Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfik: DBPH Rozdział 11
Dodane przez Gokusiek dnia 05-01-2011 22:00

  
"Rozdział 11"



Trójka lojalnych imperium ludzi, z których tylko jeden zachował przytomność, była transportowana przez sporą grupkę wojowników Makyo do miejskich lochów. Niesieni przez lewitujących strażników zbliżali się do miejsca, gdzie na pewno czekały ich wszelakiej maści tortury, a w najlepszym przypadku szybka śmierć. Zerd wytężał umysł, aby znaleźć wyjście z tej nieciekawej sytuacji. Gdyby był sam mógłby popróbować szczęścia, ale sam nie był. Musiał myśleć też o losie swojego ojca i Leau, którzy zostaliby pewnie zabici przez Makyo, jeśli spróbowałby uciec lub zaatakować.
Odległość do miasta coraz bardziej się zmniejszała. Widać było już kontury kamiennych budowli, a Zerd nadal nie miał skutecznego planu. Kilka kilometrów przed celem podróży naprzeciw wylecieli im kolejni wojownicy, a wśród nich karzeł o szarzej skórze, którego okalała znana już Zerdowi złota poświata. Dowódca eskorty więźniów, jakim był brązowy Makyo o czerwonych oczach odezwał się nagle:
- Ciekawe. Czy wy piraci nie jesteście wstanie uszanować, choć jednej zasady? - odezwał się karzeł, zwracając się Zerda.
- Panie nie wydaje mi się, aby to byli piraci. Proszę spojrzeć, kogo chcieli odbić - powiedział dowódca eskorty, po czym wykonał gest przywołujący Makyo niosącego Zarbona. Karzeł po uprzednim przyjrzeniu się nieprzytomnemu Monsturnowi odparł:
- W takim razie mamy tu do czynienia z agentami Imperium. Na takich też są tutaj metody - powiedział, szczególnie mocno akcentując ostatni wyraz.
- Panie, z tego tutaj już nic nie będzie. Co najwyżej trofeum do powieszenia na ścianę - skomentował stan Zarbona dowódca eskorty.
- Zostawcie mojego ojca w spokoju, albo was wszystkich rozpierdolę! - krzyknął Zerd, po czym rzucił się do desperackiego ataku na Makyo, który przewoził na swoich barkach Zarbona. Jego atak nie dosięgnął jednak celu. Szybka reakcja reszty wojowników, jaką było brutalne wbicie coolanta w ziemię, skutecznie ostudziła jego zapał. Ciosy były na tyle silne, że pozbawiły Zerda przytomności. Jeden z Makyo podszedł do desperata i przystawiając mu nóż do gardła, spytał:
- Czy mam go dobić panie?
- Nie, chcę mieć całą trójkę w swoich prywatnych celach.
- Panie?
- Słyszeliście mnie, a teraz wykonać rozkaz.
- Tak, panie.

Winter przemierzała ulice Glacierpolis szybkim krokiem, któremu mało brakowało, aby przerodził się w bieg. Po jej białej twarzy spływały łzy. Sama dokładnie nie wiedziała, dokąd idzie. Byle przed siebie. Mijała budynki, ulice, latarnie. Szła, aż dotarła na skraj miasta. Urwisko, z którego rozciągał się piękny widok na przedmieścia i znajdujące się dalej Lodowce Bezimiennego. Winter oparła się o barierkę i ręką otarła łzy z twarzy.
- Na co ja liczyłam? Na to, że on mnie pokocha? Głupia byłam... i nadal jestem, bo nie mogę przestać o nim myśleć - powiedziała do siebie Changelinka. Widok Freezera z kobietą jaką sprowadził sobie z Core złamał jej serce w najbardziej kruchym miejscu. Zawsze łudziła się, że książę przestanie ją traktować jak zabawkę i zainteresuję się naprawdę, ale teraz jej nadzieja prysła jak bańka mydlana. Po raz kolejny otarła łzy z twarzy.
- I na co mi to było? - zapytała samej siebie Winter. Wiele miesięcy zajęły jej starania, aby stopić serce Freezera, a w zamian otrzymała tylko cierpienie.
Z każdą kolejną chwilą smutek był wypierany przez narastającą złość. Winter przestała myśleć o Freezerze jak o księciu z bajki, którego trzeba obudzić pocałunkiem. Zaczęła go przeklinać od zdrajców, drani i szubrawców. Otarła resztki łez z różowych oczu i postanowiła pójść do niego i wygarnąć mu wszystko, co o nim myśli. Z tym postanowieniem udała się do jednostki wojskowej, gdzie spodziewała się znaleźć księcia.

Freezer chciał jak najszybciej załatwić wszystkie sprawy, aby móc oprowadzić Vami po planecie. Momentalnie jednak rozwiał marzenia i powiedział sobie w myślach "najpierw obowiązki, potem przyjemność", co było u niego nietypowym postanowieniem. Jego życie przez ostatnie lata było całkowitym zaprzeczeniem tej deklaracji. Zaczął przeglądać raporty zostawione dla niego przez Kiviego oraz dokumentację żołnierzy pracujących w jednostce. Najbardziej zaciekawiły go informacje zawarte w teczce pułkownika Ginyu. Freezer przerwał lustracje, założył swój scouter i wezwał do siebie swojego zastępcę.
W kilka chwil później do biura księcia wszedł Ginyu. Zasalutował i stanął na baczność.
- Wezwałem cię, bo mam pewne pytanie - zaczął Freezer.
- Tak panie?
- Możesz powiedzieć mi, za co trafiłeś na Xenomorf? Bo pomimo, że służba synowi imperatora to zaszczyt, tutaj nie trafia się w nagrodę.
- Na początku wojny powierzono mi zdobycie przyczółka na Alternusie co miało być początkiem kontrataku w tym sektorze. Niestety wpadliśmy w pułapkę zastawioną przez Cesarską Gwardię. Misja nie powiodła się i straciłem 98% powierzonych mi sił - powiedział lekko ściszonym głosem Brainhorn.
- A, co chodzi z tym całym "Ginyu Force". Znalazłem taką wzmiankę w twoich aktach.
- Tak została ochrzczona grupa, w która wchodziłem ja i czterech moich przyj... podwładnych. Mieliśmy kilka sukcesów w trakcie potyczek i zdobyliśmy jako taką popularność.
- W takim razie mam dla ciebie zadanie. Stwórz mi drugą taką grupę z najlepszych żołnierzy tej planety. Możesz zwerbować każdego, kogo uznasz za nadającego się. Jeśli będzie trzeba, masz prawo użyć siły.
- Wedle rozkazu panie, ale czy mogę o coś zapytać?
- Pytaj.
- Po co panu taki oddział? Czy to znaczy, że plotki krążące po mieście są prawdą?
- Plotki?
- Chodzą słuchy, że tworzy pan własną armię, że chce pan wziąć czynny udział w wojnie... Inni mówią, że chce pan sięgnąć po władzę.
- Czy możesz zająć się tymi, którzy roznoszą te wieści? Chcę, aby się uciszyli. Na zawsze, jeśli będzie to konieczne.
- Oczywiście panie, zajmę się tym.
- Na razie mogę ci powiedzieć tyle, że będziesz miał okazję się zrehabilitować w oczach dowództwa, a teraz wykonaj moje rozkazy. I, pułkowniku Ginyu, masz niewiele czasu.
- Tak panie - odparł Brainhorn, po czym zasalutował i opuścił biuro Freezera. Książę poczuł ulgę. Spodziewał się, że zajmie mu to o wiele więcej czasu.
"Kivi zajmie się zorganizowaniem floty i najemników, więc potrzebuję jeszcze dowódcy" pomyślał Freezer. Changeling zaczął przeglądać akta wszystkich służących na Xenomorf oficerów. Do głowy przyszedł mu nawet pomysł, aby to z Ginyu zrobić dowódcę floty, ale szybko odpędził tę myśl, ponieważ pułkownik był mu potrzebny na lądzie, a poza tym nie posiadał żadnego doświadczenia w dowodzeniu zgrupowaniem okrętów. Frustracja księcia rosła proporcjonalnie do ilości przejrzanych dokumentów. Zbliżał się już do końca kupki papierów i cyfronotesów, a nadal nie posiadał osoby, której byłby wstanie powierzyć tak odpowiedzialne stanowisko jak dowodzenie flotą. "To jakaś cholerna banda partaczy!" zaklął w myślach Changeling. Po chwili zrobił to po raz drugi, uświadamiając sobie, że jest w tym dużo jego winy. "Będę musiał kogoś wynająć, chyba że..." pomyślał Freezer patrząc na ostatnią nie przejrzaną kupkę dokumentów. Były to akta żołnierzy osadzonych w więzieniu na Xenomorf. Freezerowi obiła się o uszy informacja na temat jakiegoś admirała, który oczekiwał na proces za zbrodnie wojenne. Książę pośpiesznie przejrzał papiery, aż w końcu natrafił na poszukiwaną osobę.
"No, admirale Frostbite, to chyba twój szczęśliwy dzień." Freezer wyjął scouter z szuflady i założył go, przysłaniając zieloną szybką, lewe oko. Wybrał funkcje połączenia bezpośredniego i powiedział:
- Kivi, zgłoś się.
- Czego pan sobie życzy?
- Gdzie jesteś?
- Opuszczam właśnie prywatną stocznię koło lodowej zatoki.
- Jak tam nasze sprawy?
- Kilka okrętów możemy dostać od ręki, na inne trzeba będzie... trochę poczekać - powiedział z lekką obawą w głosie Chinwiskers.
- Ile? - zapytał z nieukrywana frustracją książę.
- Od jednego do trzech miesięcy - odparł już pewniej Kivi uświadamiając, że jakikolwiek wybuch gniewu księciu go tu nie dosięgnie.
- Dobra. Mam dla ciebie kolejne zadanie. Wyciągniesz z więzienia planetarnego admirała Frostbite'a.
- Zrozumiałem. Bez odbioru.
Freezer rozsiadł się wygodnie w fotelu i splótł dłonie pocierając kciukami o siebie.
Dopadły go wątpliwości. Pierwszy raz odkąd podjął decyzje uratowania swojego najlepszego przyjaciela z rąk piratów. "Od jednego do trzech miesięcy" te słowa odbijały się echem w głowię księcia. "Czy Zarbon będzie jeszcze żył do tej pory? Czy w ogóle uda mu się go odbić? Czy piraci do tego czasu nie zmienią lokalizacji?" Te wszystkie pytania krążyły po jego umyśle jak pasożyty, wysysając z niego determinację, pewność siebie i odwagę. Słowa Kiviego o bezcelowości tej wyprawy stały się dla niego boleśnie prawdziwie. Freezer, po chwili uderzył pięścią w stół. Postanowił, że już nigdy nie pozwoli, aby narzekanie jego przybocznego wzbudziły w nim wątpliwości. Obrał za cel uratowanie Zarbona, lub w najgorszym wypadku zemstę za jego śmierć i nic mu w tym nie przeszkodzi.

