Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfik: DBPH Rozdział 9
Dodane przez Gokusiek dnia 05-01-2011 21:58

  
"Rozdział 09"



Impreza z okazji awansu Zerda trwała do późnych godzin rannych. Przynajmniej taka była rachuba według wspólnego czasu Imperium. Bez tego ciężko byłoby określić, kiedy jest noc, a kiedy dzień, zwłaszcza na okręcie.
Podczas balangi Dyter zalał się w trupa. Trzeciego dnia zmartwychwstał. Obudził go chłodny powiew powietrza, który sprawił, że Jara-jin dostał gęsiej skórki. Jak tylko lekko oprzytomniał zdziwił go gwar, jaki słyszał niedaleko siebie. Pewnie, znów ktoś nie zamknął drzwi do pokoju...
Otworzył oczy i usiadł. To, co zobaczył sprawiło, że doznał szoku. Wokół niego zebrał się tłum ludzi, a on sam leżał prawie nagi na skrzyżowaniu korytarzy. Jedynym nakryciem wierzchnim, jakie miał na sobie, była tabliczka spoczywająca na jego kroczu, na której było napisane "próbuję pobić rekord na najdłuższy sen". Zaraz po tym jak Dyter się obudził wszyscy zebrani zaczęli bić brawo. Jara-jin stał się jeszcze bardziej czerwony na twarzy. Sam nie wiedział, czy to ze wstydu, czy ze złości na tych, którzy wycieli mu ten kawał. Szybko wstał i zakrywając tabliczką genitalia zaczął biec do swojego pokoju. Podczas ucieczki usłyszał za sobą jeszcze kobiecy głos krzyczący "Ładny tyłeczek!".
Przemykając się do swojego pokoju, wybierał drogę, którą uczęszczało jak najmniej osób. Dyter był wstanie znieść pożądliwe spojrzenia kobiet, ale gdyby jakiś facet tak na niego spojrzał nie wytrzymałby i chyba zabił. Tak, Dyter był homofobem i każdy przedstawiciel innej orientacji seksualnej wzbudzał w nim reakcję wymiotną. Tu trzeba dodać, że ostatnio w armii liczba gejów wzrosła. Dyter nawet pikietował przed jednym z gmachów armii z transparentem "homosie do domu".
Na szczęście udało mu się dotrzeć do kajuty bez żadnych przykrych incydentów.
Szybko się przebrał w swoją codzienną zbroję i bez zastanowienia ruszył na poszukiwanie swojej paczki. Ponieważ nie mógł ich znaleźć w "zwyczajowych" miejscach, udał się do baru, w którym odbywała się zabawa. Zostawił tam ostatnio sporo pieniędzy. To właśnie on podjął się organizacji samej imprezy, a ponieważ okazało się, że pieniądze ze sprzedanego scoutera nie wystarczyły na całe zamówienie, musiał część kosztów pokrywać z własnej kieszeni. To zawsze denerwowało Dytera. Czemu Imperium nie zrobi darmowego przydziału alkoholu dla swoich żołnierzy?
Odpowiedź była prosta. Po co komu armia anonimowych alkoholików?
W tym momencie czerwonoskóremu przypomniały się czasy, kiedy on i jego stara kompania samodzielnie pędzili bimber. Zajęcie to było nielegalne, ale miało szczytny cel, czyli uszczęśliwienie całej jednostki, a i można było też przy tym zarobić trochę grosza. Ideały skończyły się jednak, gdy połowa pułku oślepła. Dyterowi udało się wymigać od odpowiedzialności, ale teraz wolał już nie próbować niczego na własną rękę.
Pewnym krokiem wszedł do baru. Trochę dziwny wydało mu się brak drzwi. Kolejną osobliwą rzeczą był wygląd wnętrza lokalu. W rogu leżał stos czegoś, co najprawdopodobniej kiedyś było stołami i krzesłami. Dyter podszedł do lady i siadając na jednym z niewielu ocalałych stołków zawołał barmana. Z zaplecza szybkim krokiem wyszedł gruby, łysiejący mężczyzna. Po czym nie patrząc na Dytera rzucił uprzejmie, "Czego!?". Czerwonoskóry chciał już odpowiedzieć, gdy barman spojrzał na swojego potencjalnego klienta i krzyknął niemal zdzierając sobie gardło:
- TY!!!
- Co ja? - Odparł inteligentnie Dyter.
- Zapłacisz mi za wszystkie szkody!
- Ale ja nic nie zrobiłem - zaczął bronić się czerwony.
- Nie? A niby, kto pod koniec waszej popijawy krzyknął: "stawiam wszystkim na statku litra!"? Zaraz po tym wziąłeś nową flaszkę wydudniłeś całą i zwaliłeś się pod stół.
- No i co z tego?
- To, że zleciało się pół załogi statku. Ja musiałem im dawać flachy na twój rachunek, a kiedy się okazało, że zabrakło mi zapasów, zrobili burdę i połamali wszystkie stoły. A teraz dawaj kasę! - Zażądał barman.
- Yyy... Nie wiesz, że obietnice po pijaku się nie liczą? - odpowiedział Dyter, robiąc minę numer trzynaście, czyli spojrzenie przeciwnikowi w twarz z dużymi smutnymi oczyma.
Najwyraźniej jednak, barman był odporny na tego typu ataki.
- Kasa na stół! - wydarł się barman.
- Czytaj z moich ust... ani... mi.. się... śni - odparł Dyter.
- Kasa, albo powiem, że rozprowadzasz scoutery z przydziału.
- Co, skąd o tym wiesz?!
- Nie wiedziałem do końca. Teraz to potwierdziłeś.
- Kurwa, ty stara cholero. Dobra, zapłacę ci, ale jak dostanę żołd, bo nie mam przy sobie takiej kasy - powiedział wkurzony Dyter. Barman myślał przez chwilę, gładząc swoją łysinę, po czym powiedział:
- Dobra.
Wychodząc z pomieszczenia czerwonoskóry żałował, że w ogóle tu przyszedł. Zaraz jednak jego myśli zeszły na zupełnie inny tor. Jeśli był tak schlany, że aż postawił wszystkim flachę to strach pomyśleć, jakie jeszcze inne głupstwa mógł robić. Dyterowi przebiegł dreszcz po kręgosłupie. Przyśpieszył kroku. Chciał znaleźć swoich towarzyszy jak najszybciej i dowiedzieć się, co takiego wyprawiał na imprezie.
Tym razem udał się do gabinetu Natha. Przed drzwiami do pracowni swojego przełożonego do Dytera dotarło, że jego dowódca też musiał w tym maczać palce. Gdyby nie jego wpływy wyższego dowódcy, pewnie dawno zabrano by go z tego korytarza. Czerwonoskóry wparował do pomieszczenia z chęcią zemsty na żartownisiach. W pokoju został jednak tylko Nadję piszącą coś na komputerze - który na dobrą sprawę wyglądał jak przerośnięty scouter z klawiaturą.
- Nadja! - wydarł się Dyter, patrząc w stronę czerwonowłosej kobiety.
- Ooo, kto się obudził. Wiesz ty lepiej zadzwoń do tej organizacji bicia rekordów. Spałeś tak długo, że może nawet ci się udało, a świadków na to masz sporo... hihihi... - odparła Nadja, śmiejąc się.
- Zamknij się. Wiesz, co ja przez was przeżyłem? To mnie będzie prześladowało w snach do końca życia. Czy ty wiesz ile ja będę musiał wydać pieniędzy na terapię?
- Dobra, już tak nie dramatyzuj, nic ci nie będzie. Najwyżej ci nie będzie stawał... hihihi.
- Zamknij się! I opowiadaj, co się wydarzyło na imprezie.
- Zdecyduj się w końcu. Mam się zamknąć czy opowiadać... hihihi.
- Opowiadać, ale jak jeszcze raz zachichoczesz, to przysięgam, że cię zabiję.
- Dobra dobra... już opowiadam. Tylko powiedz, gdzie ci się urwał film.
- No gdzieś w okolicach trzeciej, czwartej flaszki...
- Które prawie sam opróżniłeś.
- Jakie sam, wy mi pomagaliście, a najbardziej to Ward.
- On odpadł długo przed tobą. Tak samo jak biedny Zerd. Ty chyba chcesz zrobić z niego pijaka.
- Wcale nie. Niech zakosztuje chłopak trochę prawdziwego życia. A teraz już opowiadaj, co się działo.
- Oka. Więc na początku nie było źle, wszyscy się dobrze bawiliśmy, ale jak wypiłeś trochę więcej, zaczęło ci odwalać. Najpierw zacząłeś opowiadać o tym jak to pokonałeś tysiąc cesarskich puszką fasoli i swoją dupą. Później było jeszcze kilka innych bajeczek, w sumie nawet śmiesznych. Twój słowotok przerwał jakiś gość, co wszedł do baru. Powiedział, że stawia okrągły tysiąc, że nikt nie wypije flaszki jednym haustem. W barze zapanowała cisza, a ty porwałeś flachę i wyszedłeś.
- Nie no, ściemniasz.
- Serio. Wróciłeś kilkanaście minut później podszedłeś do faceta zamówiłeś flaszkę i duszkiem ja obaliłeś na to gość spytał się, dlaczego wyszedłeś, a ty mu odparłeś, że wyszedłeś na korytarz sprawdzić czy ci się uda.
- Hehe, ma się tą moc, co?
- Taaa, tylko żebyś ty miał taką moc do innych rzeczy niż picie. Później zacząłeś recytować wiersze.
- Wiersze?
- Tak. Dwa z nich udało mi się nagrać - powiedziała Nadja poczym włączyła odtwarzanie mema głosowego swojego scoutera.

