Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfik: DBPH Rozdział 7
Dodane przez Gokusiek dnia 05-01-2011 21:56

  
"Rozdział 07"



Kanassa stała się w ciągu ostatnich kilku dni głównym tematem wszystkich kanałów holowizji całego Imperium. Temat ten poruszały zarówno telewizje rządowe jak i nieliczne stacje komercyjne. We wszystkich tych kanałach mówiło się tylko o tym, ponieważ zwycięstwo wojsk Imperium było bardzo gorącą sprawa. Dobrą do podniesienia sobie oglądalności, ponieważ każdego szarego obywatela obchodzą losy wojny, a także dobrą do celów propagandowych. Jednak nie tylko holowizję czy wojsko obchodził ten temat. Organizacja Coolantów również otrzymała rozkazy, co do tej niedużej planety zwanej Kanassą. Dlatego wysłano już na nią mały statek transportowy z trzema przedstawicielami tej organizacji, który właśnie zbliżał się już do celu.
Maszyna była jakby stożkiem z długą "szyją", na końcu której była osadzona kabina pilotów. W dalszej części pojazdu znajdowało się pomieszczenie, w którym ustawiono dwa rzędy foteli po cztery krzesła oraz kilka okien po bokach. Siedziało tam dwóch mężczyzn oraz jedna kobieta. Wszyscy w biało-różowych zbrojach i kaskach symulujących głowę z ochraniaczem Changelinga. Kaski miały wbudowany zielony scouter przesłaniający lewę oko. Podczas gdy kobieta z mężczyzną siedzieli przy oknie w dobrych humorach, trzeci pasażer siedział na przeciwległym krańcu statku z miną, która mówiła, że jest poważnie poirytowany. Nagle kobieta zaśmiała się głośno, ale uciszyła się, gdy zobaczyła minę swojego samotnego towarzysza.
- Leau, co ty taki naburmuszony siedzisz. Rozchmurz się... jutro będzie lepiej - rozpoczęła rozmowę, podśmiewając się ze swojej wypowiedzi.
- Łatwo ci mówić, wyście dostali poważną misję, a ja będę musiał niańczyć jakiegoś gówniarza, któremu zamarzyła się kariera wielkiego wojownika! - powiedział, a raczej wykrzyczał Leau.
Kobieta po tych słowach uciszyła się, nie chcąc drażnić swojego rozmówcy. Zdenerwowany osobnik miał ciemnofioletową skórę, piwne oczy, a spod kasku wystawały kosmyki czarnych włosów. Miał lekko zadarty nos i pociągłe rysy twarzy. Leau myślał tylko dlaczego to akurat on dostał to zadanie. W końcu był jednym z pierwszej setki Coolantów, których szkolił sam książę Cooler. Teraz jednak zamiast wykonywać jakieś bardzo ważne zadanie będzie musiał użerać się z tym szczylem. Uczyć go, co to jest to i jak się robi tamto. Bardzo mu się to nie podobało. Nie mogąc jednak nic na to poradzić, siedział i wymyślał coraz to nowe przekleństwa na sztab główny Coolantów. Po chwili z głośnika dobiegł głos jednego z pilotów, który poinformował pasażerów, że zbliżają się do celu.
Widok Kanassy nie poruszył go zbytnio, w końcu to planeta jak każda inna, jednak przywołał kilka wspomnień. Tutaj właśnie wykonywał jedną z pierwszych swoich misji. Po chwili wpatrywania się w fioletowy glob, wrócił na swoje miejsce, pomrukując coś pod nosem.

Zerd siedział przed wejściem do hangaru ósmego, w pomieszczeniu, które przypominało poczekalnię, doczyszczając zbroję - chciał zrobić jak najlepsze wrażenie na swoim nowym przełożonym. Znajdowało się tu kilka krzeseł parę stolików i tego typu mebli, a także duża szyba, dzięki której można było oglądać cały hangar.
Czyszczenie pancerza pochłonęło Zerda bez reszty. Nie zauważył nawet żołnierza, który przyszedł mu coś powiedzieć. Osobnik ten po kilku kolejnych próbach zwrócenia uwagi młodzika, zrezygnował i wyszedł z poczekalni. Z tego transu wyrwał go dopiero alarm w hangarze i słowa wydobywające się z głośnika:
- Cały personel opuścić hangar zbliża się statek.