Kivi po wcześniejszym ściągnięciu akt na temat Frostbite'a z wojskowej bazy danych, szedł przez korytarz więzienia planetarnego. Towarzyszyła mu eskorta w postaci dwóch strażników. Chinwiskers po drodze przeglądał dane na temat aresztowanego admirała. Tak naprawdę większość wiedział już o nim z lokalnej holowizji. Media napiętnowały tego Changelinga już dawno, chociaż nigdy nie pokazali żadnego jego zdjęcia ani rysopisu. Imperium mimo wszystko było państwem prawa i ustawa o ochronie danych osobowych była w nim przestrzegana. Szum medialny był na tyle duży, że dotarł nawet do Freezera, a jeśli informacje o zbrodniach wojennych admirała zdołały się przedrzeć przez hedonistyczną mgłę w umyśle księcia to sprawa była poważna.
Cała trójka dotarła do drzwi. Kivi westchnął, po czym nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Sala widzeń była dość obszerna. Fioletowy usiadł na krześle i mając przed sobą szklaną ścianę czekał na swojego rozmówcę. Frostbite wprowadzono kilka chwil później, ku zdziwieniu Chinwiskersa była to kobieta. Changelinka ubrana w pomarańczowy, więzienny uniform usiadła po drugiej stronie ściany z betonu i pancernego szkła. Kivi ze zdziwioną miną przyglądał się nowoprzybyłej.
Miała fiołkową skórę i czerwone oczy. Nawet przez uniform można było dostrzec, że posiada zgrabną figurę. Jej ochraniacz przypominał ten, który Kivi widział u Coolera. Nie obejmował prawie całej głowy jak u Freezera, ale był o wiele węższy i umieszczony pośrodku naturalnego pancerza chroniącego czaszkę. Podobnie jak jej oczy, miał kolor czerwony.
Kivi zaklął w myślach. Ominął pierwszą stronę akt zakładając, że admirał jest mężczyzną, a mina, która przed chwilą gościła na jego twarzy musiała wyglądać dość komicznie i dodać jego rozmówczyni pewności siebie. Nawet jeśli tak się stało to Frostbite nie dała tego po sobie poznać nadal siedziała z kamienną twarzą.
- Jeśli dobrze się orientuję w imionach waszej rasy, Frostbite to męskie imię - zaczął Kivi, Changelinka nie odpowiedziała ani słowem i nadal ze spokojem grabarza wpatrywała się w fioletowego. To spojrzenie sprawiło, że Kiviemu przebiegł po plecach zimny dreszcz. Nie mógł jednak pozwolić zbić się z tropu i otwierając aktówkę i zaczął czytać:
- Zbombardowanie z orbity obiektów cywilnych nie mających znaczenia strategicznego, atak na neutralny konwój, zabicie w przypływie złości pierwszego oficera, zignorowanie bezpośredniego rozkazu, a to dopiero początek. Zdajesz sobie sprawę, że trwa wojna i że zostaniesz postawiona przed sądem wojennym. W najlepszym wypadku dostaniesz dożywocie, w najgorszym karę śmierci. Jeśli jednak jakimś cudem sędzia będzie łaskawy, to spędzisz w więzieniu całe swoje życie, co biorąc pod uwagę żywotność waszej rasy będzie to trwało bardzo długo. - Kivi oparł się o krzesło i na jego twarzy pojawił się grymas zadowolenia. Miał nadzieję, że był dość dramatyczny. Frostbite nadal wpatrywała się w fioletowego, ale dłonie miała teraz zaciśnięte w pięści i jej wzrok nie był już taki lodowaty. Kivi dziękował opatrzności, że spojrzenie nie mogło zabijać, bo gdyby było inaczej leżałby teraz na podłodze w kałuży krwi.
- Istnieje jednak pewna alternatywa. Przychodzę tu z rozkazu księcia Freezera. Potrzebuje on doświadczonych dowódców, a z akt wynika, że miałaś jedną z najwyższych ilości punktów w historii akademii wojskowej na Xenomorf. Lepsi byli od ciebie tylko generał Iceberg i książę Cooler. Więc oto propozycja: jeśli zgodzisz się podporządkować rozkazom Freezera zostaniesz uwolniona. - Kiviego zaczął już męczyć ten monolog, a Changelinka nadal nic nie odpowiadała.
- Widzę, że tracę tu swój czas - powiedział poirytowany Chinwiskers, po czym wstał z krzesła. Miał już wołać strażników, gdy usłyszał za plecami kobiecy głos:
- Zgoda.
- Co?
- Zgadzam się. Powiedz tylko, jak mnie uwolnisz?
- Nie ja tylko Freezer. Widzisz wykorzysta on pewny kruczek prawny. Jesteś więźniem armii oczekującym na rozprawę, ale umieścili cię na Xenomorf, a Freezer z racji tego, że jest księciem i gubernatorem może skorzystać z prawa łaski dla każdego więźnia przebywającego na tej planecie, więc najdalej jutro będziesz wolna.
- Czego oczekuje ode mnie twój pan?
- Tego dowiesz się jak już będziesz wolna. Strażnik!

Winter szła korytarzem do biura Freezera. Po drodze zauważyła idącego w przeciwną stronę Ginyu. Skinęła na głową na powitanie gdy się mijali, po czym przyspieszyła kroku. Udało się jej złapać Freezera, gdy ten z założonym scouterem opuszczał swój gabinet.
- Freezer, musimy porozmawiać - zaczęła Winter stanowczym tonem
- Winter co ty tu... - chciał powiedzieć książę, ale Changelinka wpadła mu w słowo.
- Nie dam się traktować jak wywłoka. Sprowadzasz sobie jakieś dziwki z Core. Ty wiesz jak ja się czułam, gdy przyszłam cię przywitać? O nie, Freezer, dłużej tak nie będzie...
- Masz całkowitą rację - powiedział książę, przerywając Winter, po czym otworzył drzwi do gabinetu i wziął z półeczki obok drzwi pęczek kluczy. Odczepił jeden i wręczył go kobiecie.
- Co to? - zapytała zbita z tropu Winter.
- Klucz do mojego apartamentu w centrum Glacierpolis przynajmniej tyle ci się należy za ten czas znajomości ze mną, a teraz wybacz, bo nie mam dla ciebie już więcej czasu.
- Ale Freezer...
- A, i uważaj na to co mówisz. Ta "dziwka", która przywiozłem z Core to żona mojego brata, więc radzę ci więcej tak jej nie nazywać.
- Freezer, ale ja...
- Na razie, Winter, miło było. Mam teraz na głowie ważniejsze rzeczy niż znajomość z tobą - powiedział książę, po czym ruszył w stronę wyjścia. Winter będąc jeszcze w szoku mogła tylko patrzeć jak Freezer opuszcza jednostkę.