Kiedy ranne wstają zorze
Ktoś ci przypierdolić może
Tobie śpiewa żywioł wszelki
Bądź pochwalon, Spirycie Wielki

A człowiek, który bez miary
Obsypany twymi dary
Coś go upił i obalił
A czemuż by cię nie chwalił

Ledwie oczy patrzeć zdołam
Wnet ze straszliwego bólu wołam
Do mego leku na niebie
Co antykac się zewie

Wielu snem śmierci upadli
Co się wczoraj spać pokładli
My się jeszcze obudzili
Byśmy cię Spirycie dalej pili.

- No i drugi:

Wszystkie nasze dzienne sprawy
Przyjm litośnie Spirycie prawy!
A gdy będziem zasypiali
Nie będziemy tego pamiętali

Nasze oczy obrócone
Dzień i noc patrzą w twoją stronę
Gdzie niedołężność człowieka
Twojego ratunku czeka

Wywracaj nasze nocne przygody
Od wszelakiej chroń nas trzeźwości
Miej nas zawsze w twojej bliskości
Wybawco i gnębicielu człowieczy daj się napić tak dla zgody.

- Kurde, musiałem być nieźle narąbany. Ja jeszcze nigdy nie recytowałem wierszy. Nawet nie wiedziałem, że znam takie skomplikowane słowa. Dobra, ale przejdźmy do tego jak mnie rozebraliście.
- Nie musieliśmy cię rozbierać.
- Co?
- Ano, w pewnym momencie wskoczyłeś na stół i zacząłeś robić striptiz. Kiedy już skończyłeś wziąłeś kolejną flaszkę i krzyknąłeś, że stawiasz wszystkim na statku. Chwilę później leżałeś już pod stołem napity jak świnia.
- No i wtedy ja wpadłam na pomysł z tym rekordem.
- Haa... Wiedziałem, że to mógł być tylko twój pomysł. Nikt inny nie ma tak chorego poczucia humoru.
- Co?! Ja ci dam chore poczucie humoru! - krzyknęła Nadja, po czym przewracając komputer rzuciła się na Dytera.