Zerd wstał gwałtownie przewracając, jeden ze stojących tam stolików. Zrobiło mu się głupio. Podnosząc mebel, Monsturn dziękował w duchu, że nikt tego zajścia nie widział. Jednak szybko zapomniał o całym zajściu, kiedy drzwi do hangaru otworzyły się i do środka wleciał transportowiec.
Należało teraz odczekać aż do hangaru zostanie wpompowane powietrze, ponieważ przy dokowaniu wszystko, co nie było przybite do podłogi zostało wyssane. Po chwili ze statku wyszedł dobrze zbudowany mężczyzna w stroju Coolanta, o wzroście około metra osiemdziesięciu. Monsturn szybko zszedł do hangaru, zbliżył się do Coolanta stanął na baczność, a następnie zasalutował.
Leau spojrzał na swojego "ucznia" badawczo, ale i z pewną pogardą.
- Przejdźmy gdzie indziej, statek za chwilę odlatuje na planetę - odezwał się.
Zerd skinął głową, po czym gestem dłoni wskazał drogę. Po drodze Monsturn wyjaśnił swojemu nauczycielowi, że przygotowano dla nich salę odpraw w południowej części statku. Idąc, obaj osobnicy kątem oka się sobie przyglądali. Nic nie mówili, tylko oceniali siebie nawzajem.
W wyglądzie Coolanta, Zerda zaintrygowało parę rzeczy, jak choćby biały-różowy kask, futrzany pas, który już gdzieś widział, a także jakby znudzony wyraz twarzy. Oprócz przyglądania się instruktorowi, Monsturna zaprzątało jeszcze jedno: "nie zgubić się". Co chwila zerkał na drogowskazy, ale udało mu się dojść do sali odpraw bez żadnych incydentów. Mężczyźni weszli do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Sala nie była duża - średniej wielkości pokój z kilkoma rzędami metalowych krzeseł, zielonym ekranem oraz mównicą ustawioną z prawej strony pomieszczenia. Coolant rozkazał Zerdowi usiąść, po czym podszedł do mównicy i rozpoczął swoją prezentację:
- Nazywam się Leau i będę twoim instruktorem przez... pewien czas. Ale wyjaśnijmy sobie parę spraw. Po pierwsze: nie lubię cię. W ogóle nie byłoby mnie tutaj, gdybym nie dostał bezpośredniego rozkazu. Masz się zwracać do mnie per "pan" i żadnego spoufalania się. Nie licz też na jakąkolwiek taryfę ulgową z mojej strony. Coolanci to elitarny oddział i nie myśl, że można sobie z niego zrezygnować ot tak, bo coś ci się odwidziało. Jeśli nie będziesz się nadawał, zginiesz. Czy wszystko jest jasne?
- Tak jest, proszę pana - odpowiedział Zerd.
- To dobrze, teraz sprawdzimy twoją wiedzę teoretyczną i na ile orientujesz się w sytuacji politycznej, a później pójdziemy sprawdzić twoje umiejętności bojowe. Pytanie pierwsze...

Bardock zmierzał Vegetę w jednoosobowej kapsule, aby stamtąd polecieć, już większym, statkiem, na Malakrę. Zwykłej kapsule na tak daleką podróż nie starczyłoby paliwa. Król zlecił mu wykonanie inspekcji wojsk biorących udział w walkach na tej planecie.
Czuł się niepewnie, zostawiając sprawy nie pilnowane, ale wolał nie narażać się swojemu władcy. Sajan miał właśnie wprowadzić się w stan snu, ale po chwili zastanowienia zdecydował, że jeszcze chwilę posiedzi. Zaczął myśleć o zbliżającym się końcu operacji i o bitwie jaka będzie ich czekała. Wiedział, że to zdrada stanu, ale zawsze był przekonany, że to dla dobra całej rasy. Teraz jednak zaczęły go męczyć wątpliwości. Czy na pewno robi dobrze, czy plan wypali, czy wszystko się później ułoży po ich myśli. Miał pewność tylko co do jednego: że Vegeta potrafi być nieprzewidywalny, kiedy się wścieka. Udowodnił to już kilka razy podczas swoich rządów.