Chageling opuścił jednostkę i skierował się w stronę domu Zarbona, który znajdował się niecałe dziesięć kilometrów na wschód. Od kiedy poznał Monsturna bywał tam dość często i teraz przyszło mu do głowy, że Zerd na pewno musi się martwić dlaczego jego ojciec długo nie wraca do domu. Freezer postanowił zajrzeć do niego jak sobie radzi i powiedzieć mu co się stało.
Dotarł do osiedla domków jednorodzinnych. Miejsce to stanowiło osobliwy widok, ponieważ nieczęsto widuje się tak spokojną dzielnice w wielkiej metropolii. Za każdym razem, gdy Freezer tędy szedł, czuł się jakby wkroczył do innego świata. Nie było wszechobecnego pośpiechu, zgiełku miasta i gwaru ludzi. Spokój, jakby czas się zatrzymał. Poza tym, mieszkańcy przyzwyczaili się do jego częstej obecności tutaj, więc nie robili "hecy", że książę przemierza ich okolicę.
Po dotarciu na miejsce, Freezer wcisnął dzwonek do drzwi, ale nikt mu nie otworzył. Gdy sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie, otworzył drzwi własnym kluczem. Zarbon jako ambasador często opuszczał planetę i nie raz prosił księcia, aby zajrzał do Zerda.
Wchodząc do środka, Freezer spostrzegł panujący wręcz perfekcyjny porządek, jak gdyby nikt tu nie mieszkał przez dłuższy czas. Obszedł wszystkie pokoje. Wszędzie wyglądało tak samo, a po młodym Monsturnie nie było ani śladu.
Changeling zastanawiał się czemu Zerd do niego nie przyszedł, żeby spytać o powód dla, którego jego ojciec nie wraca. Teraz otrzymał odpowiedź. Syn Zarbona nie mieszkał tu już od kilku dobrych miesięcy. Książę miał już uruchomić scouter i rozkazać Ginyu namierzenie młodzika, gdy spostrzegł na blacie list z napisem "Tata".
Freezer podniósł go i zaczął czytać. Po chwili wszystko było jasne. Zerd postanowił wstąpić do wojska, a jego nieobecność była dowodem, że mu się powiodło. Książę westchnął tylko, bo wiedział, że nie jest w stanie nic z tym zrobić, po czym opuścił pomieszczenie.

Ginyu miał ciężki orzech do zgryzienia. Otrzymał zadanie skompletowania oddziału specjalnego, co na planecie takiej jak Core nie byłoby problemem, ale na Xenomorf to już inna historia. Wszyscy najlepsi wojownicy zmiennokształtnych dawno już wyruszyli na front. Kolejnym czynnikiem utrudniającym było, że Xenomorf była położona daleko linii frontu i zsyłano tu pod komendę Freezera żołnierzy, który mieli jakieś przewinienia bądź porażki na swoim koncie.
Ginyu wcielił do swojej jednostki Dodorię i Kiviego, przybocznych księcia. Nie darzył ich zbytnią sympatią, ale siła obu wynosiła prawie po dwieście tysięcy jednostek, a to już było coś. Rogaty potrzebował do swojego oddziału przynajmniej jeszcze dwóch osób. Poszukiwania rozpoczął od przeglądania akt służących na planecie żołnierzy. Zaciekawiły go dwie postacie: szeregowa Zaria i kapral Alora. Ginyu nie planował co prawda wcielania do swojego oddziału kobiet, ale w obecnej sytuacji nie miał wyboru. Wydał odpowiedni gest ręką i po chwili stał już przy nim jakiś żołnierz.
- Majorze proszę wysłać wezwanie dla szeregowej Zarii i kapral Alory. Chcę je tu widzieć jeszcze dzisiaj.
- Tak jest panie pułkowniku - odpowiedział podwładny, po czym zabrał się za pośpieszne wydawanie rozkazów.

W poczekalni do biura Ginyu siedziała szeregowa Zaria. Jej mina wyrażała śmiertelne znudzenie. Aby zabić czas dziewczyna kręciła sobie dwoma palcami kosmyk ciemnozielonych włosów, który normalnie opadał na jej błękitną twarz. Oglądała także swoje złote bransolety, umieszczone na.
Zaria nie przebywała długo sama, gdyż kilka minut później dołączyła do niej druga kobieta. Monsturnka skierowała na nią swoje złote oczy. Nowoprzybyła należała do rasy o nazwie Spikecrown. Posiadała na głowie "koronę" z kolców. Była ona granicą oddzielającą wysokie, kremowe, łyse czoło od ciemnych włosów pokrywających resztę głowy. Na twarz kobiety nałożone były duże ilości fioletowego makijażu. Kremowoskóra usiadła obok Zarii.
- Cześć, jestem Alora.
- A ja Zaria.
- Plaster też wezwał cię do siebie?
- Tak... ale plaster?
- Mam tu znajomego, który powiedział mi, że tak go tu przezywają.
- A wiesz może dlaczego?
- Nie, znajomy powiedział, że trzeba było przy tym po prostu być. Poza tym słyszałam, że to straszny skurwysyn.
- No co ty... na pewno nie jest taki zły.
Jakby w odpowiedzi na słowa Zarii, drzwi do gabinetu otworzyły się z hukiem, a z wnętrza gabinetu wybiegł truchtem Dodoria. Towarzyszyło mu głośne wołanie pułkownika Ginyu:
- Raz! Dwa! Raz! Dwa! Raz! Dwa!
- Cofam to co powiedziałam - burknęła półgłosem Zaria.
- Panie, proszę do mnie - powiedział ponurym głosem Ginyu. Kobiety spojrzały po sobie, po czym podążyły za pułkownikiem, jakby to miałaby być ich egzekucja. Rogaty usiadł na fotelu za biurkiem, a dziewczyny na krzesłach przed nim.
- Mam dla pań pewna propozycję. Potrzebuję żołnierzy do tworzącej się jednostki specjalnej, a wasze poziomy energii są dość wysokie. Obie dysponujecie siłą przekraczającą sto tysięcy jednostek. Dlatego jestem paniami zainteresowany - zaczął Ginyu.
- A jeśli odmówimy? - spytała się Alora.
- To trudno, wrócicie do swoich obowiązków, powiedzmy na stacji w Lodowcach Bezimiennego - odparł Ginyu.
Kobiety spojrzały po sobie wystraszonymi oczyma. Punkt, o którym wspomniał Brainhorn był najsurowszym miejscem na całej Xenomorf. Warunki tam panujące były nie do zniesienia nawet dla Changelingów, którzy przywykli do skrajnego mrozu.
- To gdzie mamy podpisać? - spytała niewinnie Alora. Kilka chwil później obie kobiety opuściły gabinet pułkownika z niezbyt dobrymi humorami.
- Mieli rację, to skurwiel - skomentowała Zaria.

Kiviemu wykonanie wszystkich powierzonych zadań zajęło kilka dni. Były to ostatnie chwile wolności przed katorgą, którą Ginyu nazwał reedukacją militarną. Chinwiskers starał wybierać jak najdłuższą drogę, ponieważ spodziewał się, co może go tam czekać. Rogaty zajął już salę treningową na trzy miesiące z góry, a to oznaczało trening bojowy dzień w dzień. Kivi zastanawiał się w duchu, ile razy wyląduje w komorze regeneracyjnej. Chwilę później zdarzyła się rzecz wręcz cudowna. Freezer wezwał go do siebie. Czyżby książę miałbyć jego zbawicielem, czyżby miał mu zlecić jakieś trwające kilka miesięcy zadanie lub szereg poleceń? Kivi miał nadzieję, ale miał się przekonać, że powiedzenie nadzieja matką głupich nie powstało bez powodu. Chinwiskers kilka minut później był w gabinecie księcia.
- Wzywałeś mnie panie?
- Tak, chce wiedzieć co sądzisz o naszej nowej pani admirał - zadał pytanie Freezer.
- Frostbite?. No cóż brak poszanowania dla autorytetów, niebezpieczna, nieobliczalna i zdolna. Nie chcę kwestionować pana rozkazów, ale obawiam się, że nie da się jej kontrolować. Może wyciąć jakiś numer w każdej chwili. Nie wiem dlaczego kazał mi ją pan uwolnić - zaczął swój wywód Kivi.
- Jak już mówiłem, potrzebuję zdolnego admirała, a o wiele bardziej ufam jej niż jakiemuś najemnikowi.
- Z całym szacunkiem, ale ja wolałbym złożyć swoje życie w ręce płatnego mordercy, niż osoby, która robi to co robi dla przyjemności.
- Co więc proponujesz?
- Skoro już jedziemy z nią na jednym wózku. To takie osoby jak ona muszą czuć bat nad głową. Przypominajmy jej o konsekwencjach niesubordynacji na każdym kroku.
- Czy to jej nie wystraszy? Może spróbować dezercji.
- Tak, to prawda... więc trzeba jej też wmówić, że nie ma dokąd uciec. Z większością państw mamy układ o ekstradycji, a z Cesarstwem pakt o łapaniu zbrodniarzy wojennych. Powinno to ją na czas wyprawy utrzymać pod pana rozkazami, a później się zobaczy.
- Dobrze, więc tak zrobimy, a teraz lepiej idź nie chce żebyś się spóźnił na trening z Ginyu.
- A nie mam pan dla mnie jakiegoś zadania... choć jakiegoś najmniejszego... co mógłbym dla pana zrobić?
- Właściwie, to jest coś.
- Tak panie? Wykonam to z pełnym poświeceniem - zapewniał Kivi, a jego twarz jakby pojaśniała.
- Nie wątpię, a to twoje zadanie: zgłoś się do Ginyu na trening.
- Tak, panie - odparł fioletowy wlokąc się do drzwi.

