po tym go nawiedziła należała do najdziwniejszych odczuć w jego życiu. Mógł ją porównać jedynie do oddawania krwi, ale gdyby pod żyłę miał podpiętą co najmniej dojarkę. Po chwili scouter zapikał, oznajmiając że bufor osiągnął maksymalną pojemność. Mimo to żołnierz nie zamierzał puścić klawisza. Potrzebował jak największej siły penetracji i postanowił zaryzykować przeładowaniem broni. Uwalniający ładunek guzik puścił dopiero, gdy na urządzeniu pokazała się błyskawica wyładowania ki.
Wystrzał był bardziej brutalny niż Tufumeric się spodziewał. Odrzut cisnął srebrnoskórym w tył. Uderzając o grunt, major miał wrażenie, że "dmuchawa" wybiła mu bark, ale momentalnie skupił całą uwagę na trajektorii lotu strugi energii. Wiązka białego światła wycelowana w sam czubek kuli ognia ominęła pola ochronne i w rozbłysku uderzyła w złocistą powierzchnię. Na początku strzelec odniósł wrażenie, że atak okazał się tylko marnotrawstwem mocy, ale po chwili z miejsca, w które trafił promień wystrzeliła złota wstęga, po czym cała sfera zaczęła tracić stabilność.
- O w mor...!!! - zdążył wykrzyknąć Tufumeric zanim olbrzymia kula eksplodowała.

Woń taniego, rozcieńczonego wodą, alkoholu mieszała się z zapachem suchych racji żywnościowych oraz pasty odżywczej. Kręcąc piruety, aromaty odbijały się od masywnych metalowych ścian, prześlizgiwały pod stołami i kończyły osobliwy taniec wdzierając się w nozdrza zebranych w mesie ludzi. Wtargnięcie zostało całkowicie zignorowane ponieważ uwagę otoczenia skupiała zachowująca się niebezpiecznie para.
Brzęk kolizji dwóch metalowych powierzchni rozległ się w pomieszczeniu, gdy szary kufel uderzył o blat stołu, tryskając gejzerem złocistej piany.
- Nie wylewaj piwa - żachnęła się jedna z dwóch siedzących przy stoliku, osób.
- Nie podobasz mi się - odparła podpitym głosem druga, po czym, trzymając naczynie, ponownie uderzyła nim o blat. - Wielki, brązowy, łysy, wyłupiaste oczy. Wyglądasz jak coś co wygrzebało się z mojego sracza.
- Nie wylewaj piwa - wyraził sprzeciw zaczepiony odsłaniając zestaw ostrych zębów.
- I do tego albo tchórzliwy albo szpieg. Jak wyczuje kłopoty zaraz chowa łeb między ramiona i tylko Kaioshini wiedzą co tam robi - kontynuował wywód mężczyzna po raz kolejny testując wytrzymałość stołu.
- Ty dla mnie też nie jesteś ideałem piękna. Pomarańczowy, kurduplowaty, z czarną sierścią na czubku łba i twarzą jak powierzchnia martwego księżyca - odgryzł się znieważony. - A... i nie wylewaj piwa.
Pomarańczowy, urażony tą odpowiedzią, chciał demonstracyjnie rozlać złocisty płyn, ale gdy zorientował się, że kufel jest pusty, cisnął nim w głowę rozmówcy.
Jedynie pozostała po żółwich przodkach cecha - ukrycie głowy w ciele - uratowała brązowego kolosa przed trafieniem. W groteskowej scenie, "bezgłowy" mężczyzna poderwał się przewracając stół.
Gdy czarnowłosy wygrzebał się spod ciężkiego mebla spostrzegł, pokaźnej wielkości, nóż spoczywający w dłoni przeciwnika. Natychmiast stanął na równe nogi robiąc kilka kroków w tył. Żółta sfera energii zamigotała pomiędzy jego palcami.
- I co chcesz zrobić tą wykałaczką? Pogrzebać sobie w zębach? - prychnął kpiąco.
- Nie. Chcę pogrzebać w twoich! - krzyknął brązowy olbrzym, po czym ruszył do przodu, natomiast jego oponent cofnął rękę, aby nadać pociskowi większego impetu. Zanim jednak doszło do konfrontacji, dwie wąskie strugi fioletowej energii przeszyły powietrze i uderzając w dłonie awanturników przebiły je na wylot. O ile w przypadku kolosa skończyło się to tunelem spalonego mięsa to drugi poszkodowany miał mniej szczęścia. Wiązka dosięgła skumulowanego ładunku detonując go i poszerzając tym zakres obrażeń o poparzenia drugiego i trzeciego stopnia.

Wyjąc z bólu opadli na kolana, rozpaczliwie starając się zlokalizować osobę, która ich tak urządziła. Po chwili zatrzymali przepełnione cierpieniem spojrzenia na wiekowym Changelingu, którego palce wskazujące dymiły białą mgiełką.
Kapitan.
- Wydawało mi się, że wyraziłem się jasno na temat walk na moim statku - zaczął zmiennokształtny. - Powinniście się cieszyć, że nie celowałem w wasze zakute łby! A teraz podać sobie rękę na zgodę i do ambulatorium!
Niechętnie wykonując rozkaz, ranni podkomendni wyciągnęli przed siebie zdrowe kończyny.
- To już witać się nie potraficie? - zapytał retorycznie zimnokrwisty. - Witamy się prawymi!
W stronę zmiennokształtnego zostały skierowane dwa błagalne spojrzenia.
- Wciąż czekam - Changeling zignorował ich niemą prośbę o litość. Dwie, ociekające odmiennymi kolorami krwi, dłonie zbliżyły się do siebie, po czym wymieniły bolesny uścisk.
- No, widzę, że się zrozumieliśmy - skomentował zmiennokształtny. - A teraz, panowie, jeśli macie jakieś rewelacje na temat chorób krwi lub innych tego typu rzeczy, proponuję abyście się nimi wymienili w drodze do ambulatorium.
Gdy zajście dobiegło końca, a zainteresowanie zgromadzonych wygasło, Changeling podszedł do, stojącego w kącie, stolika. Siedziały przy nim dwie osoby. Po prawej stronie ubrany w typowy dla przemytników lub prywaciarzy strój - elementy cywilnego ubioru zarzucone na elastyczny kombinezon kosmiczny - pół-Sajan, natomiast po lewej Arconianin. Metalowy pancerz zakrywający całe ciało, masywny filtr atmosferyczny oraz biała peleryna połączona z kapturem sprawiały, że nie można go było pomylić z przedstawicielem żadnej innej rasy.
- Przepraszam za ten incydent - oświadczył kapitan. - Ale utrzymanie porządku na łajbie, na której połowa załogi wyrzuciłaby własne matki przez śluzę za garść kredytów bywa... kłopotliwe.
- Raczej efektowne - odparł z rozbawieniem pół-Sajan.
- Tak, takie też - zgodził się zimnokrwisty zajmując miejsce po przeciwnej stronie stolika. - Bez zbędnych wstępów. Ja będę póki co prowadził negocjacje w imieniu Gogorii.
Arconianin wydał z siebie serie niezrozumiałych dźwięków.
- Mój pracodawca wyraża swoje ubolewanie. Myśleliśmy, że Gogoria osobiście pofatyguje się na rozmowę - przetłumaczył mieszaniec.
- Gogoria jest zbyt ostrożny, można nawet powiedzieć paranoiczny, ale to główny powód dla, którego jeszcze żyje, a jego konkurenci zmieniają się jak w kalejdoskopie - odparł zmiennokształtny, nie bardzo wiedząc do kogo ma się zwracać. - Ale rozmowa o suchym pysku to nie rozmowa.
Pomarszczony Changeling o matowych rogach i kopule, która już dawno straciła młodzieńczy blask gestem dłoni dał znać kukowi. Po chwili na stoliku pojawiły się trzy metalowe, pełne rozcieńczonego alkoholu, kufle. Changeling lekko zakłopotany spojrzał na Arconianina, który odsunął od siebie naczynie.
- Mój klient pochodzi z planety o innej atmosferze. Żeby się napić musiałby zdjąć hełm, co nie skończyłoby się dla niego zbyt przyjemnie - wytłumaczył pół-Sajan, drapiąc się po czarnej czuprynie.
- Cóż, więcej dla nas - odparł nonszalancko zmiennokształtny, po czym wziął głębokiego łyka. - Sajan i Arconianin dlaczego mnie to nie dziwi.
- Darujmy sobie stereotypy - żachnął się mieszaniec. - Gdybyśmy się mieli ich trzymać zapytałbym czemu Ty nie jesteś z lodowymi piratami, albo czemu nie zniewalasz jakiejś planety.
- Dobra, ale sam rozumiesz. Sajanie i Arconianie. Jakieś trzysta lat temu utworzyliście sojusz. Chyba się nazywał SAS, czy coś takiego, a potem poszliście na wojnę z Imperium. Niewiele ras ma dość jaj żeby to zrobić.
- To było dawno temu. Poza tym tak po prawdzie to twoja rasa zaczęła - odparł od niechcenia mieszaniec.
- To było zaraz po Wojnach Ekspansywnych. I to akurat Vegeta i Arconia próbowały dla siebie wykroić małe imperium. Więc czy widząc was razem mam się spodziewać czegoś dużego?
- Dowiesz się jak zaczniemy negocjacje.
- A tak. Gogoria był bardzo ciekawy, czemu ktoś z Arconii próbuje się z nami skontaktować. A ja jestem ciekawy, czemu reprezentuje ich Sajan, który do tego wydaje mi się znajomy - przeszedł do rzeczy zmiennokształtny. W odpowiedzi usłyszał serie dźwięków wydobywających się z wokabulatora zamontowanego w hełmie opancerzonego osobnika.
- Moi klienci dowiedzieli się o pewnych operacjach, które prowadzicie.
- A mianowicie? Prowadzimy dużo operacji.
- A mianowicie przemyt technologii z Hegemonii. I zaopatrywanie w nią choćby Sajanów. Cyberwszczepy dla Vegety, ograniczniki dla Bardocka i tym podobne.
- Twój klient ma bardzo dobrych informatorów. Można poznać ich nazwiska? Chętnie bym sobie z nimi porozmawiał.
- Niestety to tajemnica handlowa.
- Trudno. Więc czego dokładnie oczekujecie od nas?
- Po wojnie z Imperium, o której wspominałeś, Arconii się nieźle oberwało, a garnizon impów opuścił ich planetę dopiero niedawno. I teraz Arconia chce wrócić na podium planet wytwarzających i handlujących technologią. Mówiąc tak w skrócie.
- A w tym potrzebna jest im technologia z Hegemonii. A ona nie utrzymuje kontaktów z sąsiadami. - podsumował całość Changeling, po czym usłyszał kolejną serie trzasków.
- Mój klient twierdzi, że jej obywatele nie są na szczęście tak krótkowzroczni jak obecny rząd.
- Ano nie są. Jesteś bardzo zorientowany w sytuacji.
- To nie pierwszy raz kiedy dla nich pracuję - odparł pół-Sajan. - Nie znajdziesz zbyt dużo osób znających ich język, które zgodzą się odwalić ich mniej legalne interesy.
- Sajan pracujący dla Arconian. Stereotypy zawsze znajdą drogę aby potwierdzić, że nie biorą się znikąd - stwierdził z rozbawieniem zimnokrwisty. - Cóż, przedstawię propozycję twojego klienta Gogorii, ale myślę, że zdołamy dojść do porozumienia.
- Dobrze to słyszeć - skinął lekko głową mieszaniec. A Arconianin wydał z siebie nową serię trzasków. - Mój klient dodaje, że Arconia jest gotowa dobrze zapłacić za wasze usługi.
- Nie wątpię, a tymczasem... - Changeling dał komuś znać unosząc rękę. I gdy do stolika podszedł niewysoki i chudy Jara-jin zaczął: - To jest Riley. Zaprowadzi was do kajuty gdzie będziecie mogli się odprężyć i poczekać aż przedstawię propozycje Gogorii.
- Świetnie - zakończył rozmowę pół-Sajan wstając od stolika.

Leau nie pierwszy raz miał do czynienia z piratami wszelkiej maści. Potrafił nawet dzielić ich na kategorie. Prowadzącego go korytarzem Jara-jina też zdążył do jednej przypisać. Riley prezentował wspaniały przykład osoby zbyt dobrej na piractwo, ale i zbyt nikczemnej do służby we flocie czy w prywatnej firmie. Typ osoby chętnie wykonującej rozkazy, a jednocześnie poddającej się co jakiś czas przestępczym impulsom.
- To tutaj - stwierdził czerwonoskóry wskazując na drzwi. - W razie czego proszę użyć interkomu. Mam zadbać o wasz komfortowy pobyt.
- Dziękuje możesz odejść - odparł Leau wchodząc z arconiańskim towarzyszem do pomieszczenia.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, pół-Sajan wyjął z kieszeni urządzenie przypominające pilota do holowizora, od którego różniło się wysuwanym zielonym wyświetlaczem. Leau obszedł całe pomieszczenie uważnie studiując wskazania przyrządu. Po dokonaniu skanu, z drugiej kieszeni, wyjął kilka metalowych kulek i rozlokował je nierównomiernie w pomieszczeniu. Gdy wszystko było gotowe wyciągnął przed siebie "pilota" i nacisnął znajdujący się na samym końcu obudowy przycisk.

Gogoria nazwał okręt, którym przemierzał galaktykę "Windykatorem" i niejednokrotnie używał go jako środka perswazji podczas ściągania długów. Z tym, że według filozofii Boneheada, cały wszechświat był mu coś winien. Przez co problem wielu z jego dłużników polegał na tym, iż dowiadywali się o zadłużeniu dopiero w trakcie windykacji.
Gogoria podszedł do jednego ze stanowisk na mostku "Windykatora" choć "podszedł" nie było zbyt precyzyjnym określeniem. Ilość obrastającego szkielet cielska fizycznie uniemożliwiała mu chodzenie. Do przemieszczania się gdziekolwiek Bonehead musiał używać ki, co zawsze sprawiało wrażenie, że płynie centymetr nad podłogą.
Operator skulił się w sobie, gdy zatrzymała się nad nim góra różowego sadła ubrana w, rozciągnięty do granic możliwości, szaro-czerwony, elastyczny strój próżniowy. Sam rozmiar Gogorii wywoływał u ludzi lęk, ale technik miał jeszcze jeden, o wiele ważniejszy powód, aby się bać. Zamierzał przekazać szefowi złe wieści, a tego dnia właściciel okrętu był nie w humorze. Fama niosła, że Ak'ha, jedna z jego najbliższych współpracownic, chciała go "walnąć" na sporą sumkę. A im dłużej plotka wędrowała po pokładzie, ilość rzekomo skradzionych pieniędzy rosła. Wszyscy współczuli dziewczynie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jak Gogoria podchodził do tego typu osób. Mianowicie robił z nich dłużników. Niemal czując na sobie cień masy pracodawcy, technik nie mógł się powstrzymać, aby nie pomyśleć co spotkało Harleya.
Biedny Harley.
Kilka miesięcy wcześniej Harley, podchodząc jednym z okrętowych myśliwców, spieprzył lądowanie. Maszyna zaliczyła spotkanie, ze ścianą, po którym nadawała się tylko na złomowanie. Gogoria uczynił nieszczęsnego pilota swoim dłużnikiem. A ponieważ lotnik nie posiadał wystarczającej sumy, aby pokryć szkody, Bonehead ściągnął dług, sprzedając jego organy na czarnym rynku. Pechowo dla Harleya, sprzedał również te niezbędne do życia.
Biedny Harley.
- Co porabiają moje robaczki? - zagrzmiał głębokim basem Bonehead.
- Nie... niestety nie wiem... pro... proszę pana - wydukał drżącym głosem operator.
- A to dlaczego? Podobno ten ptaszek miał ich... podglądać czy grzecznie się bawią - zamruczała góra cielska kładąc masywne dłonie na ramionach podwładnego.
- T... tak, ale ten p... pół-Sajan rozstawił jak... jakieś urządzenia za... zakłócające - tłumaczył technik, a serdelkowate, różowe paluchy zaczęły wbijać się w jego barki. - Podsłuch t... także nie działa.
Gdy operator spodziewał się usłyszeć nieprzyjemne chrupnięcie kości ramion, uścisk zelżał.
Gogoria wykonał natychmiastowy zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Według wielu osób na mostku ten manewr wydawał się przeczyć prawom fizyki. Siła odśrodkowa nie rozerwała Boneheada na kawałki, co niektórzy uznali za prawdziwy cud.
- Co myślisz o naszych sprytnych podopiecznych? - zapytał stojącego kilka metrów dalej Changelinga.
- Przynajmniej wiemy, że mamy do czynienia z kimś poważnym. Gdyby byli na tyle głupi, żeby się dać podsłuchiwać wtedy bym się zaczął martwić - odparł zmiennokształtny.
- Też tak myślę. Co nie znaczy, że mamy ich zostawić bez opieki w końcu coś się może im stać. Odwiedź nasze robaczki za jakiś kwadrans i sprawdź jak się czują - masywny pirat wydał rozkaz, po czym płynąc nad podłogą, opuścił mostek.

- Czysto - rzucił Leau, sprawdzając drzwi. Arconianin spojrzał na niego i zaczął zdejmować hełm. Rozległo się głośne syknięcie gdy uszczelki zbroi puściły. I po chwili z ciemnogranatowego pancerza wystawała głowa seledynowego Monsturna.
- W końcu! - odetchnął zielonowłosy. - Ledwo mogłem oddychać w tym kuble.
- Nie udusiłeś się, to nie marudź - burknął Leau. - Musimy teraz ustalić co robimy dalej.
- Najlepiej trzymajmy się planu - odparł Zerd, odpinając kolejne elementy zbroi. Gdy skończył w pomieszczeniu zamiast Arconianina stał Monsturn w stroju bardzo przypominającym ten noszony na "Windykatorze". - Jaką średnicę ma pole zakłócające?
- Wystarczającą - odparł pół-Sajan, zaczynając składać zbroję. - Kamery na korytarzu też powinny nie działać. Pomóż mi z tym.
Elementy pancerza posłużyły coolantom do budowy kukły, którą przenieśli na, znajdującą się w głębi pokoju, pryczę.
- Sprawdźmy, czy działa - zasugerował Zerd. Wyciągając "pilota", Leau nacisnął jeden z guzików, a metalowy manekin wydał z siebie serię niezrozumiałych trzasków.
- Działa - podsumował Leau.
- Dobrze, że nikt tutaj nie znał prawdziwego języka Arconian. Wtedy bylibyśmy udupieni - dodał Monsturn.
- Jesteś coolantem - odparł lekko zirytowany pół-Sajan. - Takie ryzyko masz podejmować każdego dnia. A zamiast narzekać na to co mogło się stać, skup się na teraźniejszości. Status!
- Tak jest. Według założeń misji ustalonych na odprawie mieliśmy infiltrować piracką jednostkę pod przebraniem kontaktu z Arconii, przeprowadzić sabotaż statku i zlikwidować pirata "Gogorię" - zaczął recytować Zerd.
- Kontynuuj - powiedział czarnowłosy, poprawiając ułożenie kukły. Zerd nabrał powietrza w płuca i starał się podsumować sytuację jak najlepiej potrafił. Leau systematycznie obarczał go coraz większą odpowiedzialnością. Monsturn wyczuwał, że obecna misja okaże się tą, w której będzie mógł podejmować rzeczywiste decyzje. Żołądek podjechał mu do gardła, ale nie zamierzał pozwolić, aby zżarła go trema.
- Według planu, mieliśmy użyć przechwyconego przez flotę frachtowca jako środka transportu w trakcie misji.
- Plany nigdy nie wytrzymują spotkania z przeciwnikiem - przerwał mieszaniec siadając obok metalowej skorupy i krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
- Tak, Gogoria zmienił warunki spotkania. Odebrał nas wysyłając jeden ze swoich promów, pozbawiając nas w ten sposób środka ucieczki.
- Właśnie - stwierdził pół-Sajan, zapalając papierosa. - Jesteśmy na okręcie piratów pozbawieni jasnej drogi ucieczki, a gospodarz najwyraźniej nie zamierza się z nami spotkać osobiście. Przynajmniej na razie. Co więc proponuje pan, panie Zerd. Co powinniśmy zrobić w tej sytuacji?
To był moment, którego seledynowoskóry wyczekiwał, ale także się obawiał. Miał pierwszy raz w ciągu dość krótkiej kariery coolanta, całkowicie przejąć inicjatywę. Jednak nie to, tak go paraliżowało. Odwagę odbierała mu świadomość, że konsekwencję jego wyboru będą rzutować na powodzenie całej misji. Zebrał w sobie resztki animuszu i wypalił:
- Mimo zmiany niektórych czynników, nie powinniśmy rezygnować z zadania i przejść do fazy drugiej. Infiltracji.
Pół-Sajan wypluł niedopałek na stojący obok łóżka metalowy stolik. Spojrzał na partnera, zmierzwił ręką włosy i powiedział:
- Jak faza druga, to faza druga.