Zaraz jednak Bardock skarcił sam siebie za takie wahania. To zaszło już za daleko żeby teraz można było się wycofać. Nie chciał o tym myśleć, ale nic nie mógł nic na to poradzić. Wątpliwości utkwiły w jego głowie jak kotwica. Sajan wpadł na pomysł. Skoro nie jest w stanie zmienić tematu, to zmieni czas. Zaczął sobie przypominać, jakie były początki tego wszystkiego, co teraz powoli zbliża się do końca.

Kompleks porodowo-szpitalny numer dziesięć położony był niedaleko jednego z większych miast Vegety. Tam Sajanki rodziły swoje dzieci, które zaraz po porodzie umieszczano w specjalnych inkubatorach. Mali Sajanie mieli zostać poddani pomiarowi mocy, kiedy ukończą pierwszy miesiąc życia. Mierzenie siły wcześniej nie miało sensu, gdyż wszystkie pomiary młodszych dzieci były niedokładne. Czasami przekłamania bywały nawet kilkukrotne.
Nikt nie wiedział dlaczego tak się dzieje, ale to w sajańskiej świadomości było to trochę jak ze statkami kosmicznymi - większość Sajanów nie miała pojęcia co sprawia, że latają, a mimo to latały.
Pomiar mocy nie był jedynym powodem trzymania tu dzieci przez miesiąc, z dala od rodziców. Powstało przekonanie, że jeśli dziecko zaraz po porodzie zostanie odebrane matce to później będzie o wiele silniejsze.
Prawie trzy tygodnie wcześniej kompleks obrodził w nowych potomków. Tyle dzieci nie było tu jeszcze nigdy, więc lekarze mieli pełne ręce roboty. Ten dzień, nie licząc nadmiaru pracy, nie był jakiś specjalny dla pracowników zakładu. Można by powiedzieć: kolejne popołudnie spędzone na nadzorowaniu inkubatorów. Jednak wiele miało się jeszcze wydarzyć.
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy przed budynkiem wylądowało kilka transportowców. Z emblematów na bokach można było wyczytać, że są to statki z zaopatrzeniem. Zaciekawiony personel wysłał kilku ludzi, aby wyjaśnić to nieporozumienie, gdyż ostatnio nie robiono większych zamówień.
Dwóch Sajanów w kitlach i dwóch w zbrojach wyszło przed budynek. Ujrzeli pięć transportowców oraz idącego im naprzeciw zaopatrzeniowca. Ogoniasty podszedł do wysłanej czwórki i oświadczył, że przywiózł dostawę zamawianych towarów.
- Ale my niczego nie zamawialiśmy - powiedział jeden z osobników w białym ubraniu roboczym.
- No to ładnie, bo ja dostałem rozkaz, aby tu wszystko przywieźć i co ja mam z tym zrobić? - powiedział ze zrezygnowaniem w głosie dostawca.
- Poczekaj chwilę, skontaktuję się z ordynatorem - powiedział drugi, po czym nacisnął swój scouter, ale nikt się nie zgłosił. Było słychać tylko szum. Pozostała trójka też spróbowała nawiązać kontakt, ale efekt był ten sam.
- Coś chyba nie działają nasze scoutery. Sam pójdę do ordynatora, a wy tu poczekajcie - powiedział jeden z Sajanów w bieli.
Miał już iść, kiedy dostawca podniósł rękę do góry i uskoczył na bok. Czterem statkom stojącym z tyłu otworzyły się luki i z wewnątrz wybiegli sajańscy żołnierze. Momentalnie w stronę zaskoczonej czwórki pracowników zakładu posypał się grad pocisków. Grupka czarnowłosych nie zdążyła nawet zareagować. Na ziemię upadły już tylko zwęglone zwłoki.
Wojownicy kolejnymi atakami energetycznymi zniszczyli drzwi wejściowe i wtargnęli do budynku. Działali szybko i systematycznie. Zabijali cały personel i wynosili inkubatory z dziećmi, po czym ładowali je na transportowce.
Kompleks nie był przygotowany na tego typu atak. Mieszkańcy Vegety bardzo cenili swoich potomków i żaden z nich nie ośmieliłby zaatakować centrum porodowego. Przynajmniej do tej pory. Wkrótce prawie wszyscy pracownicy byli martwi, a większość dzieci była już na statkach. Jednak nie wszystkie.