Kilkanaście minut później w sali treningowej, której rozmiary sugerowały, że jest przeznaczona co najmniej na trzydzieści osób, stało już cztery piąte nowego oddziału. Brakowało jedynie dowódcy. Podwładni wykorzystali wolny czas na integrację, a najlepszym sposobem na to było znalezienie wspólnego tematu:
- Ten plaster to szuja - zaczęła Alora.
- Ktoś jest przeciw?- zapytał retorycznie Kivi.
- Skąd się wzięło to przezwisko? - spytała Zaria.
- To będzie zasługa naszego różowego kolegi. Jakiś czas temu przez przypadek przywalił Ginyu w nos. Gość musiał założyć dużych rozmiarów plaster i stad to się wzięło.
- Hehe, gratuluję, chłopie - zaśmiała się Alora.
- No wiecie, ma się ten talent - powiedział szpanersko Dodoria. Chciał dodać coś jeszcze, ale akurat do pomieszczenia wszedł Ginyu. Cała czwórka jak jeden mąż stanęła na baczność. Rogaty zlustrował ich wzrokiem podszedł bliżej i zaczął:
- Od dziś nie jesteście już leniwymi larwami, które myślały, że jeśli dostaną przydział na Xenomorf, to będą mieli wakacje. Od dziś jesteście bardzo pracowitymi larwami, z których codziennie będę wyciskał pot, krew i łzy. I może przez te trzy miesiące doprowadzę was do stanu używalności.
Czwórka żołnierzy z wrażenia lub strachu przełknęła głośno ślinę.
- Od dziś nie będzie żadnych świecidełek - powiedział Ginyu spoglądając na bransolety i kolczyki Zarii. - Żadnego malowania się - kontynuował rogaty tym razem pijąc do Alory. - Koniec z obżeraniem się. I co najważniejsze... a nie, do ciebie nic nie mam - rzekł Ginyu dochodząc do Kiviego. - Zaczniemy od rozgrzewki ustawię grawitację na plus dziesięć, a wy zrobicie dwadzieścia kółek wokół sali - powiedział Brainhorn, po czym podszedł do konsolety umieszczonej na ścianie i uruchomił generator. Mimo, że cała czwórka dysponowała dużymi poziomami mocy to rozgrzewka okazała się dla nich gehenną, a wszystko dla tego, że przez bardzo długi czas nie trenowali i po prostu stracili kondycję.
Po zakończeniu tortury, nazwanej przez kogoś bieganiem, podwładni zdyszani stanęli na baczność przed swoim dowódcą.
- Dobrze, skoro zdążyłem już się rozczarować waszą formą, to czas nad popracowaniem nad koordynacją ruchów, a najlepszym na to sposobem jest... taniec!
- Przepraszam, co?! - zapytał Dodoria.
- Taniec, a mianowicie balet. Jak byłem młody to byłem naprawdę świetnym baletmistrzem - odparł z pasją w głosię Ginyu. Kivi i damska część zespołu zrobiła dziwne miny, a Dodoria zaczął kaszleć.
- Ekhu... ekhu... ciota... ekhu... ekhu.
- Dodoria skoro tak ładnie prosisz, to ty zaczniesz. Zrób mi tu szpagat.
- Ale...
- Szpagat, ale to już!
Bonehead wiedział, że nie uda mu się od tego wywinąć, więc przeżegnał się w duchu i wykonał polecenie. O dziwo, udało mu się to. Jednak po chwili jego twarz zrobiła się czerwona, z oczu popłynęły mu łzy i zrobił zeza zbieżnego, by następnie przewrócić się hukiem na lewy bok. Dodoria ważył dość sporo, a zwiększona grawitacja sprawiła, że przewracając się zostawił okrągłe wgniecenie w podłożu.
- Dopracuj to, a teraz...
- Pomocy... Upadłem i nie mogę wstać.
- Mam dla ciebie zadanie bojowe, Dodoria. O ile ci się to uda, masz się podnieść i odtransportować do ambulatorium. Biegusiem! - krzyknał Ginyu.
Różowy po kilku nie udanych próbach zebrania nóg do pozycji umożliwiającej chodzenie, z trudem podniósł się i w rozkroku skierował się do drzwi.
- I na następny raz postaraj się o luźniejsze spodnie - powiedział pułkownik z uśmiechem na ustach. Pozostała trójka zaczęła się śmiać widząc dziurę w odzieży Dodorii.
- A wy co tak rżycie, siano żeście poczuli? Zaria zrób mi tu świecę! - wydał kolejny rozkaz Ginyu. - Do cholery Zaria powiedziałem świecę, a nie wibrator stój spokojnie! - krzyczał rogaty. Monsturnka po usłyszeniu tych słów zmieszała się i straciła równowagę, po czym runęła na ziemię.
- Widzę, że na razie to z was tacy żołnierze jak z koziej dupy trąba, ale ja was przez te miesiące zmienię, zobaczycie - powiedział Ginyu, mrużąc oczy.