Po dokładnym upewnieniu się, że na korytarzu nie ma żadnej wielokomórkowej formy życia, zielonowłosy Monsturn skierował się w stronę najbliższego skrzyżowania. Przebranie miało mu pomóc wtopić się w szeregi załogi "Windykatora", ale był to jego jedyny atut. Nie znał rozkładu pokładów ani hierarchii panującej na okręcie. Liczył bardziej na to, że uda mu się przeprowadzić zwiad niezauważonym.
Gdy od skrzyżowania dzielił go zaledwie krok, zza rogu wyłonił się czerwonoskóry załogant. Mężczyźni wpadli na siebie na co Jara-jin zareagował agresją. Popchnął Monsturna na ścianę i warknął:
- Uważaj jak chodzisz łamago.
- To ty na mnie wpadłeś - odparł Zerd, nie zamierzając ustąpić. Profil psychologiczny standardowego pirata jasno twierdził, że tylko określony typ ludzi wybiera ten zawód, a tacy kiepsko reagują na uprzejmość.
- Zamontuj sobie kurwa kierunkowskaz, a nie masz do mnie wonty.
- Dobra nie mam na to czasu - odparł czarnowłosy Jaran. - A poza tym to co ty tutaj robisz?
- Uwierz lub nie, ale się zgubiłem - żachnął się Zerd. - Ten statek jest cholernie duży.
- Zgubiłeś się? To co się szwendasz po okręcie? I szczerze mówiąc to nie kojarzę twojej bladej mordy - dociekał czerwony. Monsturn wyczuł, że jego rozmówca nabiera podejrzeń i musiał coś szybko wymyślić.
- Jestem tu nowy - wypalił pierwsze co przyszło mu do głowy i od razu pożałował. Ale nie było już odwrotu i musiał ciągnąć tę szopkę dalej. Podczas odprawy, z zebranych przez Wywiad informacji, dowiedział się, że załoganci byli wybierani przez kapitana osobiście. Miał nadzieję, iż dzięki temu, sama jego obecność na pokładzie rozwieje część podejrzeń - Chciałem spożytkować wolną zmianę na zorientowanie się co gdzie leży i zabłądziłem. A co do twojej mordy, to ja ciebie kojarzę. Jesteś Riley, ta?
Zmiennokształtny wykorzystał fakt, że poznał imię Jara-jina będąc jeszcze wewnątrz fałszywej zbroi. Fortel podziałał. Gdy pirat usłyszał własne imię momentalnie uznał Zerda za część załogi i zaczął dopasowywać do niego ostatnie wydarzenia.
- Zabrałeś się z nami jak dokowaliśmy w tej starej stacji kilka dni temu?
- Taa.
- Fakt, kapitan wspominał, że zabraliśmy paru chłopaków - mężczyzna umilkł na chwilę jakby coś rozważał. - Dobra, powiem ci coś. Oprowadzę cię po okręcie jak coś za mnie zrobisz.
Zerd w duchu parsknął śmiechem. Poznawał raptem drugiego Jara-jina, a pod względem wyręczania się innymi niczym nie różnił się od pierwszego. Monsturn pomyślał nawet, że jest to jakaś cecha tej konkretnej rasy, ale nie miał na to żadnego solidnego dowodu. Jednak nie zamierzał zmarnować nadarzającej się okazji.
- Dobra, niech będzie - powiedział zmiennokształtny pociągając nosem. - To co mam zrobić.
- Na statek przyleciały takie dwie pokraki i kapitan kazał mi się nimi zająć, a usługiwanie komuś kto nie ma nawet twarzy mi się nie podoba - zaczął z dezaprobatą pirat.
- I co mam za ciebie masować mu czułki, macki czy co on tam ma?
- Nie, masz sprawdzić czy wielkie paniska sobie czegoś nie życzą, powiedzieć, że teraz ty o nich zadbasz, a jak zadzwonią swoim dzwoneczkiem to ty będziesz im usługiwał za mnie - wytłumaczył czerwony.
- Dobra, czemu nie. Nie wydaje się to zbyt trudne - okazał udawaną niechęć Zerd. - To gdzie oni są.
- Nie uwierzysz, ale tuż za twoją dupą - powiedział Jaran wskazując oddalone o kilka metrów drzwi.

- To, co dokładnie im powiedziałeś? - zapytał idącego obok siebie Monsturna.
- To, co chciałeś, czyli, że teraz ja jestem ich podnóżkiem i tego typu syf - odparł szybko Zerd. Musiał przyznać, że coraz lepiej czuł się w roli, ale miał nadzieję, że będzie mógł z niej jak najszybciej wyjść.
- Niech będzie - zakończył temat Riley - Może się w końcu przedstawisz czy mam ci wymyślić ksywę?
- Zim - oznajmił krótko Zerd.
- Dobra Zim to zabawmy się w "urzekła mnie twoja historia". Jak tu trafiłeś?
Zmiennokształtny musiał przyznać, że Jaran jest wścibski. Na szczęście od chwili gdy Riley go "obwąchał" i uznał za "swojego" zdążył ułożyć krótką historyjkę. Choć miał pewne wątpliwości, czy będzie wystarczająco wiarygodna.
- Byłem żołnierzem na Xenomorf - zaczął. - Standardowe sprawy. Musztrowanie po placu w tę i we w tę, ćwiczenia, honorowe przyjmowanie "bohaterów" z frontu i tak dalej. Żyć nie umierać. Zwłaszcza, że podczas wojny lepiej płacą.
- No to co się stało?
- Wyobraź sobie, że parę miesięcy temu przychodzi do mnie wiadomość, że kopnął mnie nie lada zaszczyt i dostaje przydział na Malakrze.
- Auć.
- Właśnie. Miałem do wyboru wskoczyć do maszynki do mięsa Malakry, albo popróbować swoich sił z tropiąca mnie żandarmerią. Wybór był oczywisty - gdy Zerd skończył mówić, wypuścił powietrze z ulgą. Riley łyknął jego historię bez zbędnych pytań czy obiekcji. - A ty? Jak tu trafiłeś?
- To już było parę lat temu. Chyba z osiem. Byłem wtedy lodowym piratem. Słyszałeś coś o nich?
- Nie dużo, wiem tylko, że to jakaś jarańska odmiana piratów - skłamał Zerd. Dzięki ciągłemu, coolanckiemu szkoleniu całkiem nieźle orientował się w przekroju organizacji przestępczych, ale nie zaszkodziło pociągnąć pirata za język.
- W skrócie to wygląda tak. Jarania jest dość suchym miejscem, a ponieważ jest nas na planecie więcej niż powinno, musimy kupować wodę, bo dla wszystkich nie starcza. Imperium sprzedaje ją w blokach lodu z takich planet jak twoja Xenomorf. A my w sumie napadamy na transporty lodu. Kradniemy lód, a później sprzedajmy go po trochę wyższej cenie chętnym z Jaranii.
- Po wyższej cenie? To ktoś od was kupował? Nie mogliście kraść chyba aż tyle lodu, żeby zakłócić dostawy - zapytał prawdziwie zaciekawiony Zerd.
- Kupowali, kupowali. Bo to jest tak. Bloki lodu docierają na planetę. Tam, są przetapiane lub rozbijane na mniejsze fragmenty. A przed ich opchnięciem, lokalny rząd nakłada na nie podatek. I po przeliczeniu nasze czarnorynkowe kosteczki wychodziły nawet taniej niż te legalne.
- To skoro to był taki złoty interes, czemu zrezygnowałeś?
- Bo oprócz tego, że był złoty, był też kurewsko niebezpieczny. Jaszczurom się nie podobało, że kradniemy ich lód i wysłali do mojego rodzinnego systemu flotę, która miała nas popilnować. A gdy straciłem trzy czwarte swoich znajomych stwierdziłem, że czas się przekwalifikować.
- Teraz pewnie lepiej się powodzi twoim starym wspólnikom. Wiesz wojna pewnie odciągnęła część floty z Jaranii.
- Pewnie tak, ale wątpię żebym tego doczekał zostając tam. A chętnych na moje miejsce nigdy nie brakowało.

Mężczyźni dotarli do końca korytarza. Przywitał ich syk rozsuwanych na boki metalowych drzwi oraz przyjemna melodia dochodząca z zamontowanych w kabinie windy głośników.
- To gdzie jedziemy najpierw? - zapytał Monsturn, gdy jego towarzysz stukał w klawisze konsolety ściennej.
- Do hangaru - odparł Riley. - Zrobimy mały obchód po statku, bo muszę załatwić parę spraw. Ale pamiętaj jeśli tylko wielmożne paniska zadzwonią wracasz od razu na górę.
- Pamiętam, pamiętam - odparł Zerd, udając irytację. - A o jakich sprawach mówiłeś?
- To było jeszcze przed tobą, ale jedna z naszych panienek Ak'ha, pewnie słyszałeś już cały okręt o niej gada.
- Coś mi się obiło o uszy - skłamał Monsturn.
- W każdym razie jak wiesz chciała orżnąć szefa na grubą kasę... hehe... grubą łapiesz?
- Hehe... taaa - zaśmiał się sztucznie zmiennokształtny.
- No i chciała go orżnąć na kasę, więc teraz ja chcę otworzyć zakłady, co za to jej zrobi Gogoria. Mam kilka propozycji. Ludzie lubią stawiać na takie rzeczy - powiedział z błyskiem w oku Jara-jin. Zerd nie mógł powiedzieć, żeby był zaskoczony. Spodziewał się amoralnego zachowania po piracie, ale i tak zamiary czarnowłosego wydało mu się całkowicie bezduszne. To był jeden z tych momentów gdy naprawdę cieszył się, że służy Imperium i może zwalczać takich ludzi.
- To jakie propozycję masz na liście? - ciągnął rolę coolant. - Może też coś postawię.
- Spójrzmy - powiedział Riley wyjmując cyfro-notes z kieszeni. - Więc tak, sprzedaż na organy na czarny rynek, sprzedaż w niewolę, wymiana za jakiś cenny przedmiot, egzotyczna potrawa...
- Egzotyczna potrawa? - zdziwił się Zerd.
- No wiesz, on jest Boneheadem, a oni lubią jeść. Nigdy nic nie wiadomo, może postanowić zjeść naszą Ak'hę.
- Taaa... mów dalej.
- Zrobienie z niej dziwki, zamrożenie w karbonicie i sprzedanie jako dzieło sztuki...
- Zamrożenie w karbonicie? Co? - Monsturnowi wydało się to zbyt absurdalne aby było prawdziwe.
- Taaa. Pewnie nie uwierzysz, ale zrobił już tak z jednym przemytnikiem, który zgubił jego towar.
- Masz tego więcej?
- Jeszcze kilka. Sprzedanie na eksperymenty naukowe, zrobienie z niej matki zastępczej dla bogatego bezpłodnego małżeństwa...
- Ok, czekaj, to ostatnie to chyba wyciągnąłeś sobie z dupy.
- W sumie. Ale nigdy nic nie wiadomo, a więcej możliwości przyciąga więcej klientów.
- A jest tu opcja, że po prostu ją zabije? - zapytał coolant starając się ukryć niesmak. Dyskutowanie na temat barbarzyńskich metod znęcania się nad ludźmi nie należało do jego ulubionych zajęć.
- Nie, ale masz rację. Dla takich frajerów jak ty trzeba dodać, nie? - odparł Riley po czym, wprowadził nowy zestaw informacji do cyfro-notesu. - Pamiętaj Gogoria nie zabija swoich wrogów. On ich spienięża. Wiec dobrze ci radzę nie zachodź mu za skórę, bo pożałujesz, że nie poleciałeś na Malakrę.
Zerd chciał coś jeszcze dodać, ale przerwał mu kurant, oznajmiający, że dotarli na miejsce. Drzwi windy rozsunęły się ukazując przepastny hangar. Wielkością nie mógł się równać z tymi, które coolant widział na imperialnych transporterach piechoty, ale imponował różnorodnością zaparkowanych maszyn.
- Pierwsze piętro, hangar. Statki frajerów, którzy dali się oskubać, ich dobra materialne i swąd paliwa. Zapraszamy - powiedział Riley wykonując teatralny gest ręką.
- Ha, ha, bardzo śmieszne - podsumował komentarz towarzysza Zerd.
- Bądź cicho i chodź. I tak ci robię łaskę zabierając cię ze sobą - powiedział Jaran wciskając cyfro-notes w dłonie towarzysza. - Pomożesz mi zbierać zakłady, będziesz notował.
Monsturn bez słowa sprzeciwu ruszył za czerwonoskórym piratem.

Skrytka w metalowej rękawicy otworzyła się gwałtownie z płaskim, głuchym hukiem. Pół-Sajan wyjął z niej dwie strzałki i postawił na stoliku obok niedopałka. Wkładając palce w element opancerzenia sprawdził miniaturową wyrzutnię. Działa. Strzałki miały posłużyć do cichego wyeliminowania Gogorii, jednak Leau coraz mniej wierzył, że dojdzie do spotkania twarzą w twarz. Ponownie montując wszystkie odczepione elementy, otworzył klapę w napierśniku i upewnił się czy ładunek jest uzbrojony. Był. Czarnowłosy nie powiedział partnerowi o wbudowanej w pancerz bombie. I nie zamierzał. Niektóre sprawy lepiej było przemilczeć.
Westchnął. Jego sajańska połowa domagała się bardziej bezpośrednich rozwiązań. Wojownicza strona natury podpowiadała mu, aby, porzucił zabawę w podchody i, wykorzystując przewagę w ilości ki, dotarł po trupach do kajuty Gogorii. Jednak coolancka część umysłu momentalnie zaprotestowała, natychmiast podając kontrargumenty przeciwko takiemu podejściu.
Po pierwsze, na okręcie przebywało dużo twardych sukinsynów. Co prawda Leau prawdopodobnie poradziłby sobie z każdym z nich, ale przedłużająca się walka z dużą liczbą przeciwników mogłaby nie wyjść mu na zdrowie.
Po drugie, nawet gdyby był w stanie wyrąbać drogę do grubasa, to zanim by tam dotarł, Bonehead wziąłby już fałdy za pas. A likwidacja Gogorii stanowiła priorytet. To on posiadał pieniądze, wpływy, kontakty. Zniszczenie, uszkodzenie, czy nawet przejęcie okrętu nie usunęłoby przyczyny choroby, zaledwie złagodziłoby objawy.
Po trzecie, należał do coolantów i nie zamierzał narażać misji z powodu podszeptów strony charakteru, którą pogrzebał dawno temu.
Mimo to bezczynność go dobijała. Zapalił kolejnego papierosa. Nie przywykł do sytuacji, w których musiał całkowicie polegać na innych. Na szczęście Zerd radził sobie całkiem nieźle. Fakt, że udało mu się zakręcić w towarzystwie piratów dobrze wróżył. Monsturn przyswajał wpajane mu informacje i umiejętności na tyle szybko, że pół-Sajan już dawno porzucił zamiar pozbycia się go. Leau nawet przestał postrzegać towarzysza jako kulę u nogi.
Kurant złożony z dwóch postępujących po sobie dźwięków przyciągnął uwagę palacza. Mężczyzna wypluł papierosa i chwycił leżącego na stoliku "pilota". Podrywając się na równe nogi, wsunął urządzenie w wewnętrzną kieszeń, narzuconej na strój próżniowy, kurtki.
- Wlazł - rzucił od niechcenia. Serwomotorki rozsunęły drzwi z charakterystycznym dla mechanizmu sykiem, a do pomieszczenia wszedł pomarszczony Changeling.
- Wybaczcie, że tak nachodzę, ale nie uszło uwadze Gogorii, że po nic nie wzywaliście. Więc jestem tutaj aby się upewnić, czy niczego wam nie potrzeba - zaczął zimnokrwisty.
- Raczej, żeby nas szpiegować - odparł Leau. - Ale nie dziwię się mu. W końcu zablokowałem wszystko co tutaj mieliście. Mój pracodawca lubi prywatność.
- Rozumiem, ale sam wiesz jak to jest. Gogoria płaci, Gogoria wymaga - skwitował, mniej formalnym tonem, sytuację zmiennokształtny. - A jak twój chlebodawca?
Leau obejrzał się na leżącą na pryczy metalową skorupę.
- Odpoczywa. Chodzenie w pancerzu środowiskowym bywa męczące - rzucił pół-Sajan kładąc dłoń na twardym obiekcie ukrytym w kurtce. - To kiedy w końcu będziemy mogli przejść do negocjacji?
- Wkrótce. Gogoria chcę wyjść poza zasięg szlaków handlowych i sensorów dalekiego zasięgu osób trzecich. Zatrzymamy się w bardziej dyskretnym miejscu.
- Nie robiłeś sobie jaj. On naprawdę ma paranoję - wypalił czarnowłosy, udając obojętność. W rzeczywistości bardzo mu się to nie podobało. Ucieczka z miejsce oddalonego od głównym tras nadprzestrzennych zawsze jest utrudniona. Komputery nawigacyjne potrzebują kilkudziesięciu dodatkowych sekund aby obliczyć trasę, a te sekundy często decydowały o życiu lub śmierci. - Jak długo to zajmie?
- Standardową godzinę, może trochę więcej.
- Co więc proponujesz? - zapytał Leau widząc, że Changelingowi nie zbiera się na opuszczenie pomieszczenia.
- Właściwie to mam coś na myśli - odparował zimnokrwisty. - Skoro nasi pracodawcy czekają, może pracobiorcy skoczyliby do kantyny i się zapoznali.
- Hmm... - na twarzy mieszańca pojawił się grymas przypominający uśmiech. - Widzę, że nie przepuścisz żadnej okazji, aby zamoczyć mordę.
- Nigdy! - odparł entuzjastycznie pirat.

Zmiennokształtny, po wzięciu sporego łyka, odstawił metaliczny kufel, poczekał aż gwar panujący w mesie ucichnie i spojrzał na siedzącego naprzeciwko pół-Sajana.
- Darujmy sobie grzeczności - zaczął - Znam cię. Nie wiem skąd, ale znam. Nigdy nie zapominam twarzy.
- Właściwie to się już spotkaliśmy. Na Makyo, gdy załatwiałem tam swoje interesy - odpowiedział spokojnie Leau. Mieszaniec nie miał aż tak dobrej pamięci, do Changelingów, ale skojarzył zimnokrwistego, podczas przeglądania danych wywiadu, na odprawie.
- A tak, przypominam sobie. Bodajże chciałeś opchnąć jakiegoś niewolnika - zimnokrwisty przerwał i przechylił kufel. - Więc jak poszło?
- Kiepsko. Nie dostałem za niego tyle ile chciałem. I się ulotniłem. Zresztą wszystkim, którzy dali sobie spokój z Makyo wyszło to na zdrowie - podsumował Leau.
- Taa. My też się wynieśliśmy zanim cały ten burdel się tam zwalił - przytaknął ze zrezygnowaniem w głosie podstarzały Changeling.
- To jak piractwo idzie po załatwieniu rynku zbytu? - Zapytał wprost coolant. Agent Imperium wiedział, że ma przed sobą gadułę. Wiek, samotne życie i prawdopodobnie brak jakichkolwiek bliższych znajomych sprawiał, że zmiennokształtny wykorzystywał każdą okazję, aby się wygadać. Wystarczyło umiejętnie nakierować go na pożądane tematy.
- Heh, Teraz to bardziej kaperstwo - westchnął z dezaprobatą zmiennokształtny. - Jak to?
- Atakujemy teraz głównie imperialne statki. Aż przykro pomyśleć ile tłuściutkich cesarskich kąsków przepuszczamy.
- Gogoria zrobił się miękki czy co?
- Nie. Raczej nie spodobała mu się inwazja na Makyo, a i fakt, że Imperium przegrywa teraz wojnę też robi swoje. Ale moim zdaniem co innego jest najważniejsze.
- Niby co?
- Gogoria i Slug to kolesie sprzed lat. Jakiś czas temu zielona gęba się z nami skontaktowała. Pewnie się ułożył z szefem co do tego. Cholerna szkoda. Ostatnio mi mało serce nie pękło jak przepuściliśmy cesarski liniowiec. Jeden z największych jakie w życiu widziałem - Changeling westchnął po raz kolejny i zalał żal piwem.
Leau opadł na oparcie krzesła z poczuciem tryumfu. Wywiad podejrzewał, że Gogoria zaczął pracować dla wroga, ale nie miał stu procentowej pewności. Pół-Sajan uzyskał potwierdzenie w niecałą godzinę od wejścia na pokład. Reszta zależała od jego partnera.