Kilkoro małych Sajanów zostało zabranych przez pracowników budynku do sali z kapsułami. Tam dzieci miały zostać wystrzelone na najbliższą planetę, aby nie dostały się w łapy porywaczy. Pracownicy chcieli też użyć pozostałych maszyn, żeby uciec i powiadomić kogo trzeba.
Nie wszystko jednak poszło tak jak to wymyślili. Podczas programowania miejsca do którego mają lecieć kapsuły z dziećmi, do pomieszczenia wpadli żołnierze i zaczęli strzelać do swoich ofiar. Podczas tej masakry nieopatrznie zniszczyli też tablice kontrolną i pojazdy zostały wystrzelone w kosmos zanim komputer zdążył zaprogramować miejsce lądowania. Kapsuły dostały rozkaz po prostu lecieć przed siebie, aż skończy się paliwo. Wojownicy nic nie mogli na to poradzić, mogli tylko patrzyć jak kapsuły startują.
Bardock, siedząc na transportowcu, przez okno dostrzegł startujące kapsuły. Wystraszył się, że komuś udało się uciec i teraz ich plan spali na panewce. Został jednak później poinformowany, że kapsułach były tylko dzieci. Żadnego dorosłego, który mógłby wezwać pomoc. Bardock tylko wzruszył ramionami. Czym było kilka bachorów skoro mieli resztę?
Zmienił zdanie, gdy dowiedział się, że jednym z bachorów był jego syn, Kakarotto. Sajanowi ciężko było pohamować gniew, ale wiedział, że bez względu na wszystko trzeba wykonać drugą cześć planu.
Wydał odpowiednie rozkazy i wyszedł z pojazdu. Z piątego transportowca została wyprowadzona spora grupa Tsufuli. Wszyscy byli przerażeni. Nie wiedzieli, co się z nimi teraz stanie i dlaczego kazano im założyć te dziwne ubrania. Mieli na sobie błękitne stroje oraz rękawice i ciężkie buty. Bardock przyglądał się egzekucji. Wszyscy więźniowie zostali rozstrzelani, a ich trupy, porozkładano po kompleksie. Kiedy wszystko było już gotowe transportowce ruszyły w kosmos. Kiedy maszyny dotarły na miejsce Bardock wydał rozkaz, aby zorganizować ekipę, która odnajdzie kapsuły. Został jednak przekonany, że to nie ma sensu, ponieważ nieznana była nawet przybliżona trajektoria lotu, nie wspominając już o tym, że kapsuły miały zatrzymać się dopiero, kiedy zabraknie im paliwa.

To wszystko wydarzyło się niemal czterdzieści lat temu. Bardock westchnął. Wtedy miał nadzieję, że jego drugi syn też się stanie członkiem armii, ale nie udało się.
Nie ma już co płakać nad rozlanym mlekiem, stwierdził Sajan.
Przypomniał sobie jaka była reakcja Vegety na te wydarzenia. Cała wina zgodnie z planem spadła na Tsufuli i ich rzekomo jeszcze istniejący ruch oporu... Król wpadł we wściekłość zakazał posiadania tsufulskich niewolników, a wkrótce po tym zarządził pełną eksterminację całej rasy. Po kilku na miesiącach, nie było już żadnego żyjącego Tsufula.
Vegeta uświadomił sobie konsekwencje swojego czynu dopiero po fakcie. Duża cześć gospodarki opierała się na pracy niewolników, a po ich zniknięciu wszystko zaczęło się sypać. Trzeba było bardzo szybko zacząć sprowadzać specjalistów do obsługi najróżniejszych urządzeń. Rozpoczęto też przyuczanie do zawodów zwykłych Sajanów. To szybko spowodowało ograniczenie armii i wzrost niezadowolenia wśród ludu. Sytuację udało się opanować po pewnym czasie, ale państwo poniosło ogromne w straty, których efekty widać było do dziś.
Bardock myślał nad tym jeszcze kilka chwil, jednak stwierdził, że martwienie się na zapas nic mu nie pomoże. Skoncentrował się teraz na swoich żołnierzach. Jako przywódca rodu miał sobie lojalnych ludzi, którzy gdy tylko dostaliby taki rozkaz, poszliby sami zaatakować stolicę. Było ich jednak stanowczo za mało, niecałe cztery setki. Bardockowi myśl o oddaniu jego wojowników poprawiła humor i w tym dobrym nastroju postanowił, że się prześpi. Po chwili tryb snu był już włączony.