Zerd razem z swoim przełożonym czekali już w dokach, ponieważ w nagrodę za dobrze wykonaną misję na Kanassie dowództwo postanowiło nagrodzić ich pojazdem kosmicznym, a mianowicie Ebonem. Był to jeden z najszybszych modeli statków w całym imperium. Monsturn i pół-Sajan nie musieli długo czekać. Po jakiś piętnastu, dwudziestu minutach od zjawienia się w dokach, Ebon wleciał do portu. Pojazd był mały, w kształcie półkola z trójkątną kabiną z przodu i trzema sporej wielkości silnikami z tyłu. Na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że statek to tak naprawdę wielki silnik z przyczepiona kabiną. Jednak po wejściu do środka okazywało się, że w pojeździe jest dużo wolnej przestrzeni.
Leau i Zerd badali swój statek dobre pół godziny, a kiedy skończyli Leau usiadł za sterami i poprosił nadzór doków o pozwolenie na start.
Monsturn odkrył, że jego przełożony posiada także umiejętności pilotażu. Pół-Saiyan fascynował go coraz bardziej. Zerd był ciekaw, co jeszcze potrafi jego przełożony.
Podczas tych domniemań, po raz kolejny naszła go ochota spotkania się z prorokiem. W ciągu kilku ostatnich dni zdarzało się to niepokojąco często. Ta pokusa była jak głód narkotykowy. Bywały takie momenty, gdy Zerd nie był w stanie się na niczym skupić.
W czasie kiedy Leau wychodził w przestrzeń kosmiczną, Monsturn starał się skupić na swoich przyjaciołach. Żal mu było tego, że najprawdopodobniej nigdy już ich nie zobaczy. Co prawda pożegnał się z nimi, i to dwa razy, na imprezie i kilka godzin temu, ale... ale co z prorokiem? Zerd złapał się na tym, że znów myśli o tym samym.
Udało mu się przestać myśleć o Kanassianinie dopiero gdy statek oddalił się na pewną odległość od okrętów. Lot trwał dość długo, ponieważ odległość między Kanassą, a Malakrą była znaczna. Leau otrzymał dokładną datę, której musiał się sztywno trzymać. Dlatego wyciskał z pojazdu tyle, ile się dało. W końcu dotarli do Mgławicy Exara. Zerd zdziwił się, dlaczego Leau chce akurat tak lecieć i nie myśląc dużo spytał:
- Dlaczego lecimy przez mgławicę, proszę pana?
- Bo to najbezpieczniejsza droga.
- Jak to? Przecież wysiądą nam tam sensory. Będziemy lecieć na ślepo!
- Prawda, ale widzisz, to działa też w drugą stronę. Nie wykryją nas żadne sensory dalekiego zasięgu, a z tego, co słyszałem to Cesarstwo ostatnio zdobywa przewagę zarówno na powierzchni Malakry jak i nad nią. Nie chciałbyś abyśmy stali się trofeum jakiegoś skrzydła myśliwskiego, prawda?
Zerd tylko przytaknął. "Dlaczego o tym nie pomyślałem?", kajał się w myślach.
Przeprawa przez mgławicę była bardzo trudna. Tylko naprawdę doświadczeni piloci mogli porwać się na coś takiego. Na szczęście Leau był jednym z nich. Po kilku następnych godzinach lotu wyszli z mgławicy bardzo niedaleko samej Malakry. Chwilę po tym, jak na zawołanie, urządzenia pokładowe wykryły skrzydło sześciu myśliwców, jednak były one zbyt daleko aby przechwycić Ebona. Pojazd Imperium włączył pełny ciąg i czmychnął na powierzchnie planety.
Ebon wylądował w wyznaczonym miejscu. Była to duża baza wojskowa umiejscowiona na obrzeżach małego miasta. Na spotkanie Coolantom wyszedł dowódca bazy wraz z grupką żołnierzy. Zerd, wychodząc ze statku uważnie przyjrzał się komitetowi powitalnemu.
Dowódca był tubylcem, to znaczy Malakiem. Posiadał zieloną skórę z czarnymi plamami, wydatne usta, a także jakby narośl na głowie, za to nie miał włosów ani nosa. Jego podkomendni byli natomiast prawdziwą mieszanką etniczną.
- Witam, nazywam się Vetr - zaczął dowódca.
- Leau - rzucił krótko pół-Sajan.
- A ja jestem Zerd.
- Miło mi, a teraz przejdźmy do sali odpraw, tam już wszyscy czekają.
Po chwili cała grupa mężczyzn dotarła do wspomnianego wcześniej pomieszczenia. Wewnątrz znajdował się Changeling w zbroi z różnymi ozdobami, oraz przypiętą do niej peleryną. Oprócz zmiennokształtnego byli tam także dwaj inni mężczyźni. Jeden z nich ubrany w biały kitel, a drugi w normalne ubranie. Najprawdopodobniej jakiś cywil.
- W końcu dowództwo przysłało mi kogoś kompetentnego - zaczął Changeling. Leau chciał spytać, co dokładnie ma ów osobnik na myśli, ale nie zdążył nic powiedzieć, ponieważ zmiennokształtny kontynuował swój wywód:
- Coolanci, którzy lecieli tu przed wami zostali zestrzeleni. Myślałem już, że będą musiał wykonać misję przy użyciu tych poborowych buraków. Changeling kończąc swoją wypowiedź spojrzał o ostentacyjnie na Vetra, który aż zgiął się pod naporem wzroku generała.
- Jak wygląda sytuacja? - rzucił Leau, zmęczony paplaniną zmiennokształtnego.
- Od pewnego czasu zaczęliśmy ponosić klęski. Linia frontu ciągle się przesuwa i to niestety nie w tę stronę, w którą byśmy chcieli. Winę za to ponoszą dwa czynniki. Nowy dowodzący w siłach wroga oraz to, że mają po swojej stronie Sajanów.
- Aha, rozumiem. Ponieważ nie jesteś na tyle inteligentny, aby pokonać tego cesarskiego wysyłasz nas, abyśmy go usunęli.
- Zważaj na to, co mówisz panie, Coolant! - ryknął Changeling. - To, że należysz do "Coolantów" nie upoważnia cię do robienia mi impertynenckich uwag.
- Przejdźmy do rzeczy - odciął się Leau.
- No, więc macie go... zlikwidować - powiedział trochę speszony generał. Leau tylko uśmiechnął się pod nosem, podobnie jak reszta obecnych w pomieszczeniu.
- Profesorze Kiu. Niech pan wszystko wyjaśni, ja muszę dopilnować kilku ważnych spraw - powiedział Changeling, po czym opuścił pomieszczenie. Na środek wyszedł mężczyzna w białym kitlu. Miał fioletową skórę, krótką trąbę oraz białe, rozczochrane włosy. Kiu nacisnął jakiś przycisk na podłodze, z której wysunął się ekran oraz stolik z jakimiś urządzeniami.
- Co to? - wypalił Zerd na widok rzeczy leżących na stole. Przypominały połączenie działka z rękawicą.
- To jest PX-219 znany też jako "ki-blaster" - odpowiedział Kiu.
- A po cholerę nam to? - zdziwił się Leau, patrząc z politowaniem na dziwne urządzenia.
- Już tłumaczę. PX-219 to działko, które napędzane jest energią użytkownika.
- Dobra, ale nie prościej używać swojej ki w naturalny sposób? - nie przestawał się dziwić Leau.
- I w tym właśnie jest sęk. Podczas ataku energetycznego wojownik musi przez chwilę się skoncentrować, aby stworzyć pocisk. PX-219 dzięki specjalnym kryształom sam pobiera energię potrzebną do strzału i, jak dowiodły symulacje, czas reakcji żołnierza zmniejsza się trzykrotnie. Poza tym, jak wiemy, ki dąży do bryły o jak najmniejszym polu powierzchni. Czyli do kuli, ponieważ jest ona najmniej energochłonna. Stworzenie w takim wypadku miecza ki czy włóczni jest, dlatego bardzo trudne. Takie sztuczki potrafią tylko najlepsi wojownicy, a PX-219 pozwała bez problemowo stworzyć własny miecz ki. Jedynym warunkiem jest posiadanie wystarczającej ilości energii.
Kiu podniósł ki-blaster i rzucił go mężczyźnie w cywilnym ubraniu. Mężczyzna, podobnie jak Vetr, był Malakiem. Oprócz samego ubioru różnił się od kapitana tym, że wszystkie plamy skóry miał skupione na twarzy i na głowie. Kiu podniósł drugi egzemplarz i podszedł z nim do Leau i Zerda.
- PX-219 uruchamia się naciskając guzik umieszczony z boku kciukiem. Pozostawia to cztery wolne palce. W środku urządzenia jest kilkuprzyciskowa klawiaturka, którą ustawia się tryby strzału. Jest pięć opcji. Lekki strzał, silny strzał, strumień ciągły, miecz ki oraz bardzo wąski i szybki strumień do celów snajperskich.
- Zajebiste cacko. Dostaniemy po jednym? - wypalił Zerd na widok nowej "zabawki".
- A myślisz, że, po co ci je pokazujemy, żebyś mógł się pochwalić kolegom? - obruszył się wracający do pomieszczenia Changeling. Zmiennokształtny podniósł z podestu, na którym leżały ki-blastery, pilota i włączył nim nieaktywny do tej pory ekran. Na monitorze pojawiły się zdjęcia z lotnicze jakiegoś Malackiego miasta. Częściowo w ruinie.
- Jedna trzecia istniejącego jeszcze miasta stało się bazą wypadową Cesarskich. Od czasu, kiedy dowodzenie przejął tam niejaki Kintaro, wszystko się zmieniło. Zabłysnął, co ciężko mi przyznać, jest geniuszem taktycznym i zepchnął nas do defensywy. Próbowaliśmy go zlikwidować wcześniej, ale zawsze siedział w swojej norze i tylko traciliśmy ludzi.
- Więc, co się teraz zmieniło? - zapytał Leau.
- Przylatuje do nich Bardock, generał sajański, na inspekcję kontyngentu najemników. W takim wypadku Kintaro będzie musiał mu wyjść na spotkanie i to jest jedyna szansa, aby go zabić. Vetr wraz z czwartym pułkiem piechurów będzie pozorował ataki na linię wroga. W tym czasie wy zakradniecie się od zrujnowanej części miasta, znajdziecie dogodną pozycję i w trakcie powitania użyjecie PX-219 do zlikwidowania Kintaro. Po udanej akcji przebierzecie się w cywilne ubrania i ukryjecie się sektorze mieszkalnym.
- Plan w sumie dobry, gorzej będzie z wykonaniem - stwierdził Leau.
- To nie wszystko. Ponieważ druga grupa Coolantów zginęła zanim jeszcze weszła w atmosferę będziecie musieli równocześnie wykonać i jej zadanie.
- To znaczy? - Zaciekawił się Leau.
- Sajanie od pewnego stali się o wiele bardziej ekhm... "dokuczliwi" niż zwykle. Panie Kiu, niech pan dokończy.
- Chodzi tu o moździerze księżycowe.
- A co to? - odezwał się w końcu Zerd.
- Jest to jeden z niewielu wynalazków samych Sajanów. Wystrzeliwuję w powietrze kulę wydzielającą dziwne promieniowane, które sprawia, że Sajanie ulegają transformacji.
- Chwila, doktorku, wyjaśnijmy sobie coś. Podczas przemiany większość Sajanów traci nad sobą panowanie. Wiem z to doświadczenia, bo jeśli ktoś nie zauważył to jestem pół-Sajanem.
- Prawda, ale widzisz, ty masz na myśli transformację, która ma miejsce przy pełni księżyca, dzięki której twój lud jest taki sławny.
- To nie jest mój lud - zaprotestował Leau.
- Tak. Więc, wracając do tematu dzięki temu wynalazkowi Sajanie ulegają częściowej transformacji. Nazwali ten stan chibi-oozaru. Nie tracą w nim nad sobą kontroli, ale przyrost mocy jest o połowę mniejszy. Wasze drugie zadanie polega na zniszczeniu tych moździerzy - wytłumaczył Kiu.
- A jak według was mamy to zrobić? - spytał Leau.
- Podczas gdy kapitan Vetr będzie pozorował ataki na linię wroga. Wy musicie dostać się do lasu. Tam się rozdzielicie się na dwa zespoły. Ponieważ druga grupa Coolantów nie doleciała pójdą z wami Vort, oficer ruchu oporu, i nasz inżynier, Quinn. Jeśli uda wam się wykonać misję, w szeregach wroga zapanuje chaos. Musicie dać nam znak, że się udało. Wtedy ja uderzę na nich wszystkimi dostępnymi siłami - objaśniał plan Changeling. Leau tylko kręcił głową na znak, że nie bardzo to mu się podoba.
Wkrótce się skończyła i wszyscy rozeszli się, przygotowywać do nadchodzącej misji.