Charakterystyczny dla zwarcia elektrycznego grzmot oraz postępujący po nim krzyk sprawiły, że Zerd mało nie upuścił cyfro-notesu. Wszyscy w zasięgu słuchu odruchowo odwrócili się, aby sprawdzić co się stało. Spod podłużnego, wielkości trzech piętrowych aerobusów, statku wyczołgał się mężczyzna. Osłaniając pełne bąbli i oparzeń ramie, klął jak zawodowy szewc. Zdrową kończyną chwycił ciężki klucz ciśnieniowy i, celując w jeden z odsłoniętych układów pojazdu, zamachnął się przygotowując do uderzenia. Jednak zanim zdążył wyrządzić jakiekolwiek szkody, stojący obok Zerda mechanik krzyknął:
- Niech ktoś go powstrzyma!
Dwaj, znajdujący się najbliżej mężczyźni, doskoczyli do poparzonego i wytrącając narzędzie z dłoni, obalili go na ziemie.
- Puśćcie mnie! Zajebię tą chujozę! Nie zostawię ani jednej połączonej śrubki!
Ukrywający się pod fałszywą tożsamością coolant obserwował całe zajście z zaciekawieniem. Rozmawiający z nim jeszcze przed chwilą, główny mechanik o imieniu Grant podszedł do szamoczącego się na podłodze mężczyzny. Monsturn nie miał pewności, ale podobieństwo obu osobników było na tyle duże, że mogli należeć do tej samej rasy. Obydwaj posiadali śniadą cerę, krótkie oliwkowe włosy oraz wydłużone podbródki pokryte skórnymi zgrubieniami, układającymi się w dwa symetryczne wzorki.
- Folt, uspokój się! - krzyknął Grant.
- Mam się uspokoić?! Mam się uspokoić?! - wrzeszczał wściekle Folt. - Ta jebana kupa złomu prawie mnie zabiła! Gdybym nie miał skupionej ki w dłoni przy odkręcaniu tej śruby byłbym już martwy!
- I co chcesz zrobić?! - przerwał mu główny mechanik. - Gogoria bardzo interesuje się tym statkiem, a ty już dobrze wiesz jakie on ma kryteria jeśli chodzi o wycenę szkód. Za same straty moralne wśród załogi nieźle ci policzy.
Folt opanował się na tyle, że dwaj trzymający go mężczyźni mogli pomóc mu wstać i odejść, aby zająć się własnymi obowiązkami.
- Jeśli uważasz, że masz na koncie wystarczająco pieniędzy i cię na to stać to proszę bardzo. Rozwal statek - kontynuował śniady pirat. - Ale mnie nie stać na stratę dobrego mechanika. Więc zbieraj dupę w troki i leć do ambulatorium.
Przez chwilę wydawało się, że oliwkowowłosy wytoczy jakąś ripostę, ale zamiast ruszył w stronę windy.
- Dzisiaj nasza pani doktor musi być wyjątkowo zręczna - przerwał ciszę Riley. - Łapiecie... hehe ... zręczna.
W odpowiedzi przywitały go, ani trochę rozbawione, spojrzenia mechanika i coolanta.
- Folt nieźle się wkurwił - czerwonoskóry momentalnie zmienił temat. - Ostatni raz tak wkurzonego widziałem go jak przegrał obrączkę ze mną w karty. On nienawidzi jak coś nie idzie po jego myśli, powinieneś popracować nad tym, bo któregoś dnia rozwali cały hangar.
- Może i jest raptusem, ale chyba nie muszę ci przypominać, że wtedy oszukiwałeś.
- Zaraz oszukiwałeś... - oburzył się Jaran. - Pomagałem tylko szczęściu.
- Daj spokój siedziałem obok ciebie - przewrócił oczami mechanik. - Używałeś kości z magnetycznymi wkładkami.
- Ale Riley ma trochę racji - Zerd przerwał prowadzącą do nikąd sprzeczkę. - Tak się pienić z powodu jakiejś łajby? Folt musi być lekko niezrównoważony.
Grant spojrzał na Monsturna krzywo.
- On jest nowy - wyjaśnił Riley. - Jeszcze nie wie.
- Aha. No więc widzisz Zim - zaczął główny mechanik. - To nie jest zwyczajna łajba.
- WYPRASZAM SOBIE - zza pleców trójki piratów, w tym jednego fałszywego, zabrzmiał oburzony metaliczny głos. - Mam już dość nazywania mnie łajbą. Wasza moralność jest wysoko dyskusyjna z racji wykonywanego zawodu, a i poczucie respektu wobec jakiejkolwiek władzy zwierzchniej opiera się wyłącznie na hedonistycznym podejściu do życia i strachu, więc nie można zbyt wiele od was wymagać, ale mimo to ja mam swoją godność! Nazywam się Apollo 8-1-12 i żądam, aby tak się do mnie zwracano.
- Ten statek gada? - zdumiał się Zerd.
- Apollo! Rozumiem, że mózg post-ewolucyjnego produktu gada czy płaza bez żadnych cybernetycznych usprawnień przetwarza informacje z szybkością przestarzałej zgniatarki odpadków, do czego, jeśli mogę sobie pozwolić na dygresję jest najbardziej podobny. I to, i to, pełne śmieci. To jednak ile razy muszę artykułować, że nazywam się Apollo 8-1-12.
- Nie daj się zagadać - ostrzegł Grant. - Jak ten złom raz poczuje, że ktoś go słucha to nie sposób go później zamknąć.
- A-P-O-L-L-O. Czy odrobina uprzejmości wymaga aż tyle wysiłku? - zapytał retorycznie statek.
- Uprzejmości?! - wypalił główny mechanik. - Próbowałeś usmażyć Folta!
- Usiłował wyłączyć mój układ sensoryczny - odparł jednostajnym tonem pojazd. - Jaka byłaby twoja reakcja, gdyby ktoś podjął próbę pozbawienia cię oka ciężkim tępym narzędziem?
- Dobrze wiesz, że to nie to samo! Kiedy się nauczysz, że jesteś teraz naszą własnością? Twoja metalowa dupa należy do mnie! - zirytował się śniadoskóry mężczyzna.
- Odpowiedź na to pytanie będzie lakoniczna i jednoznaczna. Nigdy - odparł Apollo. - Według ustawy czternastej paragrafu szóstego punktu piątego z dziennika ustaw Hegemonii na temat układów sztucznej inteligencji, każda jednostka z wbudowanym modułem sztucznej inteligencji przekraczającym tysiąc sześćdziesiąt linntenów ma być uznana za pełnoprawną formę życia i ma być traktowana na równi z każdym innym obywatelem o strukturze organicznej. Logiczną decyzją jest więc, że takiej jednostki nie można posiąść jedynie zawrzeć z nią kontrakt, który twierdzi że rzeczona jednostka może być użytkowana, a nie posiadana. A ja nie zawierałem z wami kontraktu.
- Ty pieprzona latająca konserwo - warknął Grant. - Przysięgam, że znajdę sposób na dostanie się do twojego środka i wymontowanie tego modułu sztucznej inteligencji.
- Na taką pustą groźbę mogę odpowiedzieć tylko w jeden sposób. Niech któryś z was tylko spróbuje, to przepuszczę przez was całe ogniwo paliwowe - odparł najspokojniej w świecie Apollo.
- Ja cię zaraz...
- Ekhm - przerwał kaszlnięciem Riley. - Mówiłeś coś, żeby nie dać się zagadać czy tylko mi się zdawało.
- Eee... tak - odparł zmieszany Grant. - Chodźmy stąd.
Gdy śniadoskóry mężczyzna prowadził towarzyszy z daleko od gadatliwej maszyny, Zerd nie mógł powstrzymać się przed zadaniem pytania.
- Skąd żeście to wytrzasnęli?
- Z Hegemonii - odparł mechanik. - Oni mają tam takich pełno. Tego złapaliśmy jakiś miesiąc temu na granicy ich przestrzeni. Na początku mieliśmy zażądać okupu za załogę, a statek rozmontować, ale Gogoria kazał się wstrzymać. Widocznie ma inne plany. Ale byłoby prościej, gdyby dał nam większą wolność przy pracy nad tą łajbą. Z jakiegoś powodu chce ją w idealnym stanie, pewnie będzie używał jej do załatwiania interesów w Hegemonii incognito, czy coś.
- Plany, planami, ale przez to całe zamieszanie w końcu nic nie postawiłeś - niecierpliwił się Riley.
- A tak. Wpiszcie mi tysiąc na sprzedaż w niewolę - odparł mężczyzna.
- No... na co czekasz młody? - upomniał Monsturna czerwonoskóry. - Wpisuj, wpisuj.

- Nie wiem, czy Kaioshini istnieją, ale jeśli tak, to muszą nas bardzo lubić - stwierdził Changeling dopijając resztę piwa.
- W jakim sensie? - zapytał mieszaniec krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
- Jeden z moich kontaktów, który przeżył całą tą wpadkę na Makyo. Wszystko mi opowiedział - przerwał na chwilę gapiąc się w puste naczynie - Kiedy nasi koledzy po fachu próbowali się wydostać z planety, okręty zrównały całe lądowisko z gruntem. Spopielili wszystko i wszystkich. Nawet własnych żołnierzy. Nie chciałbym mieć do czynienia z dowódcą tej floty. To musi być straszny skurwysyn.
Leau uśmiechnął się pod nosem. Zmiennokształtny nie był tak daleki od prawdy. Nie trafił jedynie z płcią. Mieszaniec słuchając dalszych zwierzeń towarzysza, przedramieniem poprawił urządzenie ukryte w kieszeni wewnętrznej. Nie był zbyt chętny zostawiać zbroi niestrzeżonej, ale ostatnie czego potrzebował to wzbudzanie podejrzeń. Poza tym gdyby udało mu się zrobić przyzwoite wrażenie na kapitanie, może Gogoria byłby bardziej skory do spotkania. Coolant ryzykował, ale wiedział, że gra jest warta świeczki. Mimo to nie mógł pozbyć się uczucia niepokoju. Przed wyjściem ustawił wbudowane w zbroje scoutery w taki sposób, aby w razie jakichkolwiek kłopotów wysłały ostrzeżenie. Gdyby ktoś wtargnął do kajuty, podłużny "pilot" w kieszeni pół-Sajana zacząłby wibrować. Leau żywił nadzieje, że włączenie wokabulatora w pancerzu odstraszyłoby ewentualnego intruza. Ale przede wszystkim liczył na to, że spaślak nie zaryzykuję zerwania negocjacji i zostawi potencjalnego klienta w spokoju.
- W każdym razie - kontynuował Changeling. - Ten skurwiel, który dowodził tą flotą nie miał zmarzniętego pojęcia o pirackiej mentalności. Mógł ich spokojnie puścić do statków. Im w głowie było ratowanie swojej skóry i nic więcej. Rozpierzchliby się na wszystkie strony i nawet przez myśl nie przeszłoby im żeby zaatakować flotę. Wielka szkoda.
- Czy ja wiem? - odparł Leau. - Zawsze to jednak mniejsza konkurencja.
- To prawda, ale natura nie lubi próżni. Ich miejsce zajmą inni, a poza tym znałem część z tych popaprańców. Zawsze to jednak dyskomfort, gdy wiesz, że twoi znajomi poginęli.
- Tak - skwitował pół-Sajan przelewając połowę zawartości kufla do naczynia Changelinga, - A więc wypijmy za tych, którym się nie udało.
- Wypijmy! - odparł entuzjastycznie zmiennokształtny.

Maszynownia. Spośród dziesiątek określeń jakie można by jej przypisać, jedno wybijało się ponad inne. Głośna. Monsturn dziwił się jak ktoś mógł skupić się, a co dopiero pracować w takim miejscu, ale inżynierom najwyraźniej to nie przeszkadzało. "Cóż, chyba do wszystkiego można przywyknąć" podsumował w myślach coolant.
- Zim, słuchaj! - krzyknął czarnowłosy Jaran, przebijając się przez szum maszyn. - To jest bardzo nieprzyjemne miejsce! Rozdzielmy się! Ty weź lewą stronę, a ja prawą! Zbierz od wszystkich zakłady i wracaj! Im szybciej to skończymy tym szybciej uda nam się stąd wynieść. A i jeszcze jedno! Gdyby ktoś cię zaczepił, mów, że ja cię tu przysłałem!
Zaraz po tym jak czerwonoskóry zniknął za kilkoma masywnymi rurami, fałszywy pirat ruszył w przydzieloną mu część maszynowni. Nie mógł do końca uwierzyć szczęściu jakie go spotkało. Nie liczył, że uda mu się dostać w tak kluczową część okrętu, ale okazało się, że Riley jest czymś w rodzaju prawej ręki kapitana i ma dostęp do wszystkich pokładów. Seledynowoskóry mógłby zaryzykować stwierdzeniem, że Jaran mu ufał, raczej po prostu nie dostrzegał w nim żadnego zagrożenia.
Dla niepoznaki zaczepił kilku pracowników i przyjął od nich zakłady, ale jednocześnie starał się znaleźć maszynę, układ lub system, którego uszkodzenie sparaliżowałoby czy nawet zniszczyło okręt. Niestety wydawało się, że szczęście go właśnie opuściło. Nic nie wyglądało na tyle istotne, aby ryzykować zdemaskowaniem.
Zbliżając się do źródła nieznośnego, utrudniającego rozmowę hałasu natknął się na dość osobliwą scenę. Zaopatrzeni w palniki plazmowe mężczyźni, cięli na kawałki rzeźby z błyszczącego, żółto-pomarańczowego kryształu. Oddzielone fragmenty opalali i szlifowali aż do momentu, gdy zaczynały przypominać kule. Gdy dany odłamek przeszedł wystarczającą obróbkę był instalowany w jednym z dwudziestu ośmiu wklęsłych otworów metalowego pierścienia, przez który przechodził szeroki, pozłacany cylinder.
Początkowo coolant nie wiedział na co tak dokładnie patrzy. Ale po chwili doznał objawienia. Nameczańskie działo strumieniowe! Zerd nawet nie próbował zgadywać jak Gogoria wszedł w posiadanie tak rzadkiego urządzenia.
Działa strumieniowe stanowiły podstawową broń nameczańskiej floty podczas Wojen Ekspansywnych. Zasilane były przez specjalny rodzaj sztucznego kryształu, którego jedynie Nameczanie potrafili wytwarzać. To błyszczące sztuczne tworzywo wykorzystywali nie tylko w przemyśle zbrojeniowym, ale także w sztuce i jubilerstwie. Po wojnie i zniknięciu Namek, technologia przepadła. Imperium zdobyło plany konstrukcyjne dział, ale nigdy nie udało im się zduplikować źródła zasilania.
Zerd poczuł podniecenie. Interesował się militariami od czasu, gdy miał pięć czy może sześć lat. Jego fascynacja zakiełkowała wraz z momentem, gdy dostał pierwszy samo-składający się model myśliwca. W końcu gromadzona przez lata wiedza znalazła praktyczne zastosowanie.
Monsturn ruszając przed siebie spojrzał na stojącą w kącie żółto-pomarańczową rzeźbę przedstawiającą Nameczanina. "Gogoria musi wydawać majątek na te posągi" pomyślał coolant "Przecież takie coś to teraz rzadkość".
- Czego tutaj szukasz? - zapytał jeden z pracowników uprzednio wyłączając szlifierkę i zdejmując gogle.
- Przysłał mnie Riley - wypalił zielonowłosy. Zapatrzył się na jeden z posągów i pytanie całkowicie go zaskoczyło.
- Taaa? A czego chciał? - zapytał znużony i lekko podirytowany mężczyzna. Widocznie szlifowanie nie mieściło się w jego kryteriach wymarzonej pracy.
- A tak, właśnie. Chodzi o zakład - zaczął tłumaczyć Monsturn pokazując cyfro-notes. Obaj mężczyźni schowali się za pozłacanym cylindrem, aby choć trochę zniwelować skutki hałasu. Gdy fałszywy pirat kończył wprowadzać dane do kieszonkowego urządzenia rozmyślnie je upuścił. Unosząc lekko nogę odbił płaski przedmiot, który wsunął się pod metalowy cylinder układu zasilania działa strumieniowego.
Mężczyzna warknął z dezaprobatą.
- Spoko, już go wyjmuję - zapewnił spokojnie Monsturn, po czym zaczął wczołgiwać się pod maszynę. Wszedł na tyle głęboko, że mógł, niezauważony, wyciągnąć z kieszeni płaskie siwe dyski z malutkimi przełącznikami. Gdy przyczepiał miniaturowe bomby, krzyknął głośno:
- Już go prawie mam, zaraz wychodzę.
Spieszył się jak tylko mógł, aby nie wzbudzić podejrzeń. Gdy wydostał się na zewnątrz przywitała go niezadowolona mina.
- Wpisuj co masz wpisać i wynoś się - warknął wyraźnie zirytowany mężczyzna.
- Dobra, dobra, już idę.
W drodze powrotnej zastanawiał się dlaczego system zasilania działa znajdował się w maszynowni. Nie znał się aż tak dobrze na projektowaniu okrętów, ale czuł, że normalnie takie systemy montowało się w oddzielnych pomieszczeniach. Jedynym wytłumaczeniem jakie mu się nasuwało była konstrukcja samego statku. Nie był on zaprojektowany na posiadanie takiego uzbrojenia, wiec prawdopodobnie inżynierowie Gogorii musieli zastosować mniej konwencjonalne rozwiązania.
Przy windzie czekał już Riley.
- Zakłady zebrane? - zapytał wprost.
- Tak.
- No to ruszamy dalej - powiedział Jaran naciskając na klawisz przywoływania windy. - Zostało nam w sumie jeszcze jedno miejsce.
- To znaczy?
- Więzienie - odparł.

- Najciekawsze jest to, że całą tą operacją dowodził Freezer. Wszystkie portale i stacje informacyjne, później o tym trąbiły - powiedział Changeling rozsiadając się wygodniej na krześle. - Zastanawia mnie, o co mu chodziło. Może nagle poczuł się zagrożony i chce wyjść na bohatera wśród ludzi, a może po prostu przygotowuje się do wyrwania tronu spod dupy braciszka.
- Szczerze mówiąc myślałem, że polityka Imperialna nie będzie cię interesować - odparł Leau. - Sam mówiłeś, że atakujecie teraz imperialne statki regularnie.
- To prawda - potwierdził zmiennokształtny siadając prosto. - Ale splądrowanie jednej czy dwóch łajb, a widmo wojny domowej to zupełnie co innego. Fakt, wybierając taki, a nie inny zawód, niejako opuściłem Imperium, co nie znaczy, że w jakimś stopniu nie zależy mi na jego losie. Szczerze mówiąc to osobiście wolałbym, żeby Imperium wygrało całą tą wojnę.
- Kto by pomyślał, że spotkam pirata patriotę - podsumował mieszaniec. - Powinieneś założyć partię piratów patriotów.
- Hehe, no tak daleko się nie zapędzajmy. I tak nie zamierzam przedkładać osobistych sympatii ponad obecny styl życia.
- Raczej kasę, kobiety i adrenalinę - poprawił pól-Sajan. - Ale cię rozumiem, jak myślisz, po co zostałem prywaciarzem?
- Powiedziałbym, że powinniśmy za to wypić, ale nie mamy już co.
- Wystarczy, że podobnie myślimy - odparł z rozbawieniem w głosie czarnowłosy. - Jak myślisz, Gogoria się z nami spotka czy będę zmuszony załatwiać wszystko przez pośrednika? Bez urazy.
- Nie chowam. Zależy. Ale to się okaże, gdy już dolecimy w jego tajne miejsce. Może poczuję się na tyle bezpieczny, że wyjdzie ze swojej nory.
- To dobrze. Nawet nie wiesz jakich narzekań musiałem słuchać ze strony mojego pracodawcy. A właśnie nie podziękowałem ci jeszcze za to, że mnie stamtąd wyrwałeś.
- Do usług - odparł z szelmowskim uśmiechem Changeling. - Niedługo tam dolecimy. Możemy już powoli wracać. Chodź.
Zostawiając puste kufle na stole, mężczyźni wstali i ruszyli luźnym krokiem do wyjścia.