Sytuacja Zerda zmieniła się niewiele od czasu opuszczenia lochu miejskiego, jedyną rzeczą jaką można zaliczyć na plus była poprawa warunków. Tym razem znajdował się w o wiele większym pomieszczeniu i nie miał na rękach kajdan. Za to cała cela była zrobiona z tego samego materiału co okowy wcześniej i biła z niej złota poświata. Mimo, że Zerd mógł swobodnie chodzić po celi, to nawet nie próbował się wydostać ponieważ wiedział, że wszechobecna łuna mu to uniemożliwi.
Przez pierwsze kilka dni to światło było nie do zniesienia. Monsturn nie mógł przez nią zasnąć i zaczął robić się coraz słabszy. Doszedł do wniosku, że o to właśnie chodzi, aby osłabić więźnia, ale czwartego dnia zmęczenie było na tyle duże, że sam nie zauważył, kiedy zapadł w sen.
Na początku starał się liczyć dni i godziny, ale bardzo szybko stracił rachubę czasu. Podejrzewał jednak, że spędził w celi około dwóch miesięcy, może więcej. W końcu, pewnego dnia, po otwarciu drzwi, zamiast otrzymać porcję paciai, którą go karmiono, został wyciągnięty na zewnątrz.
Zastanawiał się, czy teraz nastąpi egzekucja, ale ku jego zdziwieniu zaprowadzono go do czegoś na kształt łazienki i podano czyste ubranie. Po raz kolejny przez głowę przebiegła mu myśl o ucieczce, ale nie mógł zostawić tutaj ojca samego. Postanowił się podporządkować. Szybko umył się i przebrał.
Zaprowadzono go do obszernego pomieszczenia na wyższych piętrach budynku. Był to właściwie salon z liczną ilością okien, stołów i gdzieniegdzie finezyjnych rzeźb.
- Witaj w moim skromnym pałacu - przywitał go od progu piskliwy głos karła siedzącego za wysokim stołem. Zerd spojrzał w jego stronę. Był to niski Makyo, którego widział już, gdy został ogłuszony podczas nieudanej próby ucieczki.
- Dziękuję, jeśli można nazwać jakikolwiek pałac skromnym - odparł kwaśno Zerd.
- Celna uwaga chłopcze. Proszę usiądź obok mnie - powiedział knypek, a strażnicy popchnęli go w stronę wyznaczonego miejsca.
- Pozwól, że się przedstawię. Jestem król Garlic junior, a ty?
- Gdzie jest mój ojciec?
- Żyje, jeśli o to ci chodzi. Przynajmniej na razie, a teraz odpowiadaj na moje pytania, bo mogę się rozmyślić w tej kwestii - zagroził Garlic.
- Jestem Zerd.
- Dziękuję. Wybacz, że tak długo trzymałem cię w celi, ale sam rozumiesz, po całym zamieszaniu, które wywołałeś ostatnim razem, nie mogłem pozwolić abyś znów zagroził przebiegowi moich targów - powiedział uprzejmym tonem Garlic.
- Daruj sobie tę uprzejmość - warknął Zerd.
- Uważaj na słowa chłopcze. Nadal jesteś moim więźniem i mogę zrobić z tobą wszystko, co mi się spodoba.
Kilka chwil później do salonu weszła służba, niosąc ciepłe potrawy. Głównie mięso i owoce. Zerd aż drgnął na ten widok. Przez dwa miesiące jadł jedynie jakąś maź z ziołami, która nie dość, że pozostawiała wiele do życzenia w kwestii smaku, to nigdy nie było jej tyle, aby można było się najeść.
Czuł się podle myśląc o Leau i Zarbonie, ale głód był silniejszy niż poczucie winy. Zaczął jeść jak tylko postawiono przed nim talerz. Po chwili jednak zawahał się i przestał.
- Jedz, gdybym chciał cię otruć zrobiłbym to dawno temu - powiedział Garlic. - Na pewno zastanawiasz się dlaczego cię tu zaprosiłem - zaczął Makyo, a Zerd na te słowa spojrzał wprost na niego.
- Chciałbym się dowiedzieć co myśli o mnie i mojej rasie taki żołnierz jak ty.
- To trzeba mnie było poddać torturom - warknął Zerd.
- Kusząca propozycja, ale wtedy najprawdopodobniej byś powiedział to co chcę usłyszeć, a nie to, co naprawdę myślisz.
- Chcesz wiedzieć co myślę? Myślę, że jesteście bandą pasożytów, który żywi się kosztem innych. Myślę, że jesteście nic nie wartymi mordercami i złodziejami. Myślę, że powinno się was wszystkich postawić przed plutonem egzekucyjnym - powiedział z gniewem w głosie Zerd.
- Powiedz, chłopcze, smakują ci te owoce? Nie zastanawiałeś się skąd je biorę? Bo nie wydaje mi się, że podczas pobytu tutaj zauważyłeś jakieś drzewa, sady, pola czy nawet trawy. To jest jałowa planeta, ledwo można tu znaleźć wodę, o reszcie nie wspominając. Pozwól, że opowiem ci pewną historię. Dawno temu istniała sobie rasa Makyo. Żyła we względnym spokoju na planecie, do której raz na sto lat zbliżał się nieduży księżyc. Satelita ten wydzielał dziwny rodzaj promieniowania, które miało dziwny wpływ na Makyo. Przy każdym zbliżeniu moi przodkowie stawali się silniejsi, szybsi, wytrzymalsi, więc kiedy osiągnęli odpowiedni poziom technologiczny postanowili się przenieść na ten księżyc. Sondy wysłane wcześniej wykazywały, że ziemia nadaje się pod uprawę. I pewnego dnia wielka armada statków przeniosła cała moją rasę i ogromne ilości sprzętu i zapasów na ten księżyc. Kiedy moi przodkowie tam dotarli poczuli na sobie tak silny wpływ promieniowania jak nigdy dotąd. Podróżnicy natychmiast zabrali się do pracy, zaczęli sadzić uprawy. Jednak radiacja, która miała zbawienny wpływ na Makyo była zgubą dla wszystkiego innego. Wkrótce wszystkie uprawy zwiędły, a zapasy zaczęły się kurczyć w zastraszającym tempie, więc prawie rok po przeprowadzce wysłano ekspedycję, aby zorganizowała nowe zapasy i kolejną porcję nasion. Dzień po opuszczeniu planety ekspedycja już się nie odezwała. Wysłano jeszcze dwie, ale sytuacja się powtórzyła. Wtedy to moi przodkowie zorientowali się, że uzależnili się od tego promieniowania i wyjście z jego wpływu było dla nich pewną śmiercią. Populacja zaczęła się zmniejszać. Na porządku dziennym były akty kanibalizmu. Mieszkańcom przeznaczona była śmierć głodowa. Jednak, co się okazało, młode pokolenie, które już się tutaj urodziło miało ograniczone zdolności władania promieniowaniem. Kosztem za to były mutacje i wynaturzenia. Nie minęło dużo czasu, a każdy na planecie wyglądał zupełnie inaczej i już niczym nie przypominał swoich przodków. Byli już na skraju zagłady, kiedy jeden z nich, o imieniu Garlic, opanował sztukę promieniowania na tyle, że był wstanie przemieszczać planetę w dowolnym kierunku. I tak zaczęła się nasza piracka profesja. Po kilku grabieżach mój ojciec poprosił inne rasy, w tym i Imperium o pomoc. Ale one wyraziły tylko swoje współczucie, oprócz tego nie zrobili niczego. Więc, aby przeżyć, mój ojciec musiał kontynuować rabunki. Zamiast pomocy sąsiedzi przysłali statki wojenne dowodzone przez Colda. W bitwie zginął mój ojciec i wtedy to ja przejąłem jego moc. Udało mi się uciec z ocalałymi - snuł opowieść Makyo.
- Po co mi to opowiadasz? - spytał spokojnie Zerd.
- Bo chcę, żebyś wiedział z kim walczysz. Chcę, żebyś wiedział, że to wy nas stworzyliście. Chodź ze mną coś ci pokażę.
Garlic ruszył w stronę wyjścia. Coolant, popychany przez strażników, ruszył za nim. Zeszli po stromych schodach na sam dół budowli, aż do wielkiej piwnicy. Stało tam wiele kontenerów i skrzyń, głownie z oznaczeniami Cesarstwa. Garlic strzelił palcami i jeden ze strażników otworzył najbliżej stojącą skrzynię. Knypek wyjął z niej jakiś różowy owoc i rzucił go Zerdowi.
- Jak widzisz, zawarłem pewien pakt. W zamian za możliwość przesłuchiwania moich więźniów i badania natury mojego świata-pułapki i dalsze grasowanie na terenach należących do Imperium, Cesarstwo poprzez przemytników będzie ze mną handlować aprowizacją - tłumaczył dalej Garlic.
- Więc dlaczego nikt mnie nie przesłuchiwał?
- Mam swoje powody, ale nie martw się, kiedy agenci Cesarstwa skończą z twoim ojcem wezmą się za twojego przyjaciela. Na dziś koniec prelekcji. Do celi z nim.
- Tak, panie - powiedział jeden ze strażników i pociągnął Zerda za sobą. Garlic sam dokładnie nie wiedział czemu właśnie zrobił to co zrobił. Może dlatego, że szukał usprawiedliwienia za wszystkich zabitych ludzi i musiał to opowiedzieć to jednemu ze swoich wrogów. Może chciał zmienić mentalność wszechświata poprzez tego chłopca, a może dlatego, że widział w tym Monsturnie siebie sprzed wielu lat.
Jednego był pewny: musiał to zrobić.

Freezer cały dzień przeprowadzał inspekcje wojsk, jakie miały mu towarzyszyć podczas wyprawy. Większość stanowili najemnicy. Znalazło się nawet parę oddziałów sajańskich. Braki uzupełniono żołnierzami z Xenomorf.
"Im przynajmniej nie będzie trzeba płacić niebotycznych sum" pomyślał towarzyszący księciu Kivi. Obchód trwał jeszcze niecałą godzinę, po czym Freezer zwrócił się do swojego podwładnego:
- No to chyba przyszedł czas na inspekcję mojego oddziału specjalnego.
- Niech pan uwierzy na słowo jesteśmy gotowi do walki, żadna inspekcja nie jest potrzebna - zapewniał fioletowy.
- Coś kręcisz.
- Nie, naprawdę, jesteśmy prężni, zwarci i gotowi.
- Kivi... - powiedział zirytowanym tonem Freezer.
- Czy ja pana kiedykolwiek okłamałem...? Proszę na to nie odpowiadać - dodał po namyśle Chinwiskers.
- Kivi, idziemy!
- Tak jest - odparł przyboczny, robiąc minę zbitego psa.
Ginyu i reszta oddziału czekali kilkaset metrów dalej, na płycie jednego z lądowisk. Gdy tylko dołączył do nich Kivi, Brainhorn krzyknął:
- Zaczynamy!
Piątka żołnierzy zaczęła tańczyć wokół pułkownika, który kręcił piruety. Chwilę potem zaczęły się pojawiać szpagaty. Jeden nawet w wykonaniu samego Dodorii, który podniósł się po nim dość szybko, ale zaczął kuśtykać. Pokaz zakończył się przyklęknięciem Ginyu, dwoma męskimi piruetami i oparciem się o rozłożone ramiona pułkownika oraz jaskółkami po bokach w wykonaniu Zarii i Alory. Nagle cała piątka zaczęła recytować:
- Stoimy zjednoczeni, silni i gotowi do walki. Jesteśmy jednością, jesteśmy jak pięć palców u dłoni, która zmiażdży wrogów imperium!
- ...To było... yyy... interesujące...? - skomentował z niepewnością w głosie Freezer.
- Cieszę się, że się panu podobało. Otrzymaliśmy okręty o miesiąc wcześniej niż się spodziewaliśmy i nie bardzo miałem czas, żeby ułożyć coś lepszego - tłumaczył Ginyu.
- Mam tylko nadzieję, że nie ćwiczyliście tego przez cały ten czas.
- Oczywiście, że nie. Szkoliłem ich w walce, a to było dodatkowo.
- Po co walczyć, od tej szopki padną z wrażenia - burknął Dodoria do Alory.
- Ale najpierw trzeba zasłonić oczy naszym, bo to broń obosieczna - odparła kobieta.
- No co ty... na takie coś to i opaski nie pomogą. Sam wierszyk ich powali - wtrąciła Zaria, po czym cała trójka zaczęła chichotać. Freezer wyjrzał na nich, a pułkownik poczuł się upokorzony.
- Cholera, co to za chichoty! Sam książę do was przyjeżdża, a wy tu sobie pogaduszki urządzacie! - ochrzanił podwładnych Brainhorn.
- Pułkowniku niech się pan zgłosi do admirał Frostbite. Ona wam wskaże, którym okrętem polecicie i proszę jeszcze trochę popracować nad subordynacją. Kivi za mną - powiedział Freezer, po czym wraz z fioletowym oddalił się.
- O, ja wam tego nie popuszczę gnidy! Jak tylko... - dobiegł księcia krzyk pułkownika.
- Kivi.
- Tak panie?
- Zanotuj gdzieś, żebym następnym razem wierzył ci na słowo.
- Tak jest.