Bardock wylądował w jednej z frontowych baz Cesarstwa na Malakrze. Król Vegeta wysłał go na inspekcję kontyngentu najemników tu walczącego. Bardock denerwował się, że musiał go wysłać akurat teraz. Przez tą całą wycieczkę na front, powrót na czas, aby uczestniczyć w z rzuceniu Vegety z tronu wydawał się nieosiągalny. Co więcej, Sajana męczyły wątpliwości czy to na pewno był zbieg okoliczności. Obawiał się, że Vegeta może coś podejrzewać. Szybko jednak rozproszył te złe myśli. Doszedł do wniosku, że skoro przez tyle lat nic się nie wydało to i teraz może być spokojny. Bardock szybkim krokiem ruszył na główny plac bazy, gdzie na niego już czekano. Podczas marszu zaczepił go jakiś żołnierz:
- Przepraszam.
- Czego? - odparł Sajan.
- Upuścił to pan - powiedział żołnierz pokazując przenośny komputerek. Bardock spojrzał na niego krzywo po czym odparł:
- To nie moje.
Sajan chciał już iść dalej, gdy osobnik złapał go za rękę. Bardock wyrwał swoje ramię z uścisku i już chciał uderzyć żołnierza jednak ten zaczął nalegać, aby ten przyjął urządzenie. Sajan wziął przedmiot, ale nie odmówił sobie porządnego uderzenia żołnierza w twarz. Ten poleciał kilka metrów i zderzył się z jedną ze ścian. Bardock z zadowoloną miną ruszył dalej. Udało mu się w końcu rozładować stres. Szedł tak jeszcze chwilę, gdy przypomniał sobie o urządzeniu. Zatrzymał się i zaczął je włączać. Mały komputerek był tak naprawdę notesem, w którym było napisane.
"Generale Bardock zapraszam cię na rozmowę na temat twoich >>propozycji<< dotyczących sytuacji politycznej Vegety. Jeśli jest pan zainteresowany dokładne namiary znajdują się poniżej i szczerze radzę, aby był pan zainteresowany. - Przyjaciel."
W tym momencie cały dobry nastrój Bardocka prysł jak bańka mydlana. Sajan rozejrzał się jeszcze czy nie ma w pobliżu kogoś na kim mógłby się wyładować. Niestety dla Bardocka i na szczęście dla reszty istot żywych Sajan nie znalazł niczego godnego uwagi.
- Jeszcze kilka takich dni, a dostanę wrzodów - powiedział do siebie Sajan. - Zaraz co ja gadam? - Skarcił się Bardock, po czym ruszył dalej.