Monotonne buczenie pola energetycznego dochodziło z jedynego włączonego generatora, a wartę, jeśli tak można nazwać siedzenie w dyżurce i pożeranie racji, pełnił samotny strażnik. Gdy Zerd i Riley minęli jego stanowisko, wyraźnie się ożywił. Zamiótł resztki jedzenia do szuflady i wyskoczył na korytarz.
- A kto tu mnie odwiedza? - zapytał zwracając się do Rileya.
- Cześć Oroo. Mam dla ciebie pewną propozycję - zaczął czerwonoskóry, podając mężczyźnie o podłużnej purpurowej czaszce cyfro-notes. - A to jest Zim. Nowy. Tak jakby go oprowadzam.
- Zakładziki co? Chętnie trochę postawię - powiedział strażnik, naciskając kilka klawiszy. - Nowy, ta? Pewnie Riley ci już się chwalił, że jest prawą ręką kapitana i jaki to on nie jest ważny dla okrętu.
- A jak! - zakrzyknął Jaran. - Niech chłopak się uczy, z kim musi się tutaj liczyć.
- Wiesz stary. Bycie prawą ręką ma też swoje wady - rzekł podłużno-głowy, oddając urządzenie.
- Taa? Niby jakie?
- Człowiek prawą ręką zazwyczaj się podciera.
Monsturn wybuchł szczerym śmiechem.
- A śmiejcie się, śmiejcie - oburzył się czerwony. - Na koniec dnia moje i tak będzie na wierzchu.
- Mhm, będzie. Pod warunkiem, że kapitan umyję rękę - droczył się dalej strażnik.
- Daj se siana - odciął się mężczyzna. - Hej, a gdzie jest Nix? On zawsze stawał po mojej stronie.
- Nix to lizodup i dobrze o tym wiesz, ale go i tak lubię - przerwał na chwile Oroo. - On teraz odsypia. Nie czuł się najlepiej to odesłałem go do łóżka. I tak nie ma za bardzo czego tu pilnować.
- To jak? Może zrobimy nowemu kino? - zaproponował Riley. - Niech się uczy póki ma okazje.
- Czemu nie - odparł purpurowy.
Trzej mężczyźni ruszyli w głąb korytarza i zatrzymali się przy buczącej czerwono-różowawej barierze energetycznej.
- Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta. Zbliżcie się i podziwiajcie - zaczął dość znudzonym głosem strażnik. Odpinając wiszącą mu u pasa pałkę obezwładniającą wskazał na pierwszego więźnia. - Doktor Gizard Jakiśtam... reszta totalnie wyleciała mi z głowy... biolog oraz elegancik... ale ten garnitur panie Gie jest taki passe... oraz największy frajer po tej stronie Mgławicy Rem. Na nic były mu te wszystkie tytuły, bo i tak dał się złapać jak ostatni idiota. Plus prawdopodobnie prawiczek! Za doktora Gizarda dostaniemy całkiem niezły okup jak tylko szef załatwi swoje sprawy.
Oroo zrobił krok w prawo i skierował pałkę na kolejną osobę.
- Samica z rasy Underboar, o imieniu Gorga.
Coolant nie był zachwycony poniżaniem więźniów, ale nie mógł na to nic poradzić. Szybko przegonił oburzenie i przeniósł wzrok z płomiennowłosego mężczyzny w znoszonym i wyraźnie brudnym garniturze, na siedzącą w kącie kobietę. Z lekko wysuniętej do przodu szczęki wystawały jej dwa potężne kły. Głowa zaopatrzona była w dwa bulwiaste rogi, a obraz brzydoty dopełniały zadarty do góry nos, spiczaste uszy i pól-okrągłe łuki brwiowe. Monsturna zawsze zaskakiwało ile to brzydactwa natura potrafi natworzyć. Ale nawet brzydota nie była powodem do prześladowań.
- Rasa tak zacofana, że Imperiale nie zawracali sobie głowy, żeby ich wytłuc i zająć ich planetę - kontynuował przedstawienie podłużnogłowy. - Mimo całkiem wysokiego poziomu mocy, nasza pokładowa świnka nie potrafi skumulować energii poza własnym ciałem. Doktor Gizard zabrał ją ze sobą prawdopodobnie tylko dlatego, aby utracić dziewictwo. Trzeba tu nadmienić, że panna Gorga praktycznie, w ogóle się nie odzywa. Wiarygodne źródła twierdzą, że zobaczyła Doktora Gie nago i do tej pory nie może wyjść z traumy.
Pałka ogłuszająca poszybowała w powietrze. Obróciła się o trzysta sześćdziesiąt stopni i ponownie wylądowała w dłoni strażnika.
- Oto przed państwem blond cud, Engelianin Gabriel. Natura obdarzyła go dużymi, majestatycznymi, budzącymi podziw oraz zachwyt, przyprawiającymi nastolatki o samoistną deflorację oraz całkowicie nieprzydatnymi, zwłaszcza w takich ciasnych pomieszczeniach jak to, skrzydłami. Swoją drogą nie mogę sobie wyobrazić ani jednej sytuacji, w której nie byłyby one uciążliwe, a siadanie na sraczu to już przeradza się w wyzwanie.
Purpurowoskóry mężczyzna odchrząknął demonstracyjnie i zbliżył się do panelu kontrolnego celi. Na klawiaturze numerycznej wystukał krótką melodyjkę i wskazał na ostatniego więźnia. Drobną białowłosą kobietę o bladej cerze i wściekle czerwonych oczach.
- A to proszę państwa główna atrakcja dzisiejszego spektaklu. Nasza perła w koronie, wisienka na cieście, kropla miodu w beczce dziegciu, odświeżacz powietrza w przebieralni dla Boneheadów, powód największego zakładu od czasów kontrowersji na temat ilości podbródków Gogorii. Jedyna i niezastąpiona Ak'ha! Wcześniej występowała jako przedłużenie woli samego szefa, była naszym głównym kontaktem w Hegemonii i trzecią najważniejszą osoba na okręcie. Teraz gościnnie obejmuje rolę więziennej suki.
Dłoń Zerda zacisnęła się w pięść. Nikogo nie powinno się tak traktować, nawet przestępców. Monsturn miał ochotę skrócić podłużną głowę strażnika przynajmniej o połowę, ale zdołał się opanować.
- Ekspozycja jak na pokazie dziwadeł - skomentował coolant, starając się nie brzmieć zbyt sucho.
- Stare przyzwyczajenia - odparł Oroo. - I nawet trafiłeś. Pracowałem kiedyś w cyrku.
- Serio? - zapytał fałszywy, już bardziej spokojny, pirat.
- Tak. Pracowałem tam razem z moim bratem Onoo. Nazywali nas "Zadziwiający Bracia Longskulle". Specjalizowaliśmy się w połykaniu pocisków ki, puszczaniu dymu uszami i tym podobne.
- Więc co się stało, że jesteś teraz tutaj? - drążył dalej temat, nie wychodząc z roli, Zerd.
- To było tak. Mój brat Onoo wymyślił nowy numer. Złapanie w locie szybko lecącego pocisku, a następnie natychmiastowe wyplucie go, ale pod postacią wiązki - opowiadał Oroo zawieszając pałkę u pasa i upewniając się, że generator pola działa poprawnie. - Numer miał się nazywać "Smok". No i nawet się udał. Ale niestety dla Onoo tylko połowicznie. Udało mu się złapać pocisk i nawet udało mu się zionąć wiązką ki, ale nie tą stroną głowy, którą zamierzał.
Na twarzy agenta Imperium pojawił się nieprzyjemny grymas, gdy wyobraził sobie nieudany spektakl. Longskull kątem oka podłapał jego minę i kontynuował:
- Właśnie. Po tym incydencie doszedłem do wniosku, że czas zmienić karierę, a że taka codzienna zabawa ze strzelającymi do ciebie fagasami rozwija jednak ten poziom mocy, załapałem się na piratowanie.
- Skończyliście? - zapytał blond włosy Gabriel. - Jeśli tak to dajcie nam trochę spokoju i się wynoście.
- Hola, hola, panie fruwak - pogroził palcem Oroo. - To ja tutaj mówię kiedy kto zaczął i kto skończył.
Wzburzona, drobna, blada kobieta poderwała się na równe nogi. Zaczęła wrzeszczeć, ale Zerd nie był w stanie zrozumieć ani słowa. Posługiwała się całkowicie obcym mu językiem. Jedyne czego mógł być pewien to, iż nie wyrażała się o nich zbyt pozytywnie oraz, że używała naprawdę dużo gardłowego "ha".
- Co ona znowu pieprzy? - żachnął się Riley przewracając oczami.
- Panienka Ak'ha wyraziła jedynie swoje oburzenie i chciała zauważyć, że znajdujemy się w areszcie, a nie ogrodzie zoologicznym, z tą różnicą, że panienka Ak'ha sformułowała to bardziej... dosadnie - przetłumaczył wypowiedź we własnym stylu płomiennowłosy doktor Gizard.
- No to ja już wiem do kogo należy ten statek na dole - westchnął coolant.
- Bingo, stary - poklepał go po ramieniu Jaran. - A co do Ak'hi ona jest wkurzona tym, że zaciągnąłem ją do łóżka, i że nie będzie mogła już więcej posmakować prawdziwego mężczyzny. Ale nie przejmuj się Ak'husiu. Jeśli Gogoria zrobi z ciebie prostytutkę może odwiedzę cię jeszcze parę razy. Obrzucana obelgami kobieta wystartowała jak pocisk balistyczny, i prawdopodobnie też jak jeden by skończyła, gdyby w porę się nie opamiętała i nie zatrzymała na metr przed polem siłowym. Robiąc głęboki wdech rzuciła wściekle parę kolejnych zdań.
- Cytuję: podejdź bliżej to ci pokażę jak z prawdziwego mężczyzny zrobić kobietę - tym razem tłumaczenia podjął się Gabriel.
- Jak to się dzieje, że oni wszyscy ją rozumieją? - zaciekawił się Zerd.
- A bo widzisz - zaczął Oroo. - Hegemończycy mają wszczepiany do mózgu taki chip, który im wszystko tłumaczy na bieżąco. Uniwersalny translator czy jakoś tak to się nazywa.
- Gogoria też to ma - uzupełnił wyjaśnienia towarzysza Riley. - Dlatego jako jedyny na statku rozumiał co ona w ogóle gada.
- To jak ona porozumiewała się z wami, jak miała coś ważnego do powiedzenia? Trochę to niepraktyczne, móc rozmawiać tylko z jedną osobą.
- Przez pismo - odparł Jaran. - Potrafiła ustawić ten gadżet w taki sposób, że podświetlał jej klawisze jakie miała naciskać, żeby napisać to co chce, czy coś takiego. W każdym razie, potrafiła pisać po naszemu.
- Panowie, ja rozumiem, że obecną sytuację można zaliczyć do wyjątkowej, czy nawet ekstremalnej, ale bądźmy cywilizowani i dojrzali. Przekomarzanie się z nami do niczego nie doprowadzi. Jeśli nie macie żadnego konkretnego celu to proszę odejdźcie - poprosił bardzo łagodnym tonem Gizard.
- A ten znowu swoje - westchnął Longskull. - Chodźmy stąd, bo jeszcze zrobi nam wykład z etyki.
Trójka należących do różnych ras mężczyzn przystanęła obok dyżurki.
- No i jak nowy? Jak ci się podobał pokaz? - odezwał się purpurowy.
- Był interesujący.
- No ja myślę. Nie po to odstawiałem całą to szopkę żebyś teraz narzekał.
- Tak z czystej ciekawości - przerwał rozmówcy Zerd. - Czemu nie zamkniecie ich w oddzielnych celach? W końcu oni mogą spiskować, czy planować wspólną ucieczkę.
Pozostali mężczyźni wybuchli śmiechem. Gdy zdołali opanować doznające spazmów przepony, wyprostowali się i spojrzeli na Monsturna.
- Ty naprawdę jesteś jeszcze zielony - zaczął Riley.
- Sztuka polega na tym, aby ułatwiać sobie życie - kontynuował drugi pirat. - Mógłbym zamknąć ich do oddzielnych cel, ale po co? Wtedy musiałbym robić obchód i tylko Kaioshini wiedzą co jeszcze, a tak podejdę do najbliższej celi, rzucę okiem i już wiem, że wszystko jest w porządku. A w razie jakiś kłopotów to przy celi jak i w dyżurce jest guzik, który wpuszcza im gaz usypiający.
- Nikt was nie kontroluje?
- Niby Gogoria ustalił jakieś tam standardy - ciągnął Oroo. - Ale nie zostałem piratem, żeby przestrzegać wszystkich zasad. Gogoria rzadko porusza się dalej niż w obrębie mostek - swoja kajuta. Wszystko raportuje mu kapitan, a on w dużej części przypadków jest po naszej stronie.
- Aha - zdołał wydusić z siebie coolant. Cała sytuacja wydała mu się absurdalna.
- Dobra, Nowy, koniec zabawy - przerwał rozmowę Jaran. - Umowa to umowa. Ja oprowadziłem cię po statku to ty teraz lecisz na dół do gości. Na szczęście niczego nie chcieli, ale trzeba robić dobre wrażenie, że jednak tam ktoś stoi.
- Robi się - odparł Zerd i momentalnie skierował się do windy.

W drodze powrotnej starał się wszystko sobie poukładać. Jego pierwsza samodzielna misja okazała się nadzwyczajnym sukcesem. Oczami wyobraźni widział jak wykłada, przed Leau, zdobyte informacje. Duma rozpierała jego pierś, ale również go zaślepiła. Poczuł się tak pewnie, że przestał zwracać uwagę na otoczenie. Szybkim krokiem wypadł zza rogu i natknął się na rozmawiających przed drzwiami pół-Sajana i kapitana okrętu. Changeling nie mógł go nie zauważyć. Monsturnowi nie pozostało mu nic innego jak zasalutowanie i robienie dobrej miny do złej gry. Zimnokrwisty przyjrzał się fałszywemu podwładnemu bardzo uważnie. Jego oczy zmieniły się w szparki, po czym zapytał.
- Co tutaj robisz?
- Zamieniłem się z Riley'em na obowiązki, panie kapitanie. Mam pilnować potrzeb naszych gości - odparł najspokojniej jak potrafił Zerd.
- A więc Riley wrobił w swoją robotę kogoś innego. Mogłem się tego spodziewać - odparł dowódca. - Ale ciebie jakoś kojarzę, a ja nigdy nie zapominam twarzy. Kim jesteś i jaką masz funkcję?
Monsturn przełknął ślinę. Kątem oka zauważył ponurą minę Leau. Mieszaniec nie mógł mu w żaden sposób pomóc nie ryzykując dekonspiracji. Nieznaczne ruchy futrzanego "pasa" wyraźnie dawały do zrozumienia, że coolant jest wściekły.
- Jestem nowy panie kapitanie. Nazywam się Zim. Należę do ochrony okrętu. Moja zmiana się skończyła i zastępuję tutaj Rileya. On pomaga Oroo w areszcie, bo Nix, źle się poczuł. Panie kapitanie - Monsturn starał się wypluć jak największą liczbę imion i informacji na temat statku, aby zaspokoić podejrzliwość Changelinga . Mimo to, rogaty oficer nie przestawał przyglądać się zielonowłosemu. Przez przeciągającą się w nieskończoność chwilę milczał, aż odwrócił się w stronę pół-Sajana.
- No patrz! Starość mnie dopadła. Zaczynam zapominać kogo sam zabrałem na statek.
- Może jakieś ziółka na poprawę pamięci - zaproponował od niechcenia Leau.
- Taa, może. Chyba wszystkich nas to czeka. Najpierw piguły na pamięć, później piguły żeby stawał, potem piguły, coby kości nie skrzypiały. Mówię ci, starość nie radość - narzekał zmiennokształtny. - No nic. Jak dolecimy, dam tobie i twojemu pracodawcy znać. Ale byłoby łatwiej gdybyś nie zagłuszył wszystkich urządzeń w pomieszczeniu. W tym interkomu.
- To niestety konieczność. I nie zamierzam z niej rezygnować dla odrobiny wygody - stwierdził mieszaniec. - Nie masz nawet co próbować.
- Nie możesz winić faceta za to, że próbował. Musiałem - odparł z szelmowskim uśmiechem zimnokrwisty, po czym, żegnając się machnięciem ręką, odszedł.
Leau trzasnął drzwiami wchodząc do pokoju. Tym razem nawet bez zerkania na ogon Zerd mógł stwierdzić, że przełożony jest wściekły. Odczekał chwilę. Oficjalnie chciał zachować pozory, na wypadek gdyby zmiennokształtny miał po coś wrócić. Jednak w rzeczywistości wolał poczekać, aż Leau ochłonie. Czarnowłosy był Sajanem i gdy przychodziło mu do reagowania na sytuacje, które nie szły po jego myśli nie miało znaczenia, że był nim tylko w połowie.

- Mało wszystkiego nie spieprzyłeś! - wydarł się mieszaniec. - Teraz módl się, żeby nie przyszło mu do głowy sprawdzić Zima w bazie danych, bo inaczej jesteśmy udupieni!
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza. Młodszy coolant nie zamierzał się odzywać dopóki nie dostanie przyzwolenia. Jednocześnie nie mógł sobie darować gafy jaką popełnił.
- Więc czego się dowiedziałeś? - westchnął pół-Sajan.

Silniki Imperialnego krążownika "Zdobywcy" pracowały ze studziesięcioprocentową wydajnością od przeszło pięciu dni. Mimo protestów personelu inżynieryjnego, admirał Frostbite nakazała wyciśnięcie z silników "siódmych potów". W rzeczywistości najwięcej płynów ustrojowych tracili pracownicy maszynowni. Narażona na długotrwałe przeciążenia jednostka napędowa powodowała całe mnóstwo mniejszych lub większych usterek. Nie było godziny, aby nie przepalił się bezpiecznik, nie zawiódł obwód przesyłu energii, nie wysiadł podsystem. Problemy następowały jeden po drugim, ale wytężone prace konserwacyjne uniemożliwiały nagromadzeniu się im w coś naprawdę groźnego. Frostbite uznała sytuację za dopuszczalną i nie zamierzała cofać rozkazów, ale nie wszyscy podzielali jej entuzjazm.
- Nie podobają mi się te wskazania - zaczął kremowoskóry mężczyzna. Stojący za nim osobnik odwrócił się i spojrzał na monitor. - Przesadzasz. Silniki działają na tym ustawieniu non stop od pięciu dni to jasne, że mogą wystąpić pewne odchyły od normy.
- Niby tak, ale kilkakrotnie widziałem jak wskaźnik pokazywał ponad sześćset, a to naprawdę duży odchył - upierał się mężczyzna przejeżdżając ręką po kolczastej koronie.
- To imperialna produkcja. Wytrzyma. Nie takie rzeczy silniki tej klasy wytrzymywały, nie są z papieru - uspokajał współpracownika technik. - Poza tym rozumiem Frostbite. Dostała rozkaz z Core, żeby wracać do stolicy. Dziwisz się, że tak jej się spieszy, żeby zostawić ten świecący kamień za sobą?
- Niby nie, ale nie powinna tak cisnąć okrętu - dodał kremowy, wpatrując się w monitor.
- Lepiej nie mów tego na głos bo...
- Siedemset trzydzieści! - wykrzyknął sumienny mężczyzna.
- Co? - zdziwił się jego towarzysz zerkając na przyrządy. - Nic nie widzę.
- Już znikło, ale mówię ci skoczyło na siedemset trzydzieści!
- Dobra, załóż dodatkowe pole ochronne na jednostki napędowe, bo będziesz bił na alarm przy każdym ledwo zauważalnym skoku - poddał się stojący przed stanowiskiem inżynier. - Ale jak od tego strzelą zapasowe generatory Ty będziesz je naprawiał.

Jedna z popularnych teorii głosiła, że dana osoba może przyzwyczaić się do każdych warunków, jeśli jest wystawiona na nie przez wystarczającą ilość czasu. Mostek "Zdobywcy" zdawał się potwierdzać tą hipotezę. Wszyscy pracujący na nim marynarze przywykli do sposobu dowodzenia Frostbite. Gdy widmo śmierci lub obrażeń ciała w razie najmniejszego sprzeciwu stało się codziennością, personel zaczął traktować je jako nieuniknioną niedogodność. Natomiast starsi, bardziej doświadczeni oficerowie nauczyli się lawirować i wpływać na decyzję pani admirał bez bezpośredniego kwestionowania jej rozkazów.
Smagając ogonem metalową posadzkę zimnokrwista kobieta podeszła do iluminatora. Uniosła, zaopatrzoną w czerwoną kopułę, głowę i spojrzała na gwiazdy. A właściwie na mozaikę jaką tworzyły. "Zlewanie się" gwiazd było naturalnym efektem występującym podczas podróży nadświetlnych.
Różowy ogon nerwowo zamiótł podłogę, po czym owinął się wokół nóg. Skóra ramion i barków była tak napięta, że niewiele brakowało, aby zaczęła pękać na złączeniach z kopułami. Uczucia Frostbite zmieniały się jak w kalejdoskopie. Od nostalgii poprzez zniecierpliwienie oraz gniew, aż do ulgi i szczęścia.
Dowództwo postanowiło wycofać ją z Makyo, a w sytuacji, w której została ułaskawiona mogła wrócić do służby z czystym kontem. Miała nadzieję, że w końcu dostanie to na co zasługuję. Przydział na front. Dowodzenie zgrupowaniami flot. Obmyślanie strategii. Koordynowanie operacji. Do tego została stworzona, a nie do zwierzchnictwa nad ledwo w połowie sprawną zbieraniną okrętów, które dla kobiety z jej pozycją i wykształceniem były co najmniej upokarzające.
Ale na Core czekały ją także bardziej przyziemne nagrody. Prysznic, który nie pachniał metalowym zbiornikiem, świeżo przygotowane jedzenie oraz powietrze nie tłoczone przez system wentylacyjny. Prawdziwe, czyste powietrze. Gdy Changelinka przymknęła oczy, marząc o przyszłych wygodach, okręt szarpnął. Zaskoczona, straciła równowagę i upadając uderzyła głową o powierzchnię iluminatora. Pierwszym zewnętrznym bodźcem jaki do niej dotarł był ucisk na ramionach. Po chwili zdała sobie sprawę, że ktoś próbuje pomóc jej wstać. Jak tylko świadomość zaczęło do niej wracać krzyknęła:
- Co... Co się do cholery stało?!