Frostbite i Kivi stali na mostku okrętu flagowego, który przewodził zgrupowaniu trzydziestu jeden pojazdów. W skład tej floty wchodziło dwadzieścia jeden pancerników i dziesięć transporterów piechoty. Statek, w którym przebywała dwójka współpracowników Freezera nazywał się I.B.S. "Tyran". Wszystkie pancerniki wyglądały jak duże prostokąty z dołączoną wieżyczką dowodzenia na tylnej części statku. Pani admirał zaczęła przeglądać parametry statku jakie wyświetliły się na jednym z monitorów, po czym stwierdziła zimno:
- Podwójne silniki jonowe, wzmocniony kadłub, deflektory. Budowanie tych okrętów zajęłoby więcej niż dwa miesiące
- To prawda. Były one budowane na Xenomorf długo przed tym nim do nich dotarłem - odparł Kivi.
- Podobno sprowadziłeś je z prywatnych stoczni? - powiedziała podejrzliwie Changelinka.
- Widzę, że pobyt w więzieniu ci nie służy. Podczas twojej "nieobecności" Imperium zawarło wiele kontraktów na budowę nowych okrętów w prywatnych stoczniach. Wojna jest bardzo wyczerpująca i rządowe linie produkcyjne nie były w stanie zapewnić ciągłości w uzupełnieniach - odparł Kivi z drwiną w głosie.
- A jak ich przekonałeś, żeby oddali nam to partię?
- To nie było proste, przyznaję, ale kilka podrobionych papierów tu trochę tam i nasi stoczniowcy są przekonani, że po prostu okrętom zmieniono przydział.
- Zdajesz sobie sprawę, że to szybko wyjdzie na jaw? - bardziej stwierdziła niż zapytała pani admirał.
- Oczywiście! Za kogo ty mnie masz. To kłamstwo ma bardzo krótkie nogi, ale kiedy już Imperium zorientuje się w sytuacji my będziemy już zapewne kończyć nasze zadanie - oburzył się fioletowy.
- Nie obawiasz się konsekwencji? Możemy jeszcze skończyć w tej samej celi.
- Bądź poważna. Ja zawsze mogę powiedzieć, że wykonywałem bezpośrednie rozkazy przełożonego, tak samo zresztą jak ty, więc cała wina i tak spadnie na Freezera.
W tej właśnie chwili na mostek wszedł książę. "O wilku mowa" przeszło przez głowę Chinwiskersa.
- Czy wszystko gotowe do odlotu? - spytał Changeling.
- Prawie. Wszyscy żołnierze są już na stanowiskach. Czekamy tylko zakończenie tankowania i możemy ruszać w drogę. Zdublowany mostek przerobiliśmy na specjalną kajutę dla pana, aby podróż była najbardziej jak to możliwe komfortowa - odparła służbowym tonem Frostbite.
- A jak sprawy się mają z "nagłośnieniem"? - zadał kolejne pytanie książę.
- Razem z Ginyu zajęliśmy się tym. Udało nam się przekonać lokalne media, aby nie publikowały ani nie przekazywała wiadomości o naszej małej flocie. W praktyce oznacza to, że opublikują to pewnie i tak, ale o wiele później - zdał raport Kivi.
- Dobrze. Proszę mnie informować na bieżąco. Będę w swojej kajucie - zakończył rozmowę Freezer, po czym opuścił mostek.

Zerd po raz kolejny siedział w swojej celi i rozmyślał. Tym razem jednak nie nad brawurowym planem ucieczki. Skupił się na tym, co usłyszał od władcy Makyo. Przez głowę przeszło mu wiele wątpliwości co do wspaniałości Imperium. Wydarzenia ostatnich miesięcy zachwiały jego dotąd niewzruszonym patriotyzmem. Imperium pozwalało na ataki na swoje mało znaczące terytoria, godziło się na śmierć własnych obywateli, oby tylko nie angażować żadnych sił frontowych. Spisało na straty swojego ambasadora i coolantów, aby mieć spokój. Nie pomogło tym istotom, kiedy one umierały z głodu.
"To wy nas stworzyliście" - te słowa wczepiły się w świadomość Zerda jak kleszcz, i jak kleszcz sprawiały mu ból. Coolant zaczął żałować, że zdecydował się pomóc Imperium wstępując do Armii. Chciał wesprzeć tych drani, morderców, okru...
- Zaraz co ja robię! - krzyknął do siebie Zerd. W tym właśnie momencie zauważył, że aura, która dotąd trzymała się ściany zaczęła go otaczać, a on sam zaczął tracić siły i swoją silną wolę.
"Czy o to właśnie w tym chodzi?, czy ta łuna ma wyssać moją siłę, czy karmi się moimi myślami, czy ojciec i Leau przechodzili przez to samo?". W głowie Zerda, aż zawrzało od pytań bez odpowiedzi. Zaczął się zastanawiać, czym dokładnie jest ta poświata i czemu zachowuje się tak różnie.
Nagle go oświeciło. Zdał sobie sprawę, że ta łuna wpływa na ludzi poprzez materię nieożywioną, a najważniejszy jest jej rodzaj. Metal, z którego były wykonane kajdany to ten sam który jest zawarty w tych ścianach. To właśnie przez niego aura działa najbardziej. W tej nowej celi kilkakrotnie był już bliski załamania, ale nigdy tak blisko.
Zerd doszedł do wniosku, że Garlic chciał go złamać. Miał w planach zwrócenie go przeciwko Imperium, przeciwko jego ojczyźnie, może nawet przeciwko jego ojcu. Chciał, aby ten dobrowolnie przyjął służbę u niego i podzielił się wszystkimi informacjami jakie Garlic uważał, że on posiada. Zerd zdecydował się na coś, o czym nie pomyślał wcześniej. Użył resztki ki jakiej nie zdążyła jeszcze odebrać mu poświata i uniósł się w powietrze. Bedąc już kilka centymetrów nad ziemią zrzucił z siebie ubranie i poczuł się jak nowonarodzony. Nie mając na sobie niczego "martwego" i nie dotykając żadnej powierzchni miał wrażenie, że wraca do niego cała jego ki. Na początku myślał, że to tylko złudzenie, ale po chwili zdał sobie sprawę, że naprawdę staje się silniejszy.
Wraz z powrotem ki zaczęła się w nim odradzać jego pewność siebie, patriotyzm i optymizm. Przez głowę przeszła mu myśl, że Makyo, którzy tu przybyli byli chciwi, żądni siły, może nawet władzy.
"Nie, to nie my was stworzyliśmy. To wy sami się stworzyliście! Złapaliście się w pułapkę przez pazerność!" Zerd poczuł, że nastał czas, aby się uwolnić.
"Teraz, albo nigdy!"
Zaczął kumulować w sobie energię. Aura momentalnie rzuciła się w jego kierunku, ale wyssanie całej energii z Zerda było teraz bardzo trudne. Chłopak stworzył pocisk o takiej mocy, której nigdy nie czuł w swoich dłoniach, po czym wystrzelił go w ścianę. Wielka eksplozja zrobiła dodatkowe wyjście, zabijając przy tym strażników pilnujących celi.
Jakby w odpowiedzi na jego akcje z daleka doszedł go dźwięk szeregu kolejnych eksplozji.
"Teraz, albo nigdy."

Okręty imperialne dowodzone przez admirał Frostbite zbliżały się do Makyo w standardowym szyku bojowym, czyli tak zwanym klinie. Jako pierwsze posuwały się pancerniki, a za nimi transportery. Admirał Frostbite wyjrzała przez iluminator na "powiększającą" się planetę. Martwa, jałowa pustynia i ta dziwna poświata, jakby bezpośrednio za planetą była jakaś gwiazda. Changelinka jeszcze raz rzuciła okiem na skaner. Urządzenie pokazywało, że najbliższa gwiazda jest kilka lat świetlnych stąd.
- Kapitanie proszę zagłuszyć łączność wrogowi i zrobić analizę tej poświaty - wydała rozkaz kobieta.
- Tak jest - odparł podwładny.
- I jak? - zapytała zniecierpliwiona Frostbite.
- Komputer wykazuje, że to jakiś rodzaj energii - zameldował kapitan.
- Jakiś rodzaj tarczy?
- Raczej nie. Tarcza tej wielkości musiałaby być zasilana przez ogromny generator, a skan powierzchni nie wykazuje takich obiektów - składał raport kapitan.
- Zajmujemy pozycję - dobiegł ich głos jednego z oficerów.
- Aktywność na planecie? - zapytała pani admirał.
- Znikoma. Chyba nas jeszcze nie zauważyli - zameldował kolejny pracownik mostka.
- Dobrze - powiedziała Changelinka, po czym włączyła swój scouter.
- Wasza wysokość, jesteśmy na pozycjach, możemy rozpocząć operację.
- Znakomicie jestem już w drodze do wyrzutni. Rozpocząć atak.
- Tak jest - odparła służbowym tonem Frostbite.