Pojazd Freezera przechodził już ostatnią fazę przygotowań do odlotu na Core, stołeczną planetę Imperium, na której miało dojść do spotkania najważniejszych osobistości Imperium. Zjazd ten miał charakter czysto polityczny, bo gdyby nie wybuch wojny to prawdopodobnie jeszcze długo nie doszłoby do zebrania członków imperialnej rodziny.
Dla każdego ten zjazd oznaczał co innego. Dla jednych ogromne przygotowania i dużo pracy, dla innych po prostu ciekawostkę, a dla Dodorii i Kiviego oznaczał tymczasowe odroczenie kary. Mimo to, dwójka przybocznych nie była zbyt szczęśliwa. Ginyu już im zapowiedział, że jak wrócą będą tak długo sprzątać kibel językami, że nie odróżnią smaku gówna od pieczonego mięsa, przez co obaj czuli się jak skazańcy.
W tej chwili Dodoria i Kivi przebywali na statku Freezera, a dokładniej w jego pokoju, oczekując przybycia księcia. Pomieszczenie było gustownie urządzone. Na ścianach wisiały drogie obrazy, na podłodze rozłożony dywan, z tyłu pokoju sporych rozmiarów łoże oraz komplet mebli. Dodoria siedział na łóżku, a Kivi na jednym z krzeseł. Nie odzywali się do siebie przez większość czasu aż do momentu, gdy Dodoria wypalił:
- To była twoja wina.
- Nie. Twoja - szybko odpowiedział mu fioletowy.
- A właśnie, że twoja - przekomarzał się różowy.
- Dodoria nie zaczynaj znów, bo...
- Bo co?
- Bo to! - powiedział Kivi i rzucił się na swojego towarzysza. Przez chwilę się siłowali, ale stracili równowagę i upadli na łóżko. Dodoria wykorzystał to, siadając na Kivim i zaczynając go dusić. Bonehead odkrył, że kiedy odbierze się Chinwiskersowi powietrze na dłuższą chwilę to staję się on jeszcze bardziej fioletowy niż był na początku. Kivi zaczął już tworzyć pocisk ki w ręku, żeby władować go w pysk Dodorii, gdy przy wejściu rozległ się krzyk:
- Złazić z łóżka, zboczeńcy!
Różowy spojrzał się za siebie i zobaczył stojącego w wejściu Freezera. Dodoria natychmiast zeskoczył z Kiviego i stanął na baczność. Fioletowy po zaczerpnięciu trochę powietrza zrobił to samo. Frezer podszedł i zaczął mówić:
- Nie mam nic, przeciwko, ale załatwiajcie takie rzeczy po służbie, i nie w moim łóżku!
- Ale my nie... - zaczął tłumaczyć Kivi, jednak Freezer podniósł rękę na znak aby przestał.
- Słuchajcie, po starcie muszę się wyspać. Macie zapewnić aby wokół mojej kajuty panowała cmentarna cisza, zrozumiano?
- Tak jest - powiedzieli chórem przyboczni.
- No, a teraz wynoście się. A, i przyślijcie tu jeszcze kogoś z nową pościelą - powiedział Freezer, jednocześnie pokazując gestem ręki drzwi. Dwójka żołnierzy opuściła pomieszczenie.
- Przez ciebie wyszliśmy na gejów - zaczął Dodoria.
- Daj już spokój - odpowiedział Kivi.
- Jak to rozpowie, stracę wzięcie u babek. A jestem taki atrakcyjny - zaczął lamentować różowy.
- Dodoria ty jesteś równie atrakcyjny jak mój stolec, więc dużo nie straciłeś, a teraz chodź po tę nową pościel do magazynu.
Bonehead mało nie ugotował się ze wściekłości. Dał jej upust robiąc pięścią sporą dziurę w jednej ze ścian, po czym poszedł za swoim towarzyszem.

Leau i Zerd stali naprzeciw siebie w sali treningowej. Coolant zdjął wcześniej kask i zbroję, przez co można było zobaczyć jego czarną, bujną czuprynę oraz muskulaturę torsu. Leau przeciągnął się, napinając wszystkie mięśnie i powiedział:
- Idź od razu na całość, bo chcę sprawdzić, na, co cię stać, a nie tracić czas na zabawy.