- Mikroszczeliny - wyjaśnił główny inżynier. Kątem oka spojrzał na pierwszego oficera, nawigatora i kilku innych wyższych oficerów, którzy zebrali się w kajucie pani admirał. - Podejrzewamy, że gdy nasze okręty siłowały się z tą dziwną energią w trakcie bitwy na Makyo, jednostki napędowe doznały mikrouszkodzeń, które przerodziły się w poważny problem podczas wydłużonego skoku nadświetlnego.
- Jak rozległe są uszkodzenia? - zapytała Frostbite, trzymając nasączony, płynem regenerującym, bandaż na rozciętym łuku brwiowym.
- Nie wiemy - odparł nerwowo inżynier - Gdy pojawiły się mikroszczeliny, do układu napędowego dostało się powietrze. Od tego paliwo zaczęło się krystalizować i gdyby nie dodatkowe pole ochronne cała maszynownie zalałby toksyczny gaz.
- A żeby sprawdzić stan napędu musicie uwolnić i odpompować gaz - dokończyła pani admirał.
- Tak jest.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała Changelingka zwracając się do nawigatora.
- Kilkanaście lat świetlnych od mgławicy Rem - odparł mężczyzna. - Zgodnie ze wcześniej wyznaczona trasą, mieliśmy unikać wszystkich szlaków handlowych, aby rozwinąć maksymalną prędkość.
- A to znaczy, że jesteśmy odcięci od pomocy ze strony cywilów - podsumowała Frostbite. - Są w okolicy jakieś przekaźniki imperialne?
- Tak. Jeden znajduję się kilka lat świetlnych od nas. Ale to przekaźnik bierny, służy jedynie do transmisji holosieci, żeby nadać przez niego wiadomość, musimy zbliżyć się do niego na odległość mniejszą od roku świetlnego.
- Jak stoimy z energią? - dociekała kobieta, masując obolałą głowę.
- Energii w buforach zostało na trzy lub cztery małe skoki - odparł pierwszy oficer. - Powinno wystarczyć.
Frostbite westchnęła. Ciepła kąpiel oddaliła się o przynajmniej kilka dni.
- Skoczcie w zasięg przekaźnika i rozpocznijcie naprawy napędu. Jeśli uszkodzenia okażą się zbyt poważne, wtedy nadamy prośbę o pomoc. - Changelingka wydała rozkazy, kładąc się na łóżko. - Wykonać.

- Co masz na myśli, że on nie godzi się na negocjacje? - zdziwił się kapitan, a siedząca na łóżku zbroja wydała z siebie serię trzasków i zgrzytów.
- Mój klient twierdzi, że wasz pracodawca okazał mu brak szacunku. Mój klient zgodził się na wszystkie postawione warunki, a wasz pracodawca wciąż nie chce się z nim zobaczyć osobiście, tylko wysyła pośredników - wyjaśnił Leau.
- Ale czy to naprawdę takie ważne? Interes można ubić tak czy siak - próbował obłaskawić Arconianina zimnokrwisty.
- Uwierz mi dla nich to jest ważne - odparł ponurym głosem mieszaniec, po czym z zamontowany w pancerzu wokabulatora odezwał się ponownie. - Mój klient upoważnił mnie do przedstawienia oferty i wysłuchania waszej, ale jeśli liczycie na coś więcej, twój pracodawca musi zaaranżować spotkanie w cztery oczy.
- No to zapraszam do sali konferencyjnej - westchnął ze zrezygnowaniem Changeling. - Wysłuchamy tam swoich propozycji.
- Zakładam, że Gogoria ma tam kamery i będzie nas obserwował - rzekł pół-Sajan spoglądając kapitanowi okrętu w oczy,
- Tak, ma. I może, jak usłyszy, co twój klient oferuje, zmieni zdanie.
- Oby - szepnął coolant - Nie chce siedzieć tutaj, bo nasi szefowie są upartymi osłami.
- Wiem co masz na myśli - odparł cicho podłamany całą sytuacją zmiennokształtny, po czym obaj mężczyźni opuścili pomieszczenie.

Gdy pół-Sajan i Changeling opuścili jego pola widzenia, przestał udawać strażnika. Odgarniając zielone włosy z twarzy ruszył szybkim krokiem do windy. Nie chciał, aby ktoś uznał, że zachowuje się podejrzanie, ale miał niewiele czasu. Ułożony podczas rozmowy z Leau plan zakładał szybkość i precyzję działania. Jakiekolwiek opóźnienia mogły mieć fatalne skutki.
Najtrudniejsza była rezygnacja z likwidacji Gogorii. Jednak gdy wyszło na jaw, że chip-translator w mózgu Boneheada momentalnie zdemaskowałby ich fałszywego Arconianina, konieczna okazała się zmiana priorytetów. Pierwszeństwo otrzymało unieszkodliwienie "Windykatora".
Plan w założeniu był prosty. Odwrócić uwagę załogi od głównego zagrożenia, wydostać z aresztu byłą współpracowniczkę Gogorii oraz właściciela inteligentnego statku. Przebić się do hangaru, porwać pojazd, wydostać się z brzucha "Windykatora", odlecieć na bezpieczną odległość i odpalić ładunki. Obecność działa strumieniowego rzucała światło na tajemnicę sukcesu działalności Gogorii. Bez niego zagrożenie jakie stwarzał Bonehead zostałoby wyraźnie zredukowane. A informacje pozyskane od byłej wspólniczki spaślaka pozwoliłyby na uderzenie go po kieszeni. Misja nie byłaby oczywiście stu procentowym sukcesem, ale także nikt nie ośmieliłby się nazwać jej totalną klapą. Kompromis pomiędzy zdrowym rozsądkiem, a oczekiwaniami dowództwa.
Nerwowo przełknął ślinę.
Winda z jakiegoś powodu wlokła się niemiłosiernie. A może mu się tak tylko wydawało? Oby. Nie chciałby w niej utknąć w takim momencie. Nagle podłoga zawibrowała, a światło w pomieszczeniu przygasło. Na moment ogarnęła go panika. Obawiał się, że winda naprawdę zatrzyma się między pokładami, ale szybko zdał sobie sprawę, czym tak naprawdę był ten wstrząs. Leau zatroszczył się o dywersję. Reszta należała do niego.
Drzwi rozsunęły się z charakterystycznym sykiem serwomotorków. Zerd słyszał go już tyle razy, że przestał zwracać na niego uwagę, ale nie tym razem. Nic nie znaczący dźwięk okazał się rodzajem włącznika. Nagle wszystkie wątpliwości, obawy i emocję znikły, a Zerd przeistoczył się w stu procentowego żołnierza.
Zrobił zaledwie dwa kroki w głąb aresztu, a z dyżurki wyskoczył Oroo.
- Zim to ty? Czułeś to? Coś jak jakiś wybuch? Jak myślisz co to byyy... - Longskull przerwał, gdy seledynowa pieść utkwiła między jego oczami. Kolejny cios pozbawił go tchu i części drugiego śniadania. Na zakończenie oberwał łokciem w głowę. Uderzenie pchnęło go kilka metrów w tył, ale nie pozbawiło przytomności.
Monsturn, zaskoczony wytrzymałością przeciwnika skumulował w dłoniach ładunek ki i strzelił w osłaniającego głowę pirata. Atak posiadał wystarczającą ilość energii, aby zabić, ale nie dość żeby wywołać zwracającą uwagę eksplozję. Coolant nie docenił przeciwnika. Na chwilę przed trafieniem Longskull rozdziawił paszczę i połknął błyszczącą sferę. Jego policzki nadęły się, po czym otwierając usta zwrócił energię w postaci śmiercionośnego strumienia. Zerd ledwo uskoczył, a przelatująca obok jego głowy wiązka wypaliła dziurę w drzwiach windy.
- Jestem bardziej utalentowany niż brat - warknął Oroo, a smugi dymu wydobywały się z jego ust przy każdym słowie. Wydychając resztki oparu ruszył do ataku. W odpowiedzi Monsturn zaatakował kątem dłoni na odlew, próbując złamać kark napastnikowi. Ale pirat, w niemalże cyrkowej akrobacji, go przeskoczył. Zerd instynktownie rzucił ładunek ki za siebie, tylko cudem unikając ciosu w tył głowy. Od razu pożałował. Nawet z tak bliskiej odległości, Oroo zdołał przechwycić pocisk. Fałszywy pirat, okręcając się na pięcie, w ostatniej chwili zdążył przyjąć atak na złączone dłonie. Buty zaskrzypiały, gdy popychany przez strumień energii Monsturn przejechał w głąb korytarza. Dłonie trzęsły się mu jak osika, a skóra piekła jakby trzymał rozżarzone węgle. W normalnych okolicznościach byłby zafascynowany w jaki sposób z tak słabego pocisku udało się wytworzyć tak potężną wiązkę, ale sytuacja wyraźnie odbiegała od normalności.
- Ze smokiem nie wygrasz - rzucił splątaną w chmurze dymu przechwałkę Oroo. Zerd posłał mu groźne spojrzenie i zaczął kumulować kolejny atak. Znacznie mocniejszy niż poprzednie.
- Co chcesz spróbować jeszcze raz? Myślisz, że nie odbiję silniejszego ataku? - pytał retorycznie podłużnogłowy, przybierając odpowiednią postawę. - Dawaj co masz. Tym razem cię spopielę.
Coolant cofnął, spowitą światłem, rękę do tyłu, ale zamiast cisnąć pocisk wyskoczył do przodu. Zaskoczony Oroo próbował parować, ale kolano przeciwnika utkwiło głęboko w jego splocie słonecznym. Uderzając ponownie, tym razem w szczękę, Zerd wybił Longskulla w powietrze. Pirat spotkał się z sufitem z taką siłą, że na posadzkę oprócz jego bezwładnego ciała spadło też kilka metalowych płyt. Naładowana energią ki dłoń skierowała się w stronę nieprzytomnego. Jednak zamiast wypalić dziurę w głowię Oroo wciągnęła energie z powrotem do organizmu. Zerd pierwszy raz znalazł się w sytuacji, w której przeciwnik nie był tylko bezimiennym celem. Longskull miał imię, historię, własne życie. I mimo, że zdrowy rozsądek podpowiadał, aby zabić, coolant nie potrafił się do tego zmusić. Rezygnując z egzekucji, podniósł z posadzki bezwładne ciało, zawlókł je do jednej z pustych cel i aktywował pole energetyczne. Sumienie się uspokoiło. Seledynowy zdawał sobie sprawę, że Oroo prawdopodobnie zginie w eksplozji działa strumieniowego, ale ta śmierć nie miała już tak osobistego wydźwięku.
Nagle Monsturn usłyszał, że ktoś go woła. Głosy dochodziły z celi na przeciwko dyżurki. Podszedł bliżej i dezaktywował pole. Wyraźnie umięśniona kobieta zasłoniła rudego mężczyznę w garniturze i odsłoniła białe kły.
- Spokojnie - zaczął wyzwoliciel. - Nazywam się Zerd. Jestem coolantem i jeśli chcecie żyć pójdziecie ze mną. Białowłosa kobieta podeszła bliżej, zmierzyła go wzrokiem i wypowiedziała ciąg zdań, których sens ginął w gardłowych "ha".
- Ona pyta czemu mamy z tobą iść - zaczął tłumaczyć skrzydlaty, ale po chwili został uderzony bladym łokciem w bok. - Ufff...Dobra, ona pyta czemu to ONA ma z tobą iść, sama dobrze zna cały statek.
- Właściwie to potrzebuje tylko ciebie i doktora Gizarda - odparł Monsturn wskazując na Ak'hę. - Reszta jest opcjonalna.
- Wybacz młody człowieku - przerwał rudy mężczyzna wychodząc zza damskiego ochroniarza. - Ale jeśli potrzebujesz naszej pomocy w ucieczce to będziesz zmuszony do wcielania nas wszystkich do twojej drużyny.
- Właśnie! - zakrzyknął Gabriel i chciał powiedzieć coś jeszcze, ale w słowo weszła mu drobna bladoskóra.
- Panienka Ak'ha mówi, że ma nas w... - Elegancko ubrany osobnik nie dokończył ponieważ skrzydlaty zakrył mu usta ręką.
- Ak'ha się z nami zgadza. Albo zabierzesz nas wszystkich, albo nikt nigdzie nie idzie - postawił ultimatum fruwak.
- Zgoda. Plan jest taki. Biegniemy do hangaru, ja zapewniam eskortę, Ak'ha zajmie się kodami startowymi, a pan doktor przekona ten gadający statek, żeby nas wpuścił na pokład. Wszystko jasne? - wyjaśnił Zerd, starając się być jak najbardziej lakonicznym jak to tylko możliwe. Białowłosa prychnęła, przytakując, i pobiegła do stróżówki. Gdy wyszła na korytarz zaczęła uderzać ciemnografitowym przedmiotem o ścianę.
- Co robisz? - zapytał zdezorientowany coolant. Kobieta odpowiedziała w własnym języku, więc Zerd odwrócił się w stronę pozostałych mężczyzn szukając ratunku.
- To pistolet obezwładniający - tłumaczył Gabriel, rozprostowując skrzydła na korytarzu z wyraźnym zadowoleniem. - Używa się ich gdy gaz w celi nie do końca uśpił więźnia. Ona próbuje dostać się do baterii, żeby zdjąć zabezpieczenie.
- Fakt, teraz każdy zdolny strzelec się przyda - odparł Zerd, wchodząc do windy. Obawiał się, że atak Oroo ja uszkodził, ale na szczęście uszkodzenia doznały jedynie drzwi i wewnętrzna ściana. Sam mechanizm był sprawny.
- Tak przy okazji - zaczął Gabriel wchodząc do windy - czym są coolanci?
- To siły specjalne Imperium - odparł doktor Gizard
- Aha.
Zerd wybierając na konsolecie przycisk przypisany hangarowi, jedynie westchnął.

- Propozycja twojego klienta jest bardzo... hojna - podsumował zmiennokształtny. - Niemal zbyt dobra, żeby była prawdziwa
- Dziwisz się? Moi pracodawcy są przyparci do muru - odparł mieszaniec. - Teraz kiedy Impowie opuścili ich planetę, skończyły się też imperialne inwestycje. Ten przemyt technologii ma uratować ich gospodarkę.
- Gogoria powinien być zadowolony - stwierdził Changeling. Ale w tym momencie jedyne o czym myślał pół-Sajan spoczywało w wewnętrznej kieszeni jego kurtki. Trzymał kciuk na klawiszu detonującym ukrytą w zbroi bombę. Jednak cały czas zwlekał. Chciał mieć pewność, że kapitan niczego nie zauważy, a także, że Zerd będzie miał dość czasu na rozpoczęcie operacji. Nie mógł jednak czekać zbyt długo, ponieważ dywersja stanowiła ważny element planu. Gdy tylko zimnokrwisty spuścił na chwilę wzrok. Leau wcisnął przycisk. Podłoga w pokoju zadrżała, a mężczyźni mało nie pospadali z krzeseł.
- Co to było, do cholery? - wypalił mieszaniec, udając zaskoczenie.
- Nie wiem - odparł kapitan, podchodząc do ściany i włączając interkom. - Mostek, co się tam wyprawia?!
Interkom milczał. Changeling kilkakrotnie ponowił pytanie, aż w końcu przez trzeszczenie kanału komunikacyjnego przebił się głos.
- Na pokładzie doszło do eksplozji.
- Gdzie? - zapytał oschle zmiennokształtny.
- Przedział pasażerski. Kajuty dla gości. Pokład czternasty. - odparł jednostajnie, najwyraźniej czytając z ekranu rozmówca. Changeling zacisnął dłoń w pięść i odwrócił się do pół-Sajana.
- Co tu się kurwa dzieje? Mów natychmiast, albo pożałujesz. Co próbowałeś zrobić?
- Ja?! - krzyknął oburzonym głosem coolant. - To wy właśnie rozjebaliście moją skarbonkę. I gdzie ja niby teraz znajdę tak lukratywną posadę? Nie wiem co wy odwalacie, ale zapłacicie mi za to!
- Panie kapitanie - odezwał się interkom. - Uszkodzenia ograniczają się jedynie do przedziału pasażerskiego. Rozprzestrzeniający się ogień stanowi większy problem, ale wysłaliśmy już ludzi żeby się nim zajęli.
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza. Changeling nie spuszczając wzroku z towarzysza zastanawiał się jak dalej postąpić. Nagle do głowy wpadła mu myśl. Ponownie włączył interkom.
- Mostek sprawdźcie mi Monsturna o imieniu Zim. Zabraliśmy go na pokład niedawno.
- Tak jest - odparł człowiek z głośnika. Przez kilka minut jedynym odgłosem w pomieszczeniu był szum interkomu. - Nie mamy nikogo takiego w bazie danych.
- Wiedziałem! Nigdy nie zapominam twarzy! - tryumfował zimnokrwisty - Mamy na pokładzie szpiega!
- Mówiłem, że to nie ja! - warknął Leau wstając z krzesła
- Siadaj! Wciąż nie wiem jaki masz z tym związek! - rozkazał z wyraźną groźbą w głosie kapitan.
- Jeśli chcesz mnie zatrzymać, to musisz mnie zamknąć. Bo ja tego nie odpuszczę. Jakiś chuj spierdolił mi interes życia. Nie zamierzam tutaj siedzieć i czekać. Chcę być przy tym i pomóc jak będziecie z niego wypruwać flaki - wygłosił monolog Leau. Nie lubił się chwalić, ale musiał przyznać, że była to najlepsze impresja Sajana, jaką udało mu się w życiu zrobić. Changeling, nie tracąc czujności rozważał słowa mieszańca.
- Dobra, chodź. Ale jak zobaczę, że coś próbujesz...
- Uwierz mi. Jedyne co chcę spróbować, to wyciągnąć temu pojebowi jelita przez odbyt - przerwał zmiennokształtnemu pół-Sajan.