Grupa dowodzona przez Ginyu stała już przy wyrzutniach. Oprócz tej piątki czekało tu jeszcze około setki innych żołnierzy. Wszystkich w pomieszczeniu łączyło zdenerwowanie i specyficzne ssanie w żołądku. Niektórzy próbowali odwrócić swoją uwagę poprzez rozmowę, inni w ciszy po kilkanaście razy sprawdzali jeszcze raz całe wyposażenie, byli też tacy, którzy robili sobie rozgrzewkę. Znaleźli się też tacy, którzy modlili się do kaioshinów. Mimo ogromnego postępu technologicznego i wielu prób obalenia doktryny kaionizmu, religia ta była nadal bardzo popularna. Każdy na swój sposób starał się przygotować fizycznie i psychicznie na nadciągającą bitwę. Oddział pułkownika Ginyu nie był, więc w tym dążeniu osamotniony. Brainhorn jeszcze raz przeglądał terminal przy ich wyrzutniach, a Dodo i Alora próbowali zabić czas na pieszczotach czyli głównie całowaniu i obściskiwaniu.
- Dalej nie rozumiem jak oni się zeszli - powiedział do Zarii Kivi, widząc co wyczynia dwójka jego znajomych.
- Alora wspominała, że poszła do niego, po tym jego szpagacie zobaczyć jak się czuje i tak od słowa do słowa... - odparła dziewczyna.
- Alora powiedz mi, co ty w nim widzisz? - zapytał Chinwiskers.
- Ej! Ej! Ja jestem dość atrakcyjny - oburzył się Dodoria.
- Bo widzisz Kivi tyle hektarów i wszystko moje! - powiedziała głośniej Alora, przytulając się do Boneheada.
- Poza tym na tej ziemi nieźle się też uprawia - dodała ciszej kobieta, zbliżając się do Zarii.
- No co ty... - odparła nieco zmieszana Monsturnka.
- A jak głosi stare ludowe przysłowie każdy ptaszek musi mieć daszek - broniła dalej swojego wybrańca Alora.
Dodoria uśmiechnął się tylko tryumfalnie.
- Gdzie to wyczytałaś? Na jakimś karmniku?
- Zasadził ci ktoś kiedyś kopa? - zapytał zirytowanym głosem Dodoria.
- A ty Zaria co myślisz? - zwróciła się do dziewczyny Alora.
- Ja... no... eee... jaa... o rany... - jej wypowiedź została przerwana przez wchodzącego do pomieszczenia księcia. Wszyscy żołnierze odwrócili się do Freezera i stanęli na baczność, a Zaria ze złożonymi dłońmi spojrzała w górę i powiedziała "dziękuję".
- Panie, panowie! Nie będę urządzał tu zbędnych przemówień. Mamy za zadanie zdobycie i utrzymanie przyczółków na powierzchni, aby reszta piechoty mogła wylądować i przeprowadzić główne natarcie. Później, gdy inni będą wiązać walką Makyo, wytypowani przeze mnie ludzie zaatakują kompleks więzienny. Zrozumiano? - zadał pytanie Freezer.
- Tak jest! - odparli chórem.
- No to do roboty! - krzyknął książę, po czym wszyscy otworzyli włazy wyrzutni. Pięć z dwudziestu jeden pancerników odwróciło się spodem do powierzchni planety. Nagle otworzyły się w nich okrągłe luki i z okrętów posypał się deszcz kulistych kapsuł. Pojazdy z ogromną prędkością przebyły dzielący je od powierzchni dystans i uderzając w ziemię wywołały szereg eksplozji. Część kapsuł wylądowała kilkaset metrów od miasta, a inne niedaleko lądowiska. Gdy tylko włazy się otworzyły, z wnętrza metalowych kul trysnęła ulewa pocisków ki.
Zmasowany atak energetyczny raził zdezorientowanych Makyo oraz pozostałych w okolicy przestępców. Obrońcy ponieśli poważne straty podczas desantu, ale szybko się zorganizowali i zaczęli stawiać coraz silniejszy opór. Wezwali także posiłki z całego miasta. Oddziały imperialne natychmiast zajęły kluczowe pozycje, jak wzniesienia, rowy i część budynków znajdujących się na lądowisku. Makyo zawsze w swoich rajdach polegali na elemencie zaskoczenia i gdy zostali potraktowani własną taktyką - przegrywali. Mimo przeważających sił nie byli się w stanie zorganizować i kolejne szturmy przypominały raczej bieg spłoszonego stada niż militarne posunięcie.
Freezer znajdujący się w grupie, która wylądowała nieopodal miasta dosłownie przebijał się przez szeregi wroga. Kilka razy się zapomniał i w swojej szarży dotarł daleko w głąb wrogiego mu terytorium. Walka z kilkuset Makyo naraz było wyzwaniem nawet dla niego. Na szczęście z odsieczą zawsze zjawiał oddział specjalny. Umożliwiał on ranionemu kilka razy bronią białą, a raz pociskiem ki Freezerowi wycofanie się.
Chwilę później za plecami imperialnych wylądowały kolejne kapsuły, ale tylko w połowie z nich siedzieli żołnierze. Reszta pojazdów była wypełniona przedmiotami takimi jak tarcze mogące wytrzymać kilka uderzeń pocisków ki, granaty dymne i oślepiające oraz bardziej prymitywne saperki, czy kilka sztuk broni białej. Po pośpiesznym wyładowaniu sprzętu żołnierze przystąpili do umacniania zdobytych pozycji.

- Jak przedstawia się sytuacja? - zapytała chłodno Frostbite, spoglądając przez iluminator na planetę pod nimi.
- Grupa księcia ponosi straty, ale powiększa przyczółek. Jeszcze trochę, a będziemy mogli spokojnie wysłać lądowniki z piechotą - odparł kapitan odbierając wiadomość od jednego ze stanowisk łączności.
- A grupa Xana?
- Chwileczkę... Xan melduje, że poniósł ciężkie straty i nie jest w stanie się utrzymać. Prosi o natychmiastowe wsparcie. Czy mam skierować żołnierzy do pozostałych kapsuł?
- Nie, ich można już spisać na straty. Ostrzelać lądowisko.
- Słucham? Tam nadal są nasi ludzie jeśli zbombardujemy ten obszar oni zginą.
- Wykonać rozkaz!
- Ale...
- Oni już nie utrzymają tego obszaru, a to oznacza, że niedługo Makyo i reszta szumowin dopadną swoich statków. Na pewno większość ucieknie, ale część zaatakuje nas, a chyba nie musze panu przypominać, że te okręty nie maja w hangarach ani jednego myśliwca, a systemy obrony przeciwlotniczej nie są do końca sprawne. A teraz, wykonać rozkaz!
- ...Tak jest. - odparł z wahaniem w głosie kapitan. Chwilę później kilka pancerników odwróciło się sterburtami do planety i z dział na nich umieszczonych pomknęły smugi białej energii. Ostrzał okazał się morderczo skuteczny. Pociski rozrywały na strzępy statki, ale także wszystkie istoty żywe znajdujące się w polu rażenia. Po kilkuminutowym ogniu lądowisko wyglądało jak powierzchnia jakiegoś księżyca.

Garlic był wściekły, jak mógł na to pozwolić? Próbował zbadać umysł tego gówniarza i na niego wpłynąć, a nie dość, że mu się to nie udało i chłopak uciekł, to przez tą całą zabawę nie wyczuł nadciągającego zagrożenia. Mógłby wykonać jakiś ruch, zarządzić mobilizację, a przez tego szczyla był teraz w opłakanej sytuacji. Wojowników trzeba ściągać z całego miasta, a biorąc pod uwagę rozmiary metropolii, trochę to potrwa.
Garlic zawiadomił szybko swoich podwładnych o zbiegłym więźniu, po czym zaczął się koncentrować na siłach wroga. Postanowił ich powstrzymać za wszelką cenę. Nagle, po chwili koncentracji, wyczuł bardzo podobną obecność, którą czuł wiele lat temu, kiedy to moc planety przeszła na niego. Nie była to jednak ta sama osoba. Nie był to Cold, ale ktoś bardzo podobny. Makyo skoncentrował się i "zajrzał" głębiej.
- A więc to prawda, że historia lubi się powtarzać. Chcesz dokończyć to, co zaczął twój ojciec. Niedoczekanie twoje - powiedział bardziej do siebie niż do Changelinga Garlic. Chwilę po tym otaczająca go zwykle złota poświata wystrzeliła złotą barwą jak sztuczny ogień na zakończenie roku.

Freezer nagle zdał sobie sprawę, że zaczynają przegrywać. Niby nic się nie zmieniło, a Makyo nagle stali się bardziej zorganizowani, silniejsi, ich strzały odznaczały się coraz większą precyzyjnością, atakowali najlepiej umocnione punkty jakby strach przed śmiercią ich nie dotyczył. Wyprowadzania ciosów, też jakby stało się trudniejsze. Freezer nie do końca rozumiał co się dzieje, ale nagle poczuł jakby energia z niego powoli uchodziła coraz szybciej się męczył. Odparł kilka kolejnych ciosów zadanych w jego stronę, po czym kątem oka spojrzał na Ginyu. Chyba nie tylko on to odczuwał. Brainhorn, który jeszcze kilka chwil wcześniej walczył z kilkoma przeciwnikami naraz miał teraz ogromne problemy z jednym. "Co się dzieje?" - zadał pytanie w myślach Freezer, zabijając kolejnego przeciwnika.