Coolanci, oraz żołnierze wysłani z nimi, przemieszczali się tunelami pod liniami frontu. Panował tam straszny zaduch, ponieważ maszyny, które miały pompować powietrze nie działały zbyt dobrze. Zerdowi przypomniało się wejście do miasta Kanassian, tyle że tam dało się oddychać, a i korytarze były o wiele szersze. Tutaj, nie dość że można było się zaklinować, to jeszcze zemdleć.
Po prawie godzinie powolnego marszu, cała grupa ujrzała wejście do trochę większego pomieszczenia, gdzie stała przymocowana do sufitu drabina. Po chwili cała ekipa znajdowała się już na powierzchni, a mianowicie - w gęstym lesie.
- Dobra, teraz się rozdzielamy i pamiętajcie, obowiązuje teraz cisza w eterze - powiedział Leau.
Quinn, podobnie jak Vort Malak na te słowa otworzył walizkę, którą niósł całą drogę. Wyjął z niej cztery ki-blastery i zaczął je wręczać zgromadzonym, gdy doszedł do Leau ten nie wziął urządzenia mówiąc:
- W przeciwieństwie do niektórych, ja nie potrzebuję zabawek, żeby walczyć. Zerd po usłyszeniu tych słów chciał już zdejmować urządzenie z ręki, gdy Quinn zaczał:
- Nie po to dowództwo dało nam tą broń, aby się teraz marnowała leżąc w lesie. Ki-blastery mają nam pomóc w wykonaniu zadania.
- Róbcie jak chcecie, ale ja nie będę tego używał. Bardziej ufam swoim umiejętnościom niż nie testowanej jeszcze zabawce - odparł Leau.
Quinn tylko westchnął.
- Ruszajmy.
Vort, widząc niezdecydowanie Zerda, powiedział do niego półszeptem:
- Zatrzymaj to chłopie, jeszcze ci się przyda.
Monsturn postąpił zgodnie z radą Malaka i zachował ki-blaster. Chwilę później drużyna podzieliła się na dwie grupy. Zerd poszedł z Vortem, a Leau z Quinnem.

Pół-Sajan z Malakiem poszli na południowy wchód. Im bardziej zbliżali się do bazy, tym mocniej zwalniali, zachowywali się ostrożniej i wypatrywali patroli wroga.
Nie zawiedli się. Kilka kilometrów od bazy nieprzyjaciela napotkali jeden z dwuosobowych patroli. Leau i Quinn schowani byli za drzewami. Malak myślał, że poczekają aż patrol skieruje się w inna stronę, ale ogoniasty miał inny pomysł. Dał towarzyszowi znak ręką, po czym wyskoczył zza drzewa i ruszył w kierunku żołnierzy.
Cesarscy nie zorientowali się nawet, że są atakowani. Gdy tylko znalazł się wystarczająco blisko, Leau pozbawił przytomności jednego żołnierza ciosem w brzuch, a drugiego kopnięciem w żebra. Zaraz po tym zdjął im kaski i skręcił karki.
Quinn, widząc że jest już po wszystkim, podbiegł do pół-Sajana.
- Co ty robisz? - powiedział szeptem.
Leau nie odpowiedział nic tylko wręczył Malakowi jeden z kasków, po czym zaczął rozbierać trupy z ich zbroi. Inżynier zrozumiał o co chodzi partnerowi, ale nie uśmiechała mu się perspektywa noszenia zbroi umrzyka, a i w kasku który otrzymał, naplute było krwią. Jednak wiedział, że bez tego trudno będzie im się wkraść do bazy Cesartwa niepostrzeżenie. Dlatego też nie zgłaszał sprzeciwu.
Po kilku chwilach, obaj żołnierze Imperium przebrali się w "bardziej stosowne na tę okazję stroje ". Leau, co chwila poprawiając kask, powiedział:
- Czemu kiedy zawsze robię podobny numer okazuję się, że ubranie na mnie nie pasuje?
- Na filmach zawsze wszystko się na nich super układa - odpowiedział Quinn, którego zbroją piła niemiłosiernie, ponieważ Cesarstwo nie robiło swoich pancerzy z hypergumy tylko ze stabilonu. Materiału o wiele twardszego, ale nie rozciągliwego, przez co ograniczającego ruchy.
Po tej krótkiej wymianie zdań partnerzy ruszyli w dalszą drogę.

Zerd i Vort bez trudu dotarli do bloku mieszkalnego. Tam, łącząc się z miejscowym ruchem oporu, szybko znaleźli się w niedużym pokoju, w jednym z budynków stojących nieopodal bazy Cesarstwa. Zerd nie mógł się na dziwić dlaczego wróg nie zabezpieczył tego bloku. Zrozumiał jednak szybko, że ktoś musiał wyłożyć sporo grosza, aby służby bezpieczeństwa "przypadkowo" ominęły ten budynek. Monsturn zajął pozycję przy oknie na ósmym piętrze, a Malak kilka kondygnacji wyżej. Teraz pozostało tylko cierpliwe czekanie, co Zerdowi nie przypadło zbytnio do gustu.