Zerd przytaknął skinieniem głowy, po czym przybrał swoją drugą formę. Przybrał postawę bojową i ruszył w stronę przeciwnika. Najpierw zaatakował kilkoma uderzeniami pięścią, a kiedy wszystkie zostały sparowane dokończył wiązankę kopnięciem z półobrotu. Leau złapał jego nogę i rzucił nim o ścianę.
Mając już trochę doświadczenia z takimi sytuacjami - zdobytego podczas treningów z Raditzem - Zerd odbił się od ściany i po raz kolejny zbliżył do swojego oponenta. Przygotowany na taką ewentualność, Coolant w ostatniej chwili uskoczył z drogi Monsturnowi i odbijając się od podłogi ruszył za nim. Zerd ledwo co zdążył wylądować, a już oberwał potężnym kopnięciem w tył głowy, które zamroczyło go na dłuższą chwilę. Obudził się parę metrów od swojego instruktora i zrywając się z miejsca, wystrzelił strumień ki w przeciwnika.
Leau uśmiechnął się w duchu i bez problemu uniknął ataku, po czym błyskawicznie znalazł przy Zerdzie, wbijając mu kolano w żołądek. Monsturn złapał się za brzuch i upadł na kolana. Kilka chwil później leżał już na ziemi po tym jak Leau wbił mu kolano w plecy. Zerd próbował się podnieść, kiedy Coolant kopnął go w brzuch posyłając na jedną ze ścian. Młodzik zbyt obolały żeby zareagować i już chwilę później zderzył się z powierzchnią boczną pomieszczenia.
- Żałosne - powiedział Leau, patrząc jak Monsturn wraca do swojej pierwszej formy.
- Ale proszę pana, ja dałem z siebie wszystko - wykaszlał Zerd.
- Widać to o wiele za mało... o wiele lepiej idzie ci odpowiadanie na pytania niż walka, a u nas to nie wystarczy. Zbieraj się, za godzinę to powtórzymy i tym razem przynajmniej mnie uderz, bo inaczej nie wróżę tobie wspaniałej przyszłości - skomentował sytuację Coolant.
- Tak jest, proszę pana - powiedział z gniewem w głosie Zerd, podnosząc się z podłogi.
Przy wyjściu spotkali Sajana, z którym ostatnio trenował. Powiedział "cześć" i dopiero teraz skojarzył gdzie widział już ten futrzany pas. Raditz też go miał i nie była to cześć ubioru ale ogon. To oznaczało, że Leau musiał być przynajmniej częściowo Sajanem. Bardzo rzadkim połączeniem, bo z tego, co Zerd słyszał Sajanie bardzo niechętnie mieszali się z innymi rasami. Nie licząc oczywiście gwałtów.
Przechodząc, obok Coolanta, Raditz uderzył go barkiem i mruknął na tyle głośno, aby można było go usłyszeć.
- Półkrwiste ścierwo.
- Głupia małpa - powiedział Leau, idąc dalej.
Ten incydent uświadomił Zerdowi, dlaczego Sajanie niechętnie łączą się z innymi rasami. Oni po prostu nimi gardzą, a mieszankę uważają za hańbę dla ich rasy.
- Idź do swojej kajuty - wydał rozkaz Coolant, gdy tylko doszli do kantyny. - Ja muszę jeszcze coś załatwić. Potem przyjdę po ciebie i powtórzymy nasz trening.
Zerd przytaknął i odszedł.

Ta sytuacja trwała jeszcze kilka dni. Co dzień adept trenował ze swoim instruktorem. Leau rozwijał nie tylko jego siłę, ale także wkładał mu do głowy trochę wiedzy na temat Imperium i Cesarstwa. Po tych kilku dniach Zerda bolało wszystko tak, że chciał, aby ktoś przyszedł i go dobił. Niestety nie miał o to kogo prosić bo cała jego paczka dostała rozkaz, aby zejść na planetę.
Leżał na łóżku, próbując się przespać, ale ból w kościach był tak duży, że mu to uniemożliwiał. Zanosiło się na to, że i tak dzisiaj już nie zmruży oka, postanowił więc przejść się po statku.