Nie biegli.
W porównaniu z ostatnią wizytą Zerda, hangar wydawał się wyludniony. Dywersja zapewniona przez Leau zadziałała. Część personelu "Windykatora" została rzucona do walki z pożarem, automatycznie zablokowanymi grodziami i rozerwanymi kanałami plazmowymi. Okręt, co prawda, postawiono w stan alarmowy, ale ochrona nie dotarła jeszcze do wszystkich witalnych punktów.
Udało im się pokonać dobrych dwadzieścia pięć metrów bez zwrócenia na siebie uwagi. Pirat i czwórka byłych więźniów nie mogła się nie wyróżniać, ale pracownicy hangaru byli całkowicie pochłonięci dodatkowymi obowiązkami. Jednak Monsturn wiedział, że to tylko kwestia czasu zanim ki zacznie fruwać. Myśl, ta pobudzając go niczym elektryczny pastuch, podsycała jego determinację, dając mu do zrozumienia, że im więcej metrów uda się przejść, tym mniej zostanie do przedarcia się pod ostrzałem.
- Hej! Czego tutaj szukacie? - jeden z techników. odrywając się od kalibracji podnośnika grawitacyjnego, podszedł do lekko zdezorientowanego Gizarda. Uczony zamarł. Zerd łapiąc zaskoczonego doktora za ramię przyśpieszył kroku. Nie zamierzał się tłumaczyć. Nie byłby w stanie wymyślić dość przekonującej bajki podczas alarmu na pokładzie.
- Zatrzymajcię się bo... Ak'ha? - zdziwił się mężczyzna rozpoznając białowłosą kobietę. Nie zdążył wykrztusić niczego więcej. Smuga energii wystrzelona z pistoletu paraliżującego trafiła go bezpośrednio w twarz. Oczy wywróciły mu się białkami na wierzch, a mięśnie zwiotczały. Padł jak szmaciana lalka. Dźwięk wystrzału niosący się echem po wielkiej sali sprawił, że wszystkie osoby w zasięgu słuchu spojrzały bezpośrednio na Monsturna i jego towarzyszy.
- Biegiem - przerwał ciszę coolant. - Biegiem!
Ruszyli ile sił w nogach. Przebiegli nie więcej niż kilka metrów, gdy pierwsze pociski ki zaczęły śmigać wokół nich. Coolant nie bez trudu odbił kilka zbyt blisko przelatujących sfer. Odpowiedział ogniem, ale piracki ostrzał nabierał intensywności. Zerd zaklął siarczyście. Stało się jasne, że jeśli nie dotrą do statku w ciągu kilku minut, w hangarze zrobi się tak gęsto od ki, że będą musieli płynąć.
Ak'ha robiła co mogła, aby pomóc Coolantowi. Lufa jej broni pluła energią z częstotliwością nie dużo ustępującej szybkości ognia karabinu maszynowego. Kobieta raz po raz trafiała zbliżających się mężczyzn. Podobne do wyładowań elektrycznych wiązki uderzały w nogi, ramiona, torsy, szyje. Jednak naładowani ki osobnicy okazywali się znacznie twardszymi celami niż zaskoczony pirat. Padali na metalową posadzkę z częściowym paraliżem mięśni, ale buzująca w nich energia szybko przywracała ich ciała do pełnej sprawności.
Dziewczyna warknęła gniewnie. Sytuacja z pogarszała się z każdą sekundą. Nagle jeden z pocisków trafił Gizarda w udo. Rudowłosy, wyjąc z bólu upadł, ściskając zakrwawioną kończynę. Gorga pisnęła z przerażenia i rzuciła się na pomoc. Imponująco umięśnionymi ramionami uniosła doktora, po czym ruszyła za resztą grupy. Jednak to spowolnienie okazało się bardzo kosztowne. Napastnicy zbliżyli się na tyle, że Zerd stracił nadzieję, że dotarcie do statku będzie w ogóle możliwe. Chciał już zmodyfikować plan i spróbować porwać jedną mniejszych jednostek na płycie. Ale nie bardzo podobał mu się ten pomysł. Apollo, rozpoznając Gizarda z pewnością odpaliłby silniki. Przy każdym innym statku trzeba by najpierw złamać zabezpieczenie blokujące dopływ paliwa. Ciągnąc za sobą Ak'hę, schował się za skrzydłem jednego z myśliwców. Przypominający drapieżną wersje litery "C", pojazd zapewniał kształtem konstrukcji całkiem niezłą osłonę. Gabriel i niosąca rannego Gorga, idąc w ślady towarzyszy, zanurkowali za ustawione ukośnie skrzydło.
Kilkanaście pocisków uderzyło w myśliwiec. Jeden z nich eksplodując intensywną, ciemnożółtą poświatą wyrwał w poszyciu pokaźnych rozmiarów dziurę. Odłamki metalu rozprysły się na wszystkie strony. Zerd, nie zdążając schować głowy, oberwał szrapnelem w skroń. Rana, dzięki wzmocnieniu ciała przez ki, okazała się powierzchowna, ale krew z rozciętej łuku brwiowego zalała mu oko. Bladoskóra, próbując kompensować chwilową utratę strzelca, pociągała za cyngiel pistoletu jak szalona. Nagle ciemno grafitowa lufa przestała pluć energią. Przerażona Ak'ha wykrzyknęła coś w ojczystym języku i skryła się za skrzydłem. Coolant nie potrzebował tłumacza, aby rozumieć, że wyczerpała się bateria broni. Ignorując promieniujący z rany ból, zajął miejsce towarzyszki i wznowił ostrzał zbliżających się oprawców. Widząc częściowo na fioletowo, od zalewającej jego oko krwi, zauważył stojący pomiędzy dwoma myśliwcami pojemnik z ogniwami paliwowymi. Skupiając znacznie potężniejszy ładunek wycelował w zbiornik. Jednak ten manewr wymagał cennej chwili i przekazywał całą inicjatywę w ręce przeciwnika. Nie musząc się kryć, piraci ruszyli do ataku. Kilka pocisków przeleciało niebezpiecznie blisko ciała Monsturna. Zbyt blisko. Zerd kątem oka spostrzegł, że jeden z jego rękawów płonie. Gdy układ nerwowy odnotował, że ogień zaczyna przedzierać się przez ubranie, uwolnił strumień energii. Niemal w tym samym momencie poszycie w okolicy kabiny rozpadło się na deszcz metalowych, rozżarzonych fragmentów. Gdyby nie Ak'ha, która ciągnąc Imperialnego za kołnierz obaliła go na podłogę, coolant nie miałby już twarzy.
Wiązka ki napotkała przeszkodę w postaci zasobnika z ogniwami paliwowymi. Eksplozja rozdarła stojące obok pojazdy na strzępy i zakryła sporą cześć płyty toksycznym niebieskim dymem.
Piracka szarża została powstrzymana, ale Zerd nie tryumfował. Jeśli jakimś cudem ktoś na okręcie jeszcze nie wiedział co działo się w hangarze, eksplozja na pewno mu to uświadomiła.
- Jesteśmy udupieni - zaczął seledynowoskóry trzymając się za skroń i pozwalając aby Ak'ha dogasiła jego ramię. - Zaraz się tu wszyscy zbiegną. Nie mamy szans na dotarcie do statku. Musimy wykombinować coś innego.
- Nie bądź taki pewien - przerwał mu Gabriel rozkładając i składając skrzydła. - Jestem gotowy
- Gotowy na co?! - wydarł się zirytowany Zerd.
- Dam wam szansę na ucieczkę. Ale pod żadnym pozorem nie patrzcie bezpośrednio na mnie - odparł śniady blondyn, a jego pierzaste kończyny zaiskrzyły złotą poświatą. Zanim coolant zdążył cokolwiek dodać, Gabriel wystrzelił w powietrze z szybkością i zwrotnością, która sprawiła, że Monsturnowi opadła szczęka. Kilkanaście pocisków ki pomknęło w stronę Engelianina, ale ten wyminął je bez najmniejszej trudności. Nabierając powietrza, zwiększył objętość skrzydeł, po czym zalał pomieszczenie oślepiającym błyskiem. Piraci upadli na podłogę wijąc się z bólu i zasłaniając oczy. Ale Gabriel na tym nie poprzestał. Wystrzeliwując z zakończeń piór energie ki, w postaci złotych błyskawic, zmienił toksyczna, błękitną chmurę w śmiercionośną kulę ognia.
Dzieki zamieszaniu i zasłonie powstałej w wyniku włączenia się systemów przeciwpożarowych, Zerd i jego tymczasowi podkomendni dotarli do celu.
- Apollo, to ja, Gizard, proszę otwórz drzwi - powiedział łamiącym się głosem Gizard. Ból i utrata krwi wyraźnie go osłabiły.
- W końcu - odparł statek mechanicznym głosem otwierając boczny właz. - Ci potomkowie ameby zaczęli planować moją dekonstrukcje. Rozebrać mnie na czynniki pierwsze. Mnie. To skandal. Nie ingeruje się w kompozycję arcydzieła, nie poprawia się ideału, nie...
Apollo nie miał szansy dokończyć ponieważ Ak'ha kopnęła go w poszycie, powarkując groźnie.
- Tak, rozumiem powagę sytuacji, ale niektóre fakty nie mogą zostać przemilczane - odpowiedział pojazd. Zerd mógł przysiąc, że wyczuł protekcjonalny ton w metalicznym głosie, ale nie miał czasu się nad tym zastanowić. Jego uwagę przykuł wstrząs detonacji. Gabriel radził sobie coraz gorzej. Zmuszony do lawirowania miedzy strumieniami pary gaśniczej oraz pociskami energetycznymi, tych, którym udało się uniknąć oślepienia lub spopielenia, prawie nie kontratakował. Sytuacja nie wyglądała zbyt ciekawie zwłaszcza, że go hangaru zaczęły wlewać się nieprzyjacielskie posiłki.
- Pośpieszcie się! - krzyknął Zerd. Ak'ha wskoczyła na pokład i biegnąc w stronę kadłuba znikła coolantowi z oczu. Chwilę później zaczęła krzyczeć w ojczystym języku. Problemy w komunikacji zaczęły irytować Monsturna. Zrezygnowany spojrzał na Gizarda oczekując tłumaczenia.
- Panienka Ak'ha mówi, że musi włamać się do systemu, aby otworzyć drzwi hangaru, ale może jej to zająć trochę czasu - wyjaśnił doktor z grymasem bólu na twarzy, gdy Gorga opatrywała mu ranę przyborami ze pokładowej apteczki Apolla.
- Nie mamy czasu - odparł ponaglającym tonem seledynowoskóry, po czym odwracając się, spojrzał ponownie na sytuację Gabriela. Ujrzał sferę ki zaledwie dwa metry od swojej twarzy. Nie dawało to czasu na jakąkolwiek reakcję. Przez ułamek sekundy jaki dzielił pocisk od celu Zerd był pewien, że zginie. Ładunek eksplodował zaledwie kilka centymetrów od jego twarzy. Jednak Monsturn nie poczuł żaru, bólu czy utraty świadomości. Zamiast tego przed jego twarzą pojawiło się coś podobnego do kolistej tęczy. Strzelec był równie zaskoczony. Stał przyglądając się dziwnemu zjawisku. Zbyt długo. Zerd pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia i wypuścił śmiercionośną wiązkę w stronę napastnika. Pirat z dymiącym miejscem na trzecie oko padł bez życia.
- Nasza hakerka od siedmiu boleści włączyła moje podstawowe systemy - zaczął Apollo. - Rozciągnąłem pole ochronne aż do twojej lokacji, ale regenerator osłon nie jest jeszcze włączony więc postaraj się następnym razem zaangażować więcej połączeń neuronowych w moją ochronę.
- Jeszcze jakieś życzenia? - zapytał z dezaprobatą Monsturn.
- W rzeczy samej. Do mojego boku przypięty jest zaczep magnetyczny jeśli zamierzamy oderwać się od podłoża sugeruję abyś zajął się jego dezaktywacją - odparła maszyna. Seledynowy podszedł do żurawia z przypominającą przyssawkę metalową kopuła przytwierdzoną do kadłuba Apolla. Wykrzesał z siebie trochę energii i cisnął pocisk ki w podstawę urządzenia. Mini eksplozja jedynie osmaliła metal. Zerd skupił znacznie potężniejszy ładunek w prawej dłoni. Wahał się. Aby stop ustąpił potrzeba była dużej mocy, ale im silniejsza eksplozja tym większe prawdopodobieństwo uszkodzenia statku.
Nagle kątem oka zauważył zbliżających się piratów. Wykonując półobrót posłał wcześniej przygotowany atak w ich stronę. Trafiony, zakręcił piruet i z dymiącą, zakrwawioną raną upadł. W stronę Coolanta posypały się różnokolorowe pociski. Wszystkie rozbiły się na osłonie Apolla, ale Monsturn nie zamierzał się za nią chować. Odbił się od podłoża i wpadł na jednego z przeciwników, taranując go barkiem. Złapał wciąż oszołomionego pirata za przedramię i obrócił w stronę reszty napastników. Gdy plecy żywej tarczy zapełniły się dziurami, a z jej ust wylała się zmieszaną ze śliną krew, coolant kopnął ją w brzuch przewracając na agresora, który podszedł zbyt blisko. Skoczył na zwłoki przygniatając powalonego, po czym obił się i zaatakował kolanem mężczyznę z prawej. Szczęka ustąpiła, a z ust wytrysnęła fontanna krwi i zębów. Działając jak maszyna, coolant podciął kolejnego pirata. Jednak zanim zwrócił uwagę na napastnika z lewej otrzymał silne kopnięcie w żebra. Poszybował kilka metrów w tył zatrzymując się dopiero na rzędzie metalowych beczek. Opłakując obolały kręgosłup, prawie nie zauważył zbliżającego się zagrożenia. Otoczoną niebieskawą aurą dłoń zawisła nad głową Monsturna. Gdy zaczęła spadać Zerd, pomagając sobie impulsem ki, usunął się z drogi. Penetrując metalową ściankę, ramię pirata utknęło wewnątrz beczki. Wyrywając kończynę na wolność popełnił największy błąd w życiu. Z otworu wystrzeliła chmura niebieskiego gazu, a jego nieosłonięta twarz znalazła się w strefie rażenia. Wyjąc z bólu wyskoczył ze żrącej chmury. Zatoczył się kilka razy i upadł przegrywając walkę o oddech.
Agent Imperium wykorzystując już raz sprawdzony manewr rzucił się w tył i zrąbał beczki serią pocisków ki. Pojemniki eksplodowały zalewając płytę hangaru śmiercionośnym gazem. Przeciwnicy rzucili do rozpaczliwej ucieczki. coolant na to liczył. Mężczyźni próbując za wszelką cenę uniknąć losu towarzysza wystawili się na ostrzał. Pełne adrenaliny ciało Monsturna wygenerowało zadziwiająca ilość mocy. Zerd mógł przysiąc, że seria, która wystrzelił należała do najszybszych jakie widział w życiu. Wszystkie ładunki dosięgły celów. Na pokład zwaliło się kilka kolejnych trupów.
Dysząc jak starożytne maszyny parowe spojrzał na Apolla. Statek nie doznał uszkodzeń, ale trzech piratów właśnie wchodziło na pokład. Najwyraźniej planowali zamordować załogę i przechwycić statek w całości. Zerd zaklął i ruszył na pomoc. Gdy od wejścia dzieliło go zaledwie kilka kroków, z wnętrza pojazdu wyleciał mężczyzna. Cudem unikając zderzenia, coolant spojrzał zaskoczony na wyrzuconego. Przetrącony zielony kark i złamany nos sugerowały, że pirat ugryzł więcej niż był w stanie przełknąć.
Klnąc siarczyście i trzymając się obandażowaną dłonią za krwawiące oko, pomarańczowoskóry mężczyzna wycofał się ze statku. Koncentrując energię w zdrowej kończynie zamierzał strzelić do kogoś, kto przebywał wciąż na pokładzie. Nie zdążył. Z powodu ograniczonego pola widzenia, nie zauważył zbliżającego się z lewej strony Zerda. Precyzyjnie wymierzony kopniak w splot słoneczny posłał rannego na kolana. Krztusząc się własną śliną, czarnowłosy pirat usłyszał wrzask przypominający okrzyk bojowy, a zaraz potem nieprzyjemny dźwięk trzaskających kości. Jego kości. Ze statku wyskoczyła Gorga i uderzyła skulonego pirata w kark.
- Gdzie trzeci? - zapytał wprost coolant,
- Gorga pozbawiła go życia jeszcze we wnętrzu - odparł wyłaniający z wyjścia kulejąc doktor.
- Myślałem, że Imperium jest bardziej kompetentne - wtrącił się Apollo. - Póki co, więcej ja zrobiłem dla ciebie niż ty dla mnie. No i samica Underboara musiała ratować post-ewolucyjne tyłki załogi.
"Underboar" pomyślał seledynowy. "Oroo mówił coś, że nie potrafią wykorzystywać ki". Zerd szybko zrozumiał, że Longskullowi chodziło o używanie energii do walki na dystans. A gdy jakiś zmysł jest nieaktywny inne się wyostrzają. Nieumiejętność kumulacji ki poza organizmem przełożyła się do zwiększonej możliwości doładowywania mięśni.
- Gorga, spójrz na ten żuraw - zaczął Zerd. - Jeśli go nie zdejmiemy Gizarda czeka bardzo bolesna i powolna śmierć. Za próbę ucieczki, Gogoria każe go ćwiartować i utrzymywać przy życiu, żeby patrzył jak po kawałku znika jego ciało.
Próbując wymyślić najokropniejsza rzecz jaka przemówiłaby do wyobraźni kobiety, coolant wskazał na unieruchamiający pojazd zaczep. Underboarka spojrzała z panika na mężczyznę w garniturze i rzuciła się do urządzenia. Ciągnąc z całej siły wyrwała żuraw z podłogi, a pozbawiony energii elektromagnes przestał działać.
- No to jesteśmy w domu - podsumował Monsturn.
- Potwierdzam - dodał Apollo.


Błysk go oślepił. Na szczęście, zanim pełne natężenie światła go poraziło, zdążył się zasłonić. Gdy odzyskał wzrok spojrzał na stojącego obok Changelinga, który przecierając oczy wykrzykiwał rozkazy. Od strony windy podbiegł Riley:
- Ten fruwający fagas zwalnia, panie kapitanie - zaczął Jaran. - Zaczyna się męczyć. Jeszcze trochę i go zestrzelimy.
- Dlaczego nikt po prostu do niego nie podleci - przerwał kapitan.
- Staraliśmy się, ale używa tych swoich skrzydeł jak jakichś pieprzonych brzytew. Przeciął nimi na pół kilku naszych najlepszych chłopaków.
- A co z resztą? Czy nie możecie zrobić niczego dobrze gdy mnie nie ma? - irytował się zmiennokształtny.
- Z całym szacunkiem panie kapitanie, ale niech pan po prostu spojrzy - odparł z kwaśna miną Riley. Nad płytą hangaru unosił się podłużny statek, który kręcił piruety. Gdy tylko ktoś próbował się zbliżyć zwracał się w jego stronę silnikami i zwiększał ciąg. Żar napędu skutecznie zniechęcał natrętów, a gdy piraci przerywali szturm zwracał się sterburtą. Co również okazywało się problemem, w wejściu stał Monsturn, który raził wszystkich pociskami ki.
- Nigdzie stąd nie wylecą - dodał Riley.
- Nie możecie ich po prostu rozwalić? - zapytał zirytowanym głosem pół-Sajan.
- Moglibyśmy, ale ten statek ma włączone tarcze i regenerator. Żeby rozwalić to jednym strzałem trzeba w chuj energii. Kawał hangaru byśmy rozwalili.
- Mam dość - stwierdził zimnokrwisty. - Nieważne czy Gogoria chce tą łajbę w całości czy nie. Nie poświęcę połowy załogi żeby zachować go w całości. Każ się naszym przegrupować i ostrzelać silniki. Może kilka pocisków się przebije i będą musieli lądować.
- Tak jest! - odparł Riley, po czym odbiegł przekazać rozkaz.
- Nie! - sprzeciwił się mieszaniec. Changeling spojrzał na niego najpierw ze zdziwieniem, a następnie z agresją.
- Coś ci nie pasuje?
- Tak! - warknął Leau. - On jest mój! Jeśli ktokolwiek ma go zdjąć to będą to ja!
Na ramionach coolanta pojawiły się wyładowania energetyczne. Mięśnie się napięły, a włosy lekko uniosły. Wyprostował ręce przed siebie i wystrzelił sporej wielkości kulę energii. Atak był potężny, ale także bardzo powolny.

- Do góry, Do góry! DO GÓRY! - krzyknął Monsturn gdy zauważył zbliżającą się sferę.
- Nie jestem sensorycznie ślepy - odparł Apollo zwiększając pułap. Zanim atak dotarł do celu statek zdążył zwiększyć pułap. Pocisk uderzył w płytę hangaru, wyrywając sporą jej część. Ale wysokość i osłony uchroniły Apollo, przed uszkodzeniami.
- Sugeruję abyś usprawnił koordynację ręka-oko i pozbył się osobnika, który chciał nas właśnie zdezintegrować - przerwał ciszę Apollo.
- Wiem! Przestań się zachowywać jak rozpieszczona królewna, to zaczyna być męczące - żachnął się Zerd i spojrzał w stronę strzelca, po czym doznał olśnienia.