Widać było, że działania dywersyjne okazały się skuteczne, ponieważ w bazie była tylko minimalna ilość żołnierzy Cesarstwa, przez co Leau i Quinn mieli ułatwione zadanie. Cały pozostały personel był czymś zajęty, więc nie było niebezpieczeństwa, że trafi się dowódca, któremu zachce się robić falę, czy przepytywać o tożsamość.
Kintaro posłał na front swoich najlepszych oficerów, a sam pozostał w bazie ponieważ jego nieobecność mogłaby być potraktowana jako zniewaga, co zaowocowałoby wycofaniem z walk Sajanów, którym zawdzięczał dużo zwycięstw.
Żołnierze Imperium szybko dotarli do magazynów, gdzie znajdowały się moździerze. Zanim weszli, Quinn zwrócił się do Leau:
- Posłuchaj, musimy unieszkodliwiać moździerze po jednym, odcinając kabel zasilający. Inne sposoby są bardzo niebezpieczne ponieważ jest możliwość, że w urządzeniach jest minimalny ładunek i rozbicie takiego moździerza może doprowadzić do wybuchu.
- Dobra, zrozumiałem, a teraz lepiej bierzmy się do roboty - odpowiedział zniechęconym głosem Leau.
Obaj osobnicy weszli to magazynu i momentalnie zamarli. Moździerzy było tyle, że można by pomyśleć, że każdy Sajan w bazie ma swoje działo.

Bardock wyszedł na dziedziniec, gdzie czekali już na niego Kintaro, kilku jego podkomendnych i ustawieni w paru szeregach najemnicy. Sajan spojrzał na generała Cesarstwa. Był on Fourhandem, stworzeniem posiadającym cztery ramiona, czerwono-pomarańczową skórę, oraz wzrost ponad dwa i pół metra, dzięki czemu mógł dosłownie patrzeć na wszystkich z góry.
- Witamy, generale Bardock, w naszych niskich progach. Jak pan może zauważyć, wszyscy pana rodacy sprawują się tu doskonale. Powiem więcej, nie raz i nie dwa przeważali o wyniku bitwy. Mam przeto nadzieję, że Król Vegeta przyśle nam więcej tak doskonałych żołnierzy - zaczął od krótkiej przemowy Kintaro.
- Wątpię czy on w ogóle jeszcze kiedykolwiek kogoś przyśle - odpowiedział Bardock.
- Tymi słowami rani pan moje serce, ponieważ to zaszczyt oglądać tak wspaniałych wojowników, jak pan i pana ludzie, podczas walki. Czysta finezja, a nie walka chciałoby się rzec - nie przestawał podlizywać się Fourhand.
Bardocka zaczynało to już drażnić spodziewał się czegoś w tym stylu, ale to już przesada.
- Dziękuję za komplement, panie generale, a teraz przejdźmy może już do inspekcji.
- Oczywiście, jak tylko....- Kintaro nie dokończył ponieważ zauważył żółte łuny na horyzoncie, a chwilę później usłyszał przytłumione odgłosy eksplozji.
- Atakują nasze pozycje, wszyscy na...
Już drugi raz tego samego dnia nie było dane Fourhandowi dokończyć zdania. Tym razem powód był zupełnie inny. Dość szeroki promień ki uderzył w Kintaro rozrywając jego głowę i cześć korpusu na strzępy. Krew obryzgała twarz Bardocka oraz podkomendnych martwego generała. Przez chwilę na dziedzińcu panowała cisza i konsternacja. Nikt nie ważył się odezwać, czy nawet poruszyć, jak gdyby to groziło śmiercią. Z tej niemocy wyrwały ich wszystkich dopiero dwa wybuchy. Jeden pochodzący z głębi bazy, a drugi z pobliskich budynków cywilnych.
- Magazyn z moździerzami - ktoś krzyknął.
- Na co czekacie, lenie? Z moździerzami czy bez, macie iść walczyć - krzyknął jeden z oficerów stojących obok Bardocka. Ogoniasty odwrócił się na pięcie i spopielił trzech oficerów falą ki, co wprawiło resztę Sajanów w jeszcze większe osłupienie.

Leau i Quinn uwijali się jak szybko mogli, odłączając przewody zasilające i uszkadzając generatory, a mimo to nie dotarli nawet do połowy moździerzy.
- Kurwa, nie wyrobimy się - zaczął pół-Sajan.
- Nie gorączkuj się tak, mamy jeszcze mnóstwo czasu - uspokajał towarzysza Malak. Jakby w odpowiedzi na słowa Quinna dobiegły ich dźwięki wybuchów z oddali, a zaraz po tym włączył się alarm.
- Cholera jasna - powiedział Leau i łapiąc Malaka za ramię i odrzucając go na kilka metrów.
- Co robisz?! - wrzasnął Quinn.
- Nie mamy teraz czasu na subtelności - warknął Leau, po czym sformował dużą kulę ki i rzucił nią w moździerze.
Zgodnie z przewidywaniami Quinna, wyrzutnie zawierały minimalną ilość energii, co przy takiej ilości urządzeń spotęgowało siłę wybuchu ataku Leau. Cały magazyn wyleciał w powietrze. Podczas eksplozji, którą można było nazwać piękną, białe kule i jasny snop światła wystrzeliły w górę niszcząc wszystko co stało na ich drodze.
Po chwili błysk zniknął i pozostały tylko ogień, zgliszcza i dym. Spod rumowiska wygrzebał się Leau. Jego ubranie było prawie w stu procentach zniszczone pozostał jedynie kawałek spodni, a mianowicie górna cześć. Ciało pół-Sajana było w wielu miejscach poparzone, miało też kilka ran, z których powoli sączyła się krew.
Leau stanął na równe nogi i rozejrzał się za swoim towarzyszem. Quinn nie miał jednak tyle szczęścia co jego partner i zginął na miejscu podczas wybuchu. Pół-Saiyan zrobił kilka niepewnych kroków. Kręciło mu się w głowie i nie słyszał nic, prócz przeraźliwego piszczenia w uszach. Po paru chwilach doszedł jednak do siebie i zaczął trzeźwo myśleć. Musiał stamtąd uciekać jak najszybciej.
Podczas biegu zauważył jeden moździerz, który nie uległ zniszczeniu. Leau chciał go rozbić o ziemię, ale po głębszym namyśle stwierdził, że urządzenie może mu się jeszcze przydać. Niosąc przedmiot, kierował się w stronę bloku mieszkalnego, gdy drogę zagrodziło mu pięciu Cesarskich. Leau widząc przeciwników uśmiechnął się, wyrzucił moździerz do góry, po czym błyskawicznie ruszył na wrogów. Pierwszego staranował barkiem i, gdy uderzył nim o ścianę jednego z budynków błyskawicznie zadał trzy ciosy w korpus przeciwnika przebijając jego pancerz.
Drugi z żołnierzy Cesarstwa zaatakował Leau od tyłu, ale zginął od kopnięcia z półobrotu zadanego w głowę. Następnie pół-Sajan ruszył w stronę dwóch kolejnych przeciwników. Wykonał wślizg, którym przewrócił obydwu wrogów. Znalazł się za ich plecami w porę, aby złapać spadający moździerz. Leau momentalnie ustał na równe nogi i rzucił moździerzem w nadbiegającego przeciwnika. Ten, nie spodziewając się takiego posunięcia wroga, runął do tyłu, na ziemię z moździerzem w dłoniach. Wykorzystując to, pół-Sajan doskoczył do dwóch żołnierzy i unikając ich ciosów wyprowadził atak pięściami na brzuchy przeciwników. Ci skulili się z bólu, a Coolant wyskoczył do góry, po czym następnie wylądował nogami na ich głowach.
Pozostał już tylko jeden.
Widząc co wróg zrobił z jego towarzyszami, trzymając w rękach moździerz, ostatni żołnierz zaczął uciekać. Nie zdołał jednak zbiec zbyt daleko, ponieważ Leau doskoczył do niego i efektowną "ściną" zakończył jego bieg. Podczas gdy Cesarski upadał, Coolant błyskawicznie wydarł mu z rąk moździerz, a kiedy przeciwnik już leżał, dobił go wbijając nogę w plecy.
Leau nie miał jednak czasu na świętowanie, ponieważ kilka metrów od jego głowy przeleciały dwa pociski ki. Pół-Sajan zauważył kolejnych trzech nadbiegających żołnierzy i w odpowiedzi na ich wcześniejszy atak sam wystrzelił sporej wielkości kulę energii, która rozerwała zbliżających się wrogów.
- Czas się stąd wynosić - powiedział do siebie Leau, po czym jak najszybciej tylko mógł ruszył w stronę sektora mieszkalnego.