Nagle "Tyranem" wstrząsnęło. Turbulencje poczuła cała załoga tracąc przy tym równowagę i przewracając się na podłogę.
- Raport! - krzyknęła wściekła Frostbite odzyskując ustając na równe nogi.
- Komputer nie wykazuję, aby ktokolwiek do nas strzelał, ale stabilizatory zostały przeciążone i... - nie zdążył dokończyć kapitan, ponieważ kolejny wstrząs zwalił jego jak i większość osób obecnych mostku na podłogę.
- Co się do kurwy nędzy dzieje?! - ryknęła pani admirał.
- Tracimy wysokość - krzyknął operator siedzący przy stanowisku sterowniczym.
- Silniki manewrowe pełna moc! Macie poderwać tą kupę złomu! - wykrzykiwała rozkazy Changelinka. Po chwili okręt przeżył kolejne trzęsienie, ale przestał obniżać swój pułap.
- Pani admirał nie tracimy już wysokości, ale nie jesteśmy w stanie się poderwać. Coś próbuje nas ściągnąć na planetę.
- Wykonać skan planety. Chcę wiedzieć co nas atakuje!
- Komputer nie zauważył żadnej broni, ale mamy duże skupisko energetyczne wokół nas i pałacu na planecie.
- Każ reszcie floty zająć pozycję do strzału!
- Ale wtedy pozostałe okręty też mogą zostać złapane w to oddziaływanie.
Frostbite wystrzeliła z dłoni wiązkę fioletowej energii, zabijając mężczyznę
- Zaczyna mnie już denerwować kwestionowanie moich rozkazów! - krzyknęła. - A teraz przysunąć flotę i rozpocząć ostrzał! Musimy zniszczyć to coś, bo nie będzie można wysłać lądowników.

Po uświadomieniu sobie czym mniej więcej jest wroga mu siła, Zerd nieprzerwanie czuł jej oddziaływanie na sobie. Mógł określić siłę i natężenie promieniowania. Garlic nadal próbował go powalić swoją mocą, ale od kiedy nie dawał knypkowi możliwości oddziaływania na niego przez żaden sztuczny przewodnik, Monsturn był w stanie stawić czoła jego poświacie, a także każdemu wrogowi jakiego napotkał.
Wadą tego rozwiązania było, że przez cały czas musiał się utrzymywać w powietrzu i zachowywać odpowiedni dystans do ścian i podłoża, ponieważ nie chciał, aby Makyo znów zaczął dobierać się mu do umysłu. Ciągłe lewitowanie było samo w sobie męczące i utrudniało walkę. Jednak widok całkiem nagiego, unoszącego się nad ziemią przeciwnika nie należał do typowych. Monsturn zyskiwał dzięki temu przewagę w postaci zaskoczenia wojowników Makyo.
Podczas swojego poszukiwania rozprawił się już z kilkunastoma przeciwnikami, ale wiedział, że Garlic nie dał za wygraną i na pewno wysłał za nim kolejnych. Zdawał sobie sprawę, że to co się dzieję na zewnątrz, cokolwiek by to nie było, jest jedyną okazja dla niego, aby stąd się wydostać. Czas odgrywał tutaj kluczową rolę.
Większość cel do których zaglądał Zerd była pusta, a to oznaczało, że wszystkich niewolników już stąd wywieziono. Chłopak przyśpieszył tempo lotu. Bał się, że jego ojca mogli również wywieźć. Nagle usłyszał głosy dochodzące z jednej celi:
- Co się dzieje na zewnątrz? - zapytał pierwszy, ochrypły.
- Nie mam pojęcia, ale zignoruj to mamy rozkazy przesłuchać tego tutaj - odparł mu drugi.
Zerd nie czekał dłużej. Pociskiem ki wyważył drzwi i wleciał do środka. Zastał tam dwóch osobników ubranych w białe, cesarskie zbroje oraz leżącego pod ścianą Leau.
Przeciwnicy po chwili wahania zaatakowali intruza. Zerd przyjął dwa pierwsze ciosy na przed ramiona. Kolejnych uniknął impulsem ki, który popchnął go do tyłu.
Monsturn zaklął w myślach. Jeszcze kawałek, a dotknąłby ściany celi, co nie skończyłoby się dla niego dobrze.
Cesarscy zaatakowali po raz kolejny. Zerd nie pozostał im dłużny. Przebił pięścią kask jednego z przeciwników pozbawiając go zarówno życia, jak i zębów. Jednak w brzuch coolanta trafiło kolano drugiego przeciwnika. Chłopak siłą impetu uderzył w jedną ze ścian. Momentalnie poczuł jak uchodzi z niego energia, ale nie miał czasu nad tym myśleć ponieważ pięść cesarskiego spotkała się z jego twarzą. Zerd upadając na ziemię resztkami sił uniknął czekającego na niego kolana, po czym z rykiem przechodząc w swoja drugą formę rzucił się na wroga. Cesarski zaskoczony takim obrotem sytuacji nie zdążył nawet zareagować gdy umięśniona łapa zmiażdżyła jego głowę.
Zwycięstwo mogło okazać się porażką, kiedy Monsturn upadł na ziemię. Siła uchodziła z niego jak para z czajnika. Obawiał się, że tym razem nie będzie w stanie przeciwstawić się mocy Garlica. Jednak teraz ta aura wydawała się inna. Słabsza, bledsza, jakby siła Makyo się zmniejszyła. Zerd nabrał pewności siebie i wyobraził sobie ojca, umierającego od ran po torturach.
Poczuł w sobie narastającą złość i siłę. Po kilku próbach odzyskania równowagi chłopak stanął na równe nogi, po czym wzniósł się w powietrze. Wziął przytomnego, acz osłabionego Leau pod rękę i lewitując wyniósł go z pomieszczenia. Nie będąc pod wpływem łuny, pół-Sajan odzyskał świadomość. Stając na własnych nogach w korytarzu spojrzał na swojego wybawcę i powiedział:
- Podziękowałbym ci, ale nie wiem czy przyszedłeś mnie tu uratować, czy zgwałcić.
- Musisz się rozebrać - zaczął Zerd.
- Co?
- Nie wiem dokładnie jak, ale Garlic oddziałuje na nas poprzez przedmioty martwe. Jeśli zostaniesz w swoim ubraniu będziesz osłabiony i trudniej będzie ci walczyć - zaczął wyjaśniać chłopak. Leau popatrzył chwilę na Zerda, po czym zaczął zdejmować swoją sfatygowaną odzież.
Nagle sufit nad nimi eksplodował i przeleciała przez niego szeroka smuga białej energii, która wywołała kolejny wybuch uderzając w podłogę. Podmuch rzucił coolantami w przeciwległe krańce korytarza tworząc pomiędzy nimi sporej wielkości krater. Zerd podnosząc się czuł, że skóra piecze go niemiłosiernie. Spojrzał na swoje ręce i brzuch. Nagie ciało zostało poparzone gorącym podmuchem eksplozji.
- To ostrzał z orbity! Mamy szczęście, że pocisk przebijał się przez kolejne kondygnacje tego budynku. Gdyby uderzył obok nas z pełną siłą stalibyśmy się węglem do rysowania - powiedział z bólem w głosie Leau. Zerd, leżąc na podłodze, zdał sobie sprawę, że moc Garlica prawie znikła. Czyżby jeden z pocisków trafił także jego? Jego rozmyślania przerwały odgłosów eksplozji gdzieś niedaleko. Ze ścian zaczął się sypać proch.
- Musimy znaleźć mojego ojca zanim to wszystko się zawali! - próbował przekrzyczeć huk eksplozji chłopak. Leau, już także nagi, przeskoczył przez krater i pokazał ruchem ręki, aby Zerd podążał za nim.
Po chwili znaleźli Zarbona, w celi na końcu korytarza. Bez trudu wyciągnęli nieprzytomnego na zewnątrz i ruszyli do wyjścia. Monsturna naszło uczucie deja vu. Miał tylko nadzieję, że tym razem uda się im uciec.

Aura siedzącego na tronie Garlica przygasała to znowu wybucha jaśniej niż przedtem. Na twarzy Makyo malowało się ogromne zmęczenie. Na jego łysej głowie pojawiły się pulsujące jak szalone żyły, a po brodzie spływały krople potu. Dłonie na oparciach jego tronu były tak mocno zaciśnięte, że na kamiennym meblu pojawiły się pęknięcia.
Garlic nigdy dotąd nie używał tyle mocy naraz, a podzielność uwagi aż na trzy kierunki męczyła go jeszcze bardziej. Osłabianie wrogiej armii, walka z okrętami i próby zatrzymania uciekiniera, który w jakiś sposób zaczął opierać się jego mocy były ponad jego siły, ale przez głowę nawet nie przeszła mu myśl o kapitulacji.
Chciał udowodnić wszystkim we wszechświecie, a przede wszystkim sobie, że jest lepszy od swojego ojca. Jego celem było dowiedzenie potęgi Makyo. Jeśli teraz zniszczy flotę Imperium to zaczną się go bać, może nawet przystaną na korzystne dla niego warunki. Tak, zwycięstwo lub porażka były tutaj równoznaczne z przetrwaniem lub zagładą jego rasy, planety, mocy.
Nagle przez sufit przebił się pocisk jednego z pancerników, a zaraz za nim następny i kolejny. Cała sala tronowa została doszczętnie zniszczona, a na Garlica zwaliła ogromna masa gruzu.

"Tyran" nagle z ogromną mocą poderwał się do góry, niemal zderzając się z transporterem za nim. Na szczęście kapitan owego okrętu był na tyle przytomny, że w porę wykonał manewr wymijający.
- Wysłać lądowniki teraz! - ryczała wściekła Frostbite.
Z hangarów transporterów wyleciało około pięćdziesięciu lądowników, wszystkie kierowały się w stronę przyczółka stworzonego przez grupę desantową.
Niestety teren zajęty przez Freezera okazał


Autor: Tajtus


1123 Czytań | Drukuj