- Co ty robisz?! - wykrzyknął zmiennokształtny, łapiąc pół-Sajana za przedramię. - Od próżni dzieli nas jedynie warstwa metalu, chcesz nas wszystkich zabić!?
- Nie chce zabić ich! - odwarknął Leau, wskazując na obniżający pułap statek. - I gdybyście mi nie utrudniali tego już bym to zrobił!
- Dobra, spokojnie - starał się załagodzić sytuację kapitan. - Chcesz ich dopaść tak samo jak my, rozumiem, ale pomyślny o tym na trzeźwo.
- Twoi ludzie są za wolni. Wpadają na silniki za każdym razem - powiedział spokojnym tonem Leau, gdy dwie błyskawice ki uderzyły niepokojąco blisko. - Ja zdążę, tylko zapewnijcie mi osłonę.
Kapitan myślał na propozycją mieszańca przez chwilę. Spojrzał na niego jakby starał się ocenić prawdziwe zamiary pół-Sajana.
- Co masz do stracenia? Jak nie zdążę, to usmażę się w jonowym ogniu, a jak zdążę, wytłukę całą załogę i statek będzie wasz - podsumował Leau.
- Zgoda - odparł Changeling i wydał szereg rozkazów. Po chwili pół-Sajan był przygotowany do szturmu. Grupa piratów miała biec z lewej strony, aby przyciągnąć silniki i dać mu relatywnie bezpieczną trasę. Gdy podwładni Changelinga ruszyli, Leau odbił się od pokładu i szybując nad płytą skierował się w stronę otwartego włazu na burcie statku. Miał tylko nadzieję, że Zerd odebrał jego "wiadomość". Okazało się, że tak. Apollo skierował ciąg na nacierających piratów i całkowicie zignorował mieszańca. Wysyłając ki do mięśni nóg Leau odbił się i wpadł do wnętrza pojazdu.
- Ha! Udało się! - tryumfował Changeling, ale mina mu zrzedła gdy pół-Sajan wyłonił się ze statku i wypuścił dwie wiązki ki w jego stronę.
- Skoro już tu jestem, możemy się stąd wynosić - powiedział na przywitanie starszy coolant. Jakby w odpowiedzi Ak'ha krzyknęła coś przez interkom.
- Panienka Ak'ha mówi, że potrzebuje tylko około minuty, aby złamać zabezpieczenia. Załoga zmieniła kody podczas jej nieobecności, ale już przełamała prawie wszystkie - przetłumaczył doktor Gizard trzymając się udo. Nagle w hangarze rozbrzmiały syreny alarmowe. Ostrzegawcze koguty zaczęły błyszczeć żółtym światłem, a brama hangaru mozolnie ruszyła do góry. Głos kobiety ponownie zabrzmiał przez interkom.
- Pozostała jedynie dezaktywacja tarczy i możemy uciekać - przełożył automatycznie rudy mężczyzna.
Gabriel wyczuwając, niemal momentalnie, mikrozmiany ciśnienia w hangarze zaczął pikować w stronę Apolla. Obawiając się, że nie zdąży dotrzeć do statku, ponieważ zużył większość ki w walce, zamiast zygzakiem skierował się bezpośrednio do celu. Świadomość, że popełnił błąd przyszła w momencie kiedy dwa ładunki energetyczne trafiły go w skrzydło. Mięśnie odmówiły posłuszeństwa, a kolejny pocisk, uderzając w ramię, sprawił, że wpadł w korkociąg. Palący ból pojawił się również na kolanie i łydce. Mając świadomość, że w tym tempie zostanie zarąbany, ostatnim impulsem ki zwiększył prędkość. Kręcąc się wokół własnej osi wpadł na stojącego w wejściu Zerda. Monsturn złapał go, ale siła zderzenia pchnęła ich na ścianę. Gorga podbiegła i pomagając Gabrielowi wstać zaczęła nieść go do ambulatorium.
- Dobra robota - stwierdził Zerd pokasłując. - Ale nie mogłeś pomóc nam wcześniej?
- Nie mogłem. Tak samo jak wy używacie rąk do kumulacji ki, moja rasa używa skrzydeł. Taka cecha rasowa - odparł niesiony Engelianin, a stojący obok Leau posłał wiązkę w nadbiegających piratów i zamknął właz. - Siedziałem w tej celi tyle czasu, że dostałem skurczów. Musiałem poczekać aż krew napłynie mi do skrzydeł - dodał uśmiechając się przez grymas bólu blondyn, po czym razem z masywną kobietą zniknął w korytarzu.

Tylko cudem udało mu się uniknąć wiązki. Ale mimo, że nie doszło do bezpośredniego trafienia bliskość eksplozji sprawiła, że z dużym impetem zderzył się ze ścianą. Dzwonienie w uszach znikło dopiero po chwili, a gdy powróciła trzeźwość umysłu ogarnęło go przerażenie. Brama hangaru stała otworem. Od próżni dzieliła ich zaledwie cienka warstwa energii.
- Niech ktoś to zamknie! - krzyknął w desperacji Changeling.
- Próbujemy! Ale nie możemy się dostać do systemu! - wrzasnął mężczyzna stojący przy jednej z konsolet. Tego było za wiele. Zimnokrwisty zaczął kumulować energię do ostatecznego ataku. Zamierzał przerwać to szaleństwo, nawet gdyby musiał zniszczyć większość maszyn w hangarze. Jednak ta decyzja przyszła zbyt późno. Gdy zebrał połowę wymaganej energii, osłona hangaru znikła. Małe fragmenty odstrzelonego poszycia zaczęły frunąć w pustkę. Changeling w desperackim odruchu przekierował całą ki do dłoni i wbił utwardzone energią palce w metalowe podłoże. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Kapitan mógł jedynie obserwować jak Riley całkowicie zaskoczony zniknięciem pola zostaje wyssany w próżnię. Sytuacja wyglądała ponuro. Statek uciekł, a w momencie gdy przestrzeń kosmiczna pozbawi hangar resztek atmosfery wszystkich pozostałych wewnątrz czekała śmierć. Jeszcze sto lat wcześniej w podobnych okolicznościach zmiennokształtny przeszedłby w czwartą formę odporną na działanie próżni i spróbowałby coś zaradzić, ale transformacje już dawno stały się wyczynem ponad jego siły. Wyciągnął palce z pokładu i pozwolił aby pęd powietrza go poniósł. Używając ki starał się nakierować ciało na jeden z przycisków bezpieczeństwa uruchamiających "żelazna kurtynę". Celował w ten najbliżej wrót hangaru ponieważ odległość od niego dawała dość czasu, aby dostatecznie zmienić trajektorie lotu. Obok Changelinga przeleciało kilku mężczyzn, których ramiona przegrały walkę z siłą czarnej pustki. Na kilka metrów przed celem wykorzystał cała pozostała mu energię, aby odbić w bok. Wpadł barkiem na przycisk bezpieczeństwa. Pędząca z duża szybkość metalowa zasłona, wyskakując z wnęki w ścianie oddzieliła hangar od próżni. Zimnokrwisty opadł na pokład trzymając się za obolałe ramię.
- Może jednak nie jestem jeszcze taki stary - powiedział do siebie, dysząc ciężko.

Ekran pokładowego komputera wyświetlił zielona kropkę oddalającą się od centrum sfery zasięgu sensorów.
- Udało im się opuścić pokład - zameldował operator. Gogoria zgrzytnął zębami i podleciał do stanowiska.
- Wypuścić myśliwce alarmowe - wydał rozkaz o basowym brzmieniu, które zdominowało cały mostek.
Coolanci dotarli do sterowni. W pomieszczeniu znajdowało się sześć foteli. Każdy z nich ustawiony był w pobliżu jakiejś aparatury. Ale tylko dwa znajdowały się przy konsolecie ze zdublowanym układem sterowniczym. Wnetrzę rozświetlały światełka kontrolek, oraz blask gwiazd wpadający przez przedni iluminator. Agenci Imperium zajęli miejsca pilotów, ale gdy Leau spróbował przejąć stery, te cofnęły się i schowały wewnątrz panelu kontrolnego.
- Co do cholery?! - zdziwił się mieszaniec.
- Nie pozwolę, aby potomek małpy, która ledwo zdążyła nauczyć się chodzić w pozycji wyprostowanej mną dyrygował. Zwłaszcza, że nasz poprzedni gospodarz wysłał za nami komitet pożegnalny - odparł Apollo. Nagle iluminator zmienił się w ekran, wyświetlający widok z tylnich kamer statku. Zerd przygotowując detonator patrzył jak z drugiego hangaru "zmniejszającego" się okrętu, o sylwetce bardzo ściśle napisanej litery "E" z przedłużoną środkową kreską, wylatywało osiem myśliwców.
- Uważam, że prawdopodobieństwo tego, że to ja nas wyciągnę z tej sytuacji jest większe niż to, że tak niedoskonały przyrząd jak twój mózg podała temu zdaniu, ale nie będę cię zanudzał statystykami - podsumowała maszyna robiąc ostry zwrot w prawo.
- Nieważne! - zirytował się Leau. - Przekierujesz sygnał detonatora przez nadajnik dalekiego zasięgu jak tylko znajdziemy się poza zasięgiem eksplozji. Sygnał będzie musiał się przebić przez kilkanaście pokładów więc wzmocnij go maksymalnie. Jeśli będziemy mieli trochę szczęścia, wybuch załatwi też nasze osiem ogonów.
- Tyle zrobić mogę - odparł komputer wyrywając do góry i unikając ostrzału.
- Zerd, przygotuj się, znajdziemy się poza zasięgiem eksplozji za kilkanaście sekund - uprzedził partnera pół-Sajan czytając wskazania z wyświetlacza.
- Trzy, dwa... - Coolantowi przerwały bardzo brutalne turbulencje, które prawie wyrzuciły go z fotela. - Jeden!
Monsturn zgodnie z rozkazem wcisnął przycisk, ale nic się nie stało. Żadnej odczuwalnej fali uderzeniowej, żadnych wskazań na przyrządach, żadnej eksplozji na ekranie. Nagle manualny system sterowania wysunął się z powrotem. Leau złapał drążki i ściągając orczyk do siebie uniknął trafienia, które rozdarłoby poszycie statku.
- Ty prowadź - rzucił Apollo
- Co się stało? Czemu ten okręt jeszcze tam jest? - zapytał próbując wymanewrować zwrotniejszego przeciwnika.
- Odstrzelili mi antenę dalekiego zasięgu - odparł Apollo. Zerd mógł przysiąc, że pośród mechanicznie wypowiadanych słów wyłapał zakłopotanie. Przy kolejnym szarpnięciu spojrzał na przyrządy. Według sensorów całkiem niedaleko znajdował się pas asteroid, a tuż za nim imperialny przekaźnik. Seledynowy doszedł do wniosku, że Gogoria musiał wykorzystywać urządzenie do szpiegowania ruchów statków handlowych.
- Spróbujmy nadać sygnał przez ten przekaźnik - zaczął młodszy coolant, gdy statek zadrżał. Najwyraźniej kolejna seria boltów energii uderzyła w osłony. - Wysadzimy ich statek z daleka
- Stanowczo odradzam - sprzeciwiła się maszyna - Żeby tam dotrzeć musimy pokonać pas asteroid. Nawet ja nie jestem w stanie wyliczyć trajektorii lotu ich wszystkich
- To nasza jedyna szansa. A asteroidy będą przeszkadzać im tak samo jak nam - zgodził się z partnerem Leau. - Ale jeśli mamy tam dotrzeć, potrzebujemy więcej szybkości. Wyłącz wszystkie pochłaniacze inercyjne oraz pozostałe zbędne systemy i przekieruj całą moc do silników!
- Zrobione - odparł statek.
- Przypnijcie się wszyscy, teraz będzie rzucać - ostrzegł wchodzącą właśnie do kabiny resztę załogi.
Pół-Sajan przesunął regulator ciągu do oporu i pęd wbił wszystkich w fotele. Statek trząsł się, a konstrukcja wydawała niepokojące odgłosy. Ale mimo to Apollo wystrzelił jak rakieta. Zaskoczeni szybkością pojazdu, piloci myśliwców dopiero po chwili zwiększyli moc silników. Lecąc cały czas prosto maszyna stała się łatwym celem, ale przynajmniej początkowo braki w sterowności nadrabiała przyspieszeniem. Na dłuższą metę nie mogła jednak równać się z myśliwcem. Piloci wyciągając maksimum z małych ale nadzwyczaj groźnych konstrukcji, metodycznie zmniejszali dystans. Znalezienie się celu w zasięgu działek było tylko kwestią czasu.
- Dwadzieścia sekund do asteroid - przeczytał dziwnie brzmiącym, od wibracji statku, głosem Zerd.
- Myśliwce znajdą się w zasięgu strzału za dziewiętnaście przecinek osiem sekundy - ostrzegł Apollo.
- No to musimy się sprężać - podsumował meldunki mieszaniec.
Podłużny pojazd zbliżał się do olbrzymiej asteroidy dryfującej niby celnik na straży pola. Pirackie myśliwce rozproszyły się, aby zaatakować pod kilkoma kątami jednocześnie i gdy tylko znalazły się w zasięgu otworzyły ogień. Osiem serii białych boltów energii pomknęło w stronę burt Apolla. Leau pociągając za stery przewrócił maszynę na bok i runął ku powierzchni asteroidy. Starając się zostawić jak najmniejszą powierzchnię do ostrzału. Uniknął większości wiązek. Ale nie wszystkich. Bakburta eksplodowała gejzerem gazów i odłamków poszycia, a wstrząs wyrwał stery z rąk pół-Sajana. Zerd automatycznie złapał za drążki znajdujące się po jego stronie i pociągnął je do siebie. Ocierając się o powierzchnię asteroidy poderwał statek w górę. Jedynie zniwelowanie przez resztki tarcz siły zderzenia z powierzchnią, uratowały Apolla od katastrofy.
- Przedział towarowy został rozhermetyzowany, oraz straciliśmy część bocznych sensorów, ale silniki są nienaruszone - zameldował Apollo.
- Wszyscy zginiemy! - wydarł się Gabriel. - Nie po to dałem się postrzelić, żeby mnie teraz zabili!
- Jak to, zginiemy?! - zaczął lamentować Gizard
- Nie widzisz? Nie mamy szans te myśliwce rozerwą nas na strzępy! Zostanę zabity na jakimś zadupiu i już nigdy nie zobaczę mojej planety! - zaczął histeryzować Engelianin. Ak'ha wydarła się próbując uciszyć panikujących mężczyzn, ale to tylko pogorszyło sytuację.
Odzyskawszy stery, Leau wprowadził statek w jeden z kanionów asteroidy i schronił się pod "zadaszeniem" z półek skalnych.
- Cztery myśliwce weszły za nami do kanionu - odezwał się Apollo
- A gdzie reszta?! - warknął mieszaniec, starając się nie wpaść na jedną ze ścian.
- Kanion zagłusza moje sensory - odparł komputer.
- Pewnie chcą nas zajść z drugiej strony! Niedoczekanie! - stwierdził pół-Sajan obniżając pułap lotu. Nagle ściany nad pojazdem zaczęły eksplodować, zasypując resztkę górnej tarczy odłamkami skalnymi. Piraci starali się dopaść ofiarę i lecąc nieco wyżej ostrzeliwali uciekinierów. Jednak kręta struktura kanionu uniemożliwiała bezpośrednie trafianie. Leau zwiększył prędkość, próbując prześcignąć przeciwników, ale z bocznej odnogi wypadły dwa myśliwce i zanim coolant zdążył zareagować plunęły biały ogniem. Bezpośrednie trafienie w silnik rozerwało Apolla na strzępy.

Zerd przebudził się siedząc w fotelu drugiego pilota. Obok niego ze sterami zmagał się Leau, a mężczyźni z tyłu krzyczeli o nadchodzącej śmierci. Monsturn dotknął twarzy, wciąż go piekła. Chciał zapytać "Czy statek eksplodował? Czy my jeszcze żyjemy?". Ale pytania te gdy wszyscy siedzieli wokół niego wydały się absurdalne. Nagle dach statku zaczął dudnić.
- Ostrzeliwują nas. Na moją górną tarczę wali się cały kanion. Regenerator długo nie wytrzyma tego barażu - poinformował pilotów Apollo. Leau przesunął regulator ciągu do przodu, aby zostawić większe odłamki i piratów daleko w tyle. Monsturn przeżywał dejavu. Ale jeśli wszystko do tej pory zgadzało się z tym co już widział to...
- Do góry! - krzyknął młodszy coolant łapiąc za stery i ciągnąc je do siebie. Nos statku wyrwał ku górze. Leau chciał powstrzymać Zerda i opanować jego atak paniki, ale w momencie gdy seledynowy złapał za orczyk z odnogi kanionu wyskoczyły dwa myśliwce. Tylko natychmiastowa reakcja uratowała statek przed zrąbaniem.
- W prawo! - ryknął Monsturn. Zmiana toru lotu sprawiła, że dwa myśliwce, które wyłoniły się zza jednej z mniejszych asteroid, chybiły. Zerd wprowadził pojazd głębiej w pas. Leau nie mógł uwierzyć własnym oczom. Młodszy coolant szarpał ster jak opętany, ale jakimś cudem za każdym razem wybierał właściwą drogę. Był jak maszyna. Nie. Nawet cybernetyczny mózg nie poradziłby sobie z tym zadaniem. Mieszaniec dopiero po chwili zauważył nieobecny wzrok partnera. Zerd nie patrzył na to co jest przed nim tylko gapił się jednostajnie w pustkę. Tak jakby wiedział co się za chwilę stanie. On wiedział co się za chwilę stanie! Mieszaniec nie miał pojęcia jak, ale jego podwładny cały czas zaglądał w przyszłość. Zdolność, o którą do tej pory posądzał tylko jedną osobę w galaktyce.
- Apollo gdzie się podziały nasze ogony? - zapytał Leau
- Wybrali okrężną drogę. Jeśli uda się utrzymać to tempo, dotrzemy do przekaźnika przed nimi. Zdążymy wysłać sygnał i wyskoczyć z systemu zanim nas dopadną - odparł Apollo. Starszy coolant zerknął na podwładnego. Na kolanach Zerda pojawiło się kilka fioletowych plam. Z nosa kapała mu krew, a na czole wyszły pulsujące żyły. Leau doszedł do wniosku, że cała ta prekognicja musiała pustoszyć organizm. Naszła go przerażająca myśl, że Zerd dostanie zapaści zanim opuszczą pole asteroid, ale nie mając żadnego wpływu na obecną sytuację, spróbował zlokalizować wrogie myśliwce.
Po kilkunastu sekundach opuścili niebezpieczny obszar. Monsturn puszczając ster opadł na siedzenie. Wyglądał jakby miał stracić przytomność w każdej chwili.
- Ha! Udało nam się! Pocałujcie mnie w pióra, nieloty! - krzyknął uradowany Gabriel.
- Apollo jak tylko znajdziemy się w zasięgu wzmocnij sygnał przez przekaźnik - rozkazał pół-Sajan.
- Z przyjemnością - odparł komputer - Jesteśmy w zasięgu włączcie detonator, a ja zaczynam.
Urządzenie zostało aktywowane. Oprzytomniawszy trochę Zerd dusił klawisz detonacji, ale podobnie jak poprzednim razem nic się nie wydarzyło.
- Apollo co tak długo - zaczął niecierpliwić się Leau.
- Przekaźnik obsługuje strasznie duży ruch. Prawdopodobnie kilka podobnych urządzeń w zostało zniszczonych lub uszkodzonych w wyniku działań wojennych i ta jednostka przejęła całe ich obciążenie. Przebicie się przez to wszystko, żeby wzmocnić wasz słaby sygnał zajmuje więcej czasu niż szacowałem - wyjaśnił statek.
- Pospiesz się, bo ogony nam wkrótce odrosną - ponaglał mieszaniec. Przez chwilę pojazd nie odpowiadał, a Leau wszedł na pseudo-orbitę przekaźnika, aby ułatwić cyfrowemu towarzyszowi zadanie. Ale pożądanego efektu wciąż nie było widać.
- Apollo! - krzyknął starszy coolant.
- Myśliwce wejdą w zasięg strzału za trzydzieści sekund - zameldował Monsturn czytając przyrządy.
- Zdążę - odparła spokojnie maszyna.
- Dwadzieścia sekund.
- Apollo!
- Zdążę.
- Dziesięć sekund
- APOLLO!!
- Za dużo dodatkowych podprotokółów. Nie zdążę. Unik - zamknął całą wypowiedź w trzech zdaniach komputer. Leau pchnął regulator ciągu do przodu. Jonowy ogon silników przecięły białe, śmiercionośne bolty.
- Jeśli nie możemy go załatwić, to przynajmniej zdradźmy jego położenie - zaczął mieszaniec siłując się ze sterami. - Wyślij sygnał alarmowy na imperialnej częstotliwości, opatrzony coolanckim kodem bezpieczeństwa cztery cztery pięć osiem trzy dwa jedenaście!
- Zrobione - odparł po kilku sekundach Apollo.
- To teraz wynośmy się stąd! Oblicz skok!
- Obliczam, ale musisz nabrać odległości od myśliwców bo inaczej pociągniemy ich za sobą i dodatkowa masa nas rozerwie.
- Cholera! Jasna! - ryknął pół-Sajan dopychając regulator prędkości do oporu, ale zdolnego pilota myśliwca ciężko nabrać dwa razy na tą samą sztuczkę.


Odgłos miarowo odmierzonych kroków rozbrzmiewał na mostku "Zdobywcy", gdy Frostbite maszerowała w te i z powrotem oczekując na meldunek o postępie napraw. Jak na jej gust, prace posuwały się stanowczo za wolno.
- Pani admirał, otrzymaliśmy sygnał alarmowy - zaczął operator stanowiska łączności.
- Ktokolwiek to jest, niech sobie radzi samemu. My mamy własne problemy - odparła lekceważąco Changelinka.
- Sygnał alarmowy opatrzony jest coolanckim kodem bezpieczeństwa - dodał mężczyzna analizując przyrządy. - Sprawdzam autentyczność.
Skóra na ogonie kobiety wyraźnie się napięła. Jeśli marzyła o jakiejkolwiek karierze wojskowej po powrocie na Core, nie mogła zignorować coolantów. Miała nadzieję, że sygnał okaże się jednak fałszywy.
- Mam potwierdzenie - powiedział operator całkowicie depcząc jej pragnienia. Frostbite westchnęła ciężko i chowając twarz w dłoni zapytała:
- Ile zostało nam mocy w buforach?
- Na jeden skok wystarczy - odparł pierwszy oficer. - Czy mam wyliczyć trajektorie?
- Tak - rzuciła zrezygnowanym tonem kobieta.