Zerdowi strasznie dłużyło się czekanie, ale w końcu jego cierpliwość została nagrodzona. Na dziedziniec wyszedł Kintaro, a zaraz po nim ktoś jeszcze. Najprawdopodobniej ten cały sajański generał. Monsturn przysunął się do okna, położył rękę, założył swój kask i zaczął celować. Dzięki sprzężeniu, za pomocą kabla, ki-blastera ze scouterem, który zastępował celownik optyczny czynność była dziecinnie prosta. Zerd dokładnie namierzył cel już miał nacisnąć spust, gdy na dziedzińcu zrobiło się zamieszanie.
"Co jest?" pomyślał Zerd i spojrzał w stronę, w która patrzyli Cesarscy. Widać tam było łuny wybuchających pocisków ki.
"Kurde" zaklął w myślach, po czym szybko wycelował jeszcze raz i nacisnął spust. Nagle stało się coś czego Zerd się nie spodziewał. Urządzenie zamiast wystrzelić cały czas pobierało energię, a co najgorsze, nie chciało przestać. Coolant poczuł ze słabnie i jeśli to potrwa jeszcze trochę straci przytomność. Wiedział, że od tego czy wykona zadanie mogą zależeć losy całej bitwy, dlatego zebrał pozostałą w sobie energię i zaczął się przeistaczać w swoją drugą formę. Jego ciało stawało się większe i jego ręce też. Zerd usłyszał jak w dłoni, na którą miał założone urządzenie pękają kości. Poczuł ogromny ból, a po ręce zaczęła mu spływać krew. Mimo tego wszystkiego, coolant nie poddał się, i skierował całą pozostałą moc do blastera. Udało mu się wystrzelić.
Pocisk był o wiele potężniejszy niż miał być pierwotnie i przez chwilę Zerd obawiał się, że nie trafi. Jednak udało się. Kintaro dosięgła śmierć. Monsturn, który wrócił już do swojej pierwszej formy, szybko ściągnął urządzenie z dłoni i zmiażdżył je nogą. Wtedy coś mu przyszło do głowy.
"Vort, przecież on nie strzelił. Musi mieć takie same problemy jak ja!". Pędem pobiegł na górę. Wparował do pomieszczenia, w którym przebywał Malak i zastał go leżącego na podłodze. Widać mu było wszystkie żyły z ust ciekła ślina, a na urządzeniu pojawiały się coraz większe wyładowania energetyczne. Zerd natychmiast zdjął towarzyszowi urządzenie i wyrzucił je przez okno. Ki-blaster spadł w grupkę nadbiegających żołnierzy i tam z wielką siła eksplodował, zabijając grupę Cesarskich. Monstrun sprawną ręka położył sobie Vorta na plecach i szybko zaczął uciekać z budynku do punktu zbornego wyznaczonego przez ruch oporu.

Sajańscy najemnicy stali wryci, po tym, jak ich generał zabił trzech oficerów Cesarstwa. W pewnym momencie Bardock odwrócił się do swoich ziomków i krzyknął:
- Wycofujemy się!!!
Można powiedzieć, że dzisiejszego dnia Sajanie seryjnie byli w szoku, a to tylko dokończyło serię.
- Sajanie się nie wycofują to byłaby plama na honorze naszych rodów - powiedział masywny posiadacz ogona.
- A dla kogo jest ten honor? Dla króla, który za psie pieniądze wypędził was z planety na śmierć? Dla Cesarstwa, które najchętniej wynajęłoby każdego Sajana na Vegecie byle nie posyłać swoich żołnierzy na front? Dla waszych rodów, które kurczą się i znikają z każdą kolejną śmiercią jednego z nas? Czy dla waszych rodzin, które później będą mogły mówić, że "miały" w rodzinie bohatera? Słowami nikt się jeszcze nie wyżywił. Więc pytam was, dla czego chcecie dzisiaj umrzeć?
Wśród reszty Sajanów zapanowało poruszenie nikt nie wiedział co o tym myśleć. Bardock, widząc, że udało mu się wzbudzić wątpliwości przemówił raz jeszcze:
- Pytam, dla czego chcecie dziś ginąć. Komu losy naszej ojczyzny miłe, za mną!
Na te słowa wszyscy Sajanie jak jeden mąż ruszyli za Bardockiem, a on krzyknął jeszcze:
- Do doków!!!
Od tej chwili wszystko potoczyło się bardzo szybko. Zastępy najemników szybko zdobyły doki oraz wszystkie statki się tam znajdujące. To właśnie nimi zamierzali odlecieć. Jak najszybciej tylko potrafili, Sajani weszli na statki, często je przeciążając, z powodu braku znaku równości między ilością ludzi, a ładownością pojazdów. Mimo to wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami Bardocka. Po kilkunastu minutach wszyscy Sajanie byli już na orbicie. Wtedy Bardock przesłał reszcie "floty" współrzędne, do których się mieli udać, a sam zapewnił, że niedługo tam przybędzie. Ogoniasty zdawał sobie sprawę jakie mogą być konsekwencje jego poczynań, ale nie mógł pozwolić, aby ci wszyscy wojownicy zginęli. Wiedział, że teraz musi przyśpieszyć planowaną akcję, bo jeszcze chwila czekania, a może być za późno. Miał też nadzieję, że uda mu się przekonać Sajanów, których uratował, aby stanęli po jego stronie. Teraz jednak musiał spotkać się z kimś, kto odkrył jego plany. Nie był z tego powodu zadowolony, ale nie miał innego wyboru.

Statek Bardocka zbliżał się do planety leżącej stosunkowo niedaleko Malakry. Była to Anorchead. Planeta rolnicza Imperium, aktualnie pod okupacja Cesarstwa. Można powiedzieć, że cała powierzchnia stanowiła jedno wielkie pole uprawne. Statek sajańskiego generała wylądował w jednej z wiosek, nazywanych enklawami, ponieważ z każdej strony były otoczone połaciami zbóż i innych roślin uprawnych.
Osada, podobnie zresztą jak wszystkie inne na planecie, była bardzo mała. Zaledwie dwa tysiące cywilów i setka żołnierzy, ale więcej nie było potrzeba. Większość pracy wykonywały maszyny, takie jak automatyczne kombajny. Mieszkańcy tylko nadzorowali ich pracę i konserwowali je.
Bardocka jednak nie interesowała gospodarka rolna. Stanowczo kierował się w wyznaczone miejsce spotkania. W końcu dotarł do celu. Nie spodziewał się osoby, która tam ujrzał. Na ławce obok płotu siedział książę Vegeta wraz ze swoim ochroniarzem, Nappą.
- Witaj - zaczął Vegeta. Bardock nic nie odpowiedział, tylko patrzył księciu w oczy. - Cóż za ordynarny brak manier - powiedział syn króla z pół-uśmiechem na twarzy.
- Po co mnie tu ściągnąłeś? Trzeba tu dodać, że masz świetnych posłańców. Do końca nie wiedziałem czy taki chce mi wręczyć wiadomość czy mnie zabić.
- Oj, panie Bardock, sarkazm to brzydki krewny gniewu. Nappa, sprawdź na moim statku czy cię tam nie ma.
- Ale... - Nappa chciał coś powiedzieć, ale Vegeta rzucił w jego stronę groźne spojrzenie.
Ohroniarz, nic więcej nie mówiąc, poszedł do miasteczka. Nie podobało mu się to. Do tej pory Vegeta pozwalał mu słuchać wszystkich jego rozmów i wyjaśniał mu swoje plany. Myślenie nie było najsilniejszą stroną Nappy, ale nie trzeba było geniusza, aby zdać sobie sprawę, że kroi się coś większego.
- Powiedz szczerze Vegeta o co ci chodzi? - niecierpliwił się Bardock.
- Tak, więc krótko mówiąc, wiem o twoim planie zrzucenie mojego ojca z tronu. Wiem też, że chcesz do tego użyć Sajanów porwanych czterdzieści lat temu. Wiem, kiedy chcesz zaatakować.
- I co chcesz zrobić z tą wiedzą? - spytał niepewnie Bardock.
- Nic... na razie. Chciałem tylko ci przedstawić pewną propozycję i ostrzec przed konsekwencjami tej akcji.
- Konsekwencjami?
- Tak. Jak myślisz, jak postąpią inne rody, kiedy zabraknie króla? Myślisz, że bez szemrania przyjmą ciebie jako nowego wodza? Szczerze wątpię. Sajanie nigdy nie byli zbyt zjednoczeni. Jest jednak sposób, aby uniknąć tej wojny plemiennej.
- Słucham.
- Ja. Wprowadź mnie na tron.
- Co!?
- Bo widzisz ja jestem prawowitym następcą tronu, więc wielkie rody co najwyżej poplują się o sposób w jaki przejąłem władzę, ale nic poza tym.
- Wybij to sobie z głowy, Vegeta.
- Oczywiście, w pewnym stopniu pomógłbym ci osiągnąć cele tego przewrotu.
- Jak już mówiłem, nie ma mowy. Ty byś sprzedał całą planetę, gdyby tylko cena była korzystna. Zdradzasz własnego ojca, więc co cię powstrzyma przed zdradzeniem mnie?
- Twój wybór, ale jak myślisz kogo poprą nasi rodacy? Ciebie, zdrajcę narodu, czy mnie, prawowitego następcę, zwłaszcza że od odkrycia twoich planów skrupulatnie wykorzystywałem swój czas, aby nawiązać dobre stosunki z przywódcami rodów.
- Grozisz mi wojną domową?
- Nie, tylko ostrzegam. Poza tym, jak myślisz, jak zareaguje na przykład Imperium, kiedy wszystkie kontrakty zostaną pozrywane, a żołnierze cofnięci na planetę?
- Już powiedziałem: nie. I mylisz się, Vegeta, nasz... mój lud ponad wszystko ceni siłę. Kiedy pokażę, że jestem silnym przywódcą, reszta pójdzie za mną.
- Twój lud, Bardocku zmienił się, i to bardzo. To już nie są czasy wojen z Tsufulami, gdzie najsilniejszy rządził. Teraz liczą się układy, polityka. Ale widzę, że cię nie przekonam. Żegnam więc. Gdybyś jednak zmienił zdanie, wiesz gdzie mnie znaleźć. Żegnam.
Bardock już nie wytrzymywał, chciał zabić kurdupla, ale wiedział, że Vegeta nie był głupi i na pewno się zabezpieczył. Mógł tylko patrzeć jak ten knypek odchodzi zadowolony z siebie. Książę odszedł już kawałek i zauważył stojącego za rogiem Nappę. Ochroniarz podszedł do swojego pana, a Vegeta powiedział:
- Zignorowałeś mój rozkaz.
- Nie mogłem cię z nim samego zostawić.
- Co tyś się mnie uczepił jak rzep sajańskiego ogona - zażartował Vegeta. - A teraz chodź, mamy dużo pracy - powiedział książę.
Po chwili zauważył, że jego wysoki towarzysz patrzy na niego z wyrzutem.
- Masz mi za złe, że cię odesłałem? Dobra, wyjaśnię ci wszystko po drodze. Mam tylko nadzieję, że zrozumiesz za pierwszym razem.
Sajanie skierowali się do swojego statku.


Przejdź do <-- Rozdział 8 / Rozdział 10 -->

Autor: Tajtus


1506 Czytań | Drukuj