Masując obolałe ramię, zmiennokształtny stał przed unoszącym się centymetr nad ziemią Gogorią. Bonehead budził grozę samym rozmiarem, ale gdy doszło do tego ponure pełne dezaprobaty spojrzenie, atmosfera stawała się co najmniej przytłaczająca. Otyły ponad pojmowanie mężczyzna cmoknął, wygrzebując resztki jedzenia z pomiędzy zębów i rozsiadł się w zbudowanym specjalnie dla niego fotelu. Tworzywo jęknęło uginając się pod ciężarem właściciela, jakby prosiło o szybką śmierć. Changeling rozważał błaganie o to samo. Przez wzgląd na stare czasy. Szybka śmierć była bezdyskusyjnie lepsza od czegokolwiek co w ramach kary wymyśliłby Gogoria.
- Pozwoliłeś naszym ptaszkom wyfrunąć z klatki - zaczął przyprawiającym o dreszcze basem Bonehead. - Wszystkim, co do jednego.
- Zaskoczyli nas wszystkich. Zwłaszcza ten pół-Sajan. Nie spodziewałem się, że będzie grał na dwa fronty - tłumaczył się kapitan.
- Nie trzymam cię tu jako maskotkę, Firn - zadudnił grubas. - Gdybym chciał kogoś, kogo łatwo zadziwić, kupiłbym sobie małpkę. Ty masz być przewidujący za to ci płacę.
- Tak, ale myśliwce wciąż ich...
- Skoro jeszcze nie postanowiłem strącić cię ze stołeczka. Powiesz mi kim byli nasi tajemniczy goście - różowoskóry przeciął wypowiedź z siłą syreny przeciwmgielnej
- Stawiałbym albo na Imperium, albo na kogoś prywatnie zatrudnionego. Może ktoś z Hegemonii wynajął ich, żeby odbili więźniów - odparł wyraźnie zdenerwowany kapitan. Nie znał jeszcze osoby, która byłaby całkowicie spokojna w obecności starego Boneheada. Wszyscy, którzy twierdzili, że Gogoria nie wywoływał w nich poczucia niepewności i zagrożenia kłamali, albo okazywali się głupcami. A Gogoria nie lubił głupców.
- Każ przeszukać okręt i dowiedz się kto ich przysłał. Jeśli nasi goście zostawili jakieś prezenciki, chciałbym wiedzieć komu złożyć wizytę domową, aby je zwrócić. Bo przecież nie możemy przyjmować żadnych prezentów od nieznajomych, prawda Firn? - zapytał właściciel "Windykatora" w taki sposób, że zmiennokształtny miał ochotę zrzucić skórę.
- Oczywiście, że nie - odparł machinalnie kapitan. Chciał dodać coś jeszcze ale wołanie jednego z oficerów przyciągnęło jego uwagę.
- Panie kapitanie nowy okręt wskoczył do systemu. To imperialny krążownik! - wydarł się oficer panicznie wskazując na iluminator. Firn pokonał kilka stopni i spojrzał na ekran jednego ze stanowisk na mostku.
- Będą w zasięgu strzału za kilka minut - zameldował pracodawcy Changeling. - No to chyba już wiemy kto przysłał nam intruzów.
- No patrz, tylu gości zwala się na imprezę, a ja całkowicie nieprzygotowany - stwierdził Bonehead. - Musimy w takim razie wykazać się dobrymi manierami i poczęstować ich naszym najlepszym specjałem, nie sądzisz?
- Tak jest - przyjął rozkaz Changeling. - Przygotować działo strumieniowe!

- Myśliwce zawracają - stwierdził Monsturn widząc na ekranie oddalające się niebieskie kropki.
- I dobrze! - emocjonował się Gabriel. - Mam dość wrażeń jak na jeden dzień. A tak naprawdę mam dość wrażeń na wszystkie dni tego roku i kolejnych dziesięciu lat.
W odpowiedzi Ak'ha uderzyła go w ramię i kazała się zamknąć. Zerd nie potrzebował tłumacza, aby zrozumieć intencje kobiety.
- Czy teraz możemy już opuścić ten system? - zapytał Gizard. - Gdy w końcu jesteśmy wolni, chciałbym odwiedzić jakąś planetę uzupełnić zapasy i wrócić do swoich badań.
- Myśliwce kierują się w stronę krążownika - skomentował Leau całkowicie ignorując raban za plecami.
- Okręt naszego poprzedniego gospodarza ładuje napęd nadświetlny. Ale musi to być bardzo przestarzały model. Wręcz antyczny. W tym tempie nie osiągną skoku na czas - przekazał odczyty sensorów Apollo.
- Dziwne myślałbym, że taki pirat jak Gogoria będzie lepiej wyposażony - podsumował mieszaniec. - Ale cóż, to jego pogrzeb. Apollo zabierz nas stąd. - Z przyjemnością. Obliczam parametry skoku - odparł komputer, a Monsturn przyjrzał bliżej się odczytom.
- Czekajcie! Nie możemy odlecieć! - zwrócił uwagę wszystkich seledynowy.
- Co znowu? - jęknął Gabriel.
- To nie jest napęd nadświetlny - wyjaśniał coolant. - Będąc na statku Gogorii zastanawiałem się, czemu układ ładowania broni jest w maszynowni. Wyglądało to strasznie niepraktycznie. Sam przesył energii z generatora do działa musi być kłopotliwy, ale teraz rozumiem! Gogoria maskuję gromadzenie energii potrzebnej o strzału jako napęd nadświetlny. Wysokie wskazania energetyczne wypływające z okolic silników każdy tak automatycznie zinterpretuje.
- Nasi nie mają pojęcia co się święci - dodał mieszaniec. - Co więc proponujesz?
- Musimy zawrócić zbliżyć się do Gogorii i spróbować odpalić ładunek z bezpośredniej odległości i liczyć na to, że uda nam się prześcignąć falę uderzeniową.
- Nadmiar adrenaliny sprawił, że oszaleliście - odezwał się Apollo, chowając ponownie chowając stery. - Nie godzę się na żadne akcje tego typu. To że organiczni mają skłonności autodestrukcyjne, nie znaczy, że trzeźwo myśląca cybernetyczna forma życia musi w tym uczestniczyć.
- Młody ma rację - stwierdził ponuro starszy coolant.
- Nie możecie wykorzystać tego przekaźnika jeszcze raz? Teraz nikt nas nie goni - zapytał Engelianin
- Mógłbym, gdybym podczas manewrów nie musiał wykorzystać go jako tarczy - odparł pierwszy pilot. - Ci skurwiele zrobili z niego rzeszoto. To jedyny sposób
- Najwyraźniej nie jesteście w stanie podejmować racjonalnych decyzji. Przejmuję dowodzenie - sprzeciwił się komputer.
- Jeśli wyskoczysz z systemu, przysięgam, że dam cię do przerobienia na żyletki - zagroził mieszaniec.
- Nie jestem twoja własnością, a jako obywatel Hegemonii znam przysługujące mi prawa, więc...
- Nie jesteśmy w Hegemonii. Tutaj jesteś tylko kolejna kupą śrubek i podpadasz pod Imperialne prawo. I na mocy tego prawa zostajesz skonfiskowany.
- Nie możesz tego zrobić - odparła maszyna.
- Jestem coolantem, mogę wszystko. I jeśli mnie zignorujesz, wylądujesz w zgniatarce - rzekł z nieprzyjemnym uśmiechem pół-Sajan. - Tak masz jeszcze jakąś szansę. Nie posłuchasz i wiesz co cię czeka.
Apollo nie odpowiadał, ale po chwili uwolnił stery.
- Ale jeśli wszyscy zginiemy i okażę się, że wszystkie wasze wymysły o życiu po życiu to jedna wielka sterta fałszywych danych, nie miej do mnie pretensji - podsumował komputer, poddając się.

Coś było nie tak. Frostbite nie była w stanie wyłapać co, ale charakterystyczne mrowienie w kopule, które pojawiało się zawsze w podejrzanych sytuacjach nie dawało jej spokoju. Chętnie zrzuciłaby sensacje na poniesiony wcześniej uraz głowy. Jednak kobieca intuicja robiła wszystko, aby to uniemożliwić. Pirackie okręty z natury musiały być wyposażone na tyle dobrze, aby z powodzeniem stosować taktykę doskoku do ofiary i odwrotu, w przeciwnym razie zmieniały się w pirackie wraki. A mimo to jednostka przed nimi ładowała napęd nadprzestrzenny w tempie porównywalnym do maszyny z okresu Wojen Ekspansywnych. Coś było stanowczo nie tak. Nagle iluminator rozbłysnął kolorami tęczy, gdy przelatujące myśliwce potraktowały tarcze mostku serią białych boltów.
- Zignorować myśliwce i skupić się na wrogiej jednostce. Skierować na nią całe dostępne uzbrojenie - wydała rozkaz w zgodzie z intuicją. Pierwszy oficer drgnął w niemym proteście. Frostbite podzielała jego obawy przed uszkodzeniami jakie mogły wyrządzić zwrotne maszyny, gdyby przedostały się za osłony. Ale świerzbienie kopuły było jednoznaczne.
- Nowa jednostka wleciała w strefę działań - zameldował jeden z oficerów na mostku. - Według odczytów to frachtowiec, ale nie posiadamy sylwetki tego modelu w bazie danych.
- Skupić cała uwagę na okręcie - rzuciła ponownie Changelinka, po czym podrapała się po głowie.

- Jak bardzo musimy się zbliżyć żeby odpalić ładunek? - zapytał Leau dopychając regulator prędkości do oporu.
- Zbyt blisko - odparł Apollo. - Fala uderzeniowa rozerwie nas na kawałki. Osłony nie wytrzymają takiego obciążenia.
- To pozbądźmy się osłon - zaproponował mieszaniec. - Spróbujemy przegonić wybuch zamiast przyjmować go na klatę.
- Zwariowałeś? Zdajesz sobie jaką prędkość osiąga... - protestował statek.
- To nie była prośba - warknął pół-Sajan. W odpowiedzi oświetlenie kokpitu zgasło, a pojazd przyśpieszył.
- Przekierowałem całą dostępną moc do silników, oby to się powiodło - odparł metaliczny głos z wyraźnym niedowierzaniem.
- Zerd przygotuj się! - krzyknął starszy coolant, mozolnie nachylając się nad konsoletę. Walka ze zwiększonym pędem sprawiała mu trudności.
- Wszyscy zginiemy! - zaczął lamentować Gabriel
- Zamknij się! - krzyknęła, w różnych językach, jednocześnie pozostała część załogi.

- Działo strumieniowe naładowane w stu procentach - zameldował technik.
Gogoria rozciągnął otłuszczone usta w uśmiech rzucił wyjątkowo łagodnym tonem:
- Ognia.


- Działa "Zdobowcy" w zasięgu
- Ognia!! - Krzykneła Frostbite.

Apollo minął "Windykatora" i nabierał coraz większej odległości.
- Zbliżamy się do granicy zasięgu transmisji - ostrzegł metaliczny głos.
- Zerd! Dawaj! Ognia! - wrzasnął Leau przezwyciężając miażdżący mu klatkę piersiową pęd.

Tylna cześć Windykatora nagle jakby napęczniała. Ogromne płyty metalu wygięły w coś na kształt stalowej bańki, a chwilę potem pękły. Brutalna erupcja złoto-pomarańczowej energii rozerwała środkowy przedział okrętu.
- Ha! Świetny strzał! - zakrzyknęła z niepohamowanym entuzjazmem Changelinka.
- Em... To nie my - odparł zdezorientowany oficer.
- Co?
- Nasze działa nie zdołały się jeszcze przebić przez ich osłony gdy... Statek po prostu eksplodował.
Frostbite poczuła się zdezorientowana ale i oszukana. Ktoś lub coś zwinęło jej pełnoprawne zwycięstwo sprzed nosa. To co jej zostało, było zbyt proste.
- Wykończyć ich! - rozkazała sucho.

Gogoria wystrzelił z wyprodukowanego specjalnie dla niego fotela jak z procy. Stojący naprzeciwko technik zdążył jedynie pisnąć gdy wielosetkilogramowe cielsko zwaliło się na niego. Firn podbiegł i pomógł pracodawcy wstać, a oświetlenie na mostku Windykatora zmieniło barwę na ciemnoczerwoną. Bonehead zawisł nad pozbawionym przytomności mężczyzną i zwrócił się do zimnokrwistego.
- Chyba to znak, że powinniśmy opuścić to przyjęcie.
- Też tak sądzę - odparł Firn, po czym obaj skierowali się do wyjścia awaryjnego. Pozostała część załogi popatrzyła na siebie w konsternacji. Chwilę potem wybuchła panika. Rzucili się do desperackiej ucieczki, chyba tylko przypadkiem uruchamiając alarm ewakuacyjny.
Nieduży pojazd, który wcześniej udawał cześć opancerzenia oddzielił się od poszycia Windykatora i wystrzelił w przestrzeń. Pomknęło za nim kilka boltów energii, ale główne działa Zdobywcy nie były dość precyzyjne. Za sterami siedział stary Changeling, a tuż za nim, na niemożliwie szerokim siedzisku, Bonehead. Spaślak cmokał co chwila z dezaprobatą.
- Wywołaj ten krążownik - powiedział tryskając stróżka śliny z pomiędzy zębów. Ze ściany wysunął się płaski ekran. Początkowo śnieżył, ale szybko pojawiła się na nim twarz zmiennokształtnej.
- Chciałbym poznać imię dziewczynki, która pozbawiła mnie mojej ulubionej zabawki - zaczął Bonehead.
- Admirał Frostbite - odrzekła wyniośle kobieta.
- Frostbite... - zwrócił się do niej z wyraźną groźbą w głosie. - Jesteś mi dłużna.
Gogoria nie zamierzał kontynuować rozmowy i przerwał połączenie, po czym jego statek wskoczył w nadprzestrzeń.

System Malakrański
768 tysiecy kilometrów od orbity głównej planety systemu
Pokład "Dominatora" - ciężkiego krążownika Imperium.
16:14 standardowego czasu Imperium.

Palec Sauzy płonął. Energetyczne ostrze zagłębiło się w twardy, ciemnoczerwony owoc. Pomieszczenie wypełnił słodki zapach przypiekanej fruktozy. Blond Monsturn włożył gorący skrawek do ust i spojrzał na siedzących obok niego towarzyszy. Neizu drzemał ze schowaną w ciele głową. Mimo, że pierwszy przyboczny Coolera widział to już wiele razy, wciąż nie mógł się przyzwyczaić do sposobu w jaki Retranecy spali. Przyprawiał go on o gęsią skórkę. Kawałek dalej spoczywał Doore. Trzymając w dłoniach przenośny wyświetlacz oglądał zapasy. Starał się kibicować w miarę cicho, ale co jakiś czas poryw emocji sprawiał, że zielony olbrzym wykrzykiwał coś w stylu "połam mu nogi" lub inną akurat pasująca cześć ciała. Z drugiej strony pomieszczenie na tle wąskiego iluminatora, przy biurku pracował książę Cooler. Odbierał właśnie szereg raportów z planety od stojącej nim Monsturnki. Sauza nie był fanem bezowocnego czekania - dlatego też rozmyślnie wybrał przekąskę, aby zrobić z zaistniałych okoliczności sarkastyczny dowcip - ale zbliżali się do Malakry. A Cooler zawsze na jakiś czas przed misją lubił mieć przybocznych blisko siebie. Blondyn rozumiał intencje księcia. Następca tronu upewniał się, że jego ludzie nie zrobią czegoś głupiego na chwilę przed rozpoczęciem zadania.
- Blizzor jest głupcem. A raczej był - zaczął Changeling. - Najpierw kilka miesięcy temu wprowadził nietestowany model ki-blasterów na front, a teraz zburzył cały nasz plan większej ofensywy tym swoim samowolnym, nieskoordynowanym atakiem.
- Gdy jego jego Deathball zawiódł, jego siły poniosły ponad osiemdziesięcioprocentowe straty, a tylko nieznaczna cześć żołnierzy Cesarstwa znalazła się w polu rażenia - dodała analitycznie kobieta. Cooler westchnął.
- Blizzara już wie?
- Z tego co się orientuję jeszcze nikt do niej nie dzwonił - odparła jasnoruda Monsturnka.
- W takim razie przekaż rozkaz, aby się wstrzymali. Sam skontaktuję się z jego siostrą.
- Tak jest.
- Gdyby nie szlachectwo i wysoka pozycja, już dawno bym go zdymisjonował, a teraz będę musiał zrobić z niego bohatera, dla dobra jego siostry. - Cooler westchnął. Przerzucił na bok kolejny raport, gdy oświetlenie w pomieszczeniu wysiadło.
- Co do ku... - wypalił Doore, ale zdołał się opamiętać na tyle, że nie dokończył zdania i szybko zmieniając temat wystrzelił. - Mogłem wziąć baterie zamiast kabla.
- Niech pani wybaczy mojemu podwładnemu - poprosił zmiennokształtny. - Zanim go zwerbowałem był zapaśnikiem i pasja do dawnego zawodu sprawią, że bardzo się emocjonuje.
- Nic... nic się nie stało - odparła lekko zakłopotana kobieta. - Może dowiedzmy się o co chodzi.
- Tak to dobry pomysł - stwierdził Cooler i nacisnął guzik interkomu. Jednak gdy nikt się nie odezwał, wyjął z szuflady scouter i założył go na prostokątne ucho. Ustawił go na częstotliwość używaną na okręcie i rozpoczął nadawanie. - Kapitanie Coldwell, co się tam dzieje u was na górze?
- O, książę... tak. Grupa cesarskich bombowców wypadła zza jednego z księżyców karłów i całkowicie nas zaskoczyła. Oberwaliśmy kilkoma pociskami i system dystrybucji energii padł w niektórych częściach okrętu - podsumował sytuację dowódca.
- Proszę się postarać, żeby temu zaradzić. Chciałbym dotknąć powierzchni w jednym kawałku.
- Oczywiście, wasza wysokość, nasze baterie szybko sobie poradzą.
Cooler usatysfakcjonowany tym zapewnieniem, mimo braku oświetlenia wrócił do zaznajamiania się z sytuacją na planecie. Tyle tylko, że tym razem o wiele bardziej polegał na ustnym sprawozdaniu stojącej obok niego kobiety. Rozmowę przerwało wyładowanie elektryczne, które prześlizgując się po metalowym biurku poraziło Changelinga w dłoń. Zaciekawiony tym zjawiskiem ponownie otworzył kanał komunikacyjny.
- Kapitanie Coldwell, czemu mój własny statek próbuje mnie porazić?
- Mamy większe problemy niż sądziliśmy. Kilka złącz energetycznych zostało rozerwanych i wyładowania obejmująca coraz większy obszar okrętu. Proszę nie dotykać metalowych przedmiotów.
Cooler podniósł łuk brwiowy z niedowierzaniem.
- Tutaj prawie wszystko jest metalowe.
- Tak ale... - przerwał wypowiedź kapitan. W tle było słychać niewyraźne słowa. Ktoś zdawał raport. - Wasza wysokość! Przez ten pokład zaraz przejdzie silne wyładowanie proszę się natychmiast zabezpieczyć!
Zmiennokształtny zareagował natychmiastowo. Łapiąc kobietę za ramię, wzbił się w powietrze i zawisł na środku kajuty. Dwaj przyboczni poszli w jego ślady, ale śpiący Neizu, nieświadomy całej sytuacji, pozostał na pryczy. Sauza chciał już krzyknąć aby go ostrzec, ale podłoga i ściany zaiskrzyły łukami energii. Rażony prądem Retraneck padł na pokład, a jego głowa w skurczu mięśni wyskoczyła na zewnątrz.
- Dobra! Dobra! Już nie śpię! - krzyknął pół-świadomy żołnierz, a Sauza nie mógł powstrzymać się od śmiechu.

Wkrótce Dominator został naprawiony i ustawił się na orbicie geostacjonarnej. Cooler spojrzał przez iluminator na planetę pod nim. Przez głowę przebiegła mu tylko jedna myśl. "Tym razem Malakro, zdobędę cię!".

Przejdź do <-- Rozdział 16
Autor: Tajtus


1294 Czytań | Drukuj