Lawirując po korytarzach mało nie wpadł na swojego nauczyciela, który wyłonił się zza zakrętu. Pół-Sajan przez chwilę był nieświadomy obecności Monsturna, ponieważ jego scouter i informacje się na nim wyświetlające pochłonęły go bez reszty. Jednak nie trwało to długo.
- O dobrze, że już na nogach. Właśnie otrzymałem misję i ty pójdziesz ze mną - zaczął Leau, wpatrując się w szkiełko swojego scoutera.
Zerd chciał coś powiedzieć, zaprotestować, że jest zbyt zmęczony, ale szybko zrozumiał, że wszelki opór jest bezcelowy. Po krótkiej chwili zorientował się, że idą do doków. - wreszcie, po kilku dniach spędzonych tutaj, zdołał na tyle poznać części statku, w których najczęściej przebywał, aby się nie zgubić i wiedzieć gdzie co jest.
- Co to za misja, proszę pana? - zagadnął Coolanta.
- Dowiesz się w swoim czasie. Na razie mogę powiedzieć ci tyle, że musimy zejść na planetę - odpowiedział Leau.
Monsturna strasznie poirytowało, że jego nauczyciel nie ufa mu na tyle, żeby powiedzieć jakie zadanie im przydzielono, nie powiedział jednak nic i ze skwaszoną miną szedł dalej.
W dokach wzięli dwie kapsuły, w których udali się na powierzchnię planety. Podróż trwała bardzo krótko, Monsturn na dobrą sprawę nie zdążył nawet zagrzać siedzenia, a już byli na lądowisku.
Bardzo szybko zapomniał o bólu i zmęczeniu. Mimo, że nie znał szczegółów misji czuł się bardzo podekscytowany. Była to jego pierwsza poważna misja, poza tym wreszcie nadarzyła mu się okazja, aby w końcu wyrwać się z okrętu i udowodnić, że nie jest słabeuszem za jakiego uważa go jego przełożony. Może też spotka na planecie znajomych...
Miejsce, w którym wylądowali okazało się być ruinami jakiegoś kanassiańskiego miasta. Większość budowli nie nadawała się do użytku, więc były burzone, a te które ostały się w dość dobrym stanie przerabiano na sztaby, magazyny i koszary. Prace nadzorowali tarviccy architekci. Zerd pierwszy raz widział Tarvików na żywo. Co prawda czytał o nich i oglądał zdjęcia, ale to nie to samo. Były istoty o szczurzym wyglądzie. Ich nogi zginały się do wewnątrz. Pokryci byli szarym lub brązowym futrem oraz posiadali spiczaste uszy osadzone na przypominającej spłaszczony pysk głowię. Z tego co Monsturn wyczytał, wiedział, że są bardzo praktyczni. Wszystko, co nie miało jakiegoś praktycznego zastosowania było dla nich zbędne. Dotyczyło to też wszelkiej sztuki i tego typu rzeczy. Ciężko także przyjmowali wszelkie zmiany, bo według ich rozumowania, po co ulepszać coś, co działa. Przez to bardzo hamowali swój rozwój i zostali bez problemu wchłonięci przez Imperium. Ich architektura została wykorzystana przez armię. Tarvickie struktury były bardzo pojemne, łatwe do zbudowania i co najważniejsze - tanie. Wszelkie gruzy jakie pozyskano z ruin szły do pieców ustawionych kilkadziesiąt metrów dalej. Tam były przetapianie na pół-fabrykaty, z których stawiono nowe budynki.
- Zerd, ty pomóż tym żołnierzom, ja muszę iść i uzgodnić parę spraw z dowódcą - powiedział Leau.
- Tak jest - odrzekł młodzik i podszedł do jednego z Tarvików, aby dowiedzieć się, co ma robić.
Przydzielono go wyburzania jednej z dzielnic. Proces zbyt delikatny, jak to ujął jeden z architektów, aby używać pocisków, bo bezmyślni żołnierze zniszczą teren tak, że nic już nie będzie można tu postawić. Umieszczano specjalnie odmierzone ilości materiałów wybuchowych w wyznaczonych do miejscach budowli. Ładunki zakładano głównie na fundamenty. Krótko mówiąc, dużo roboty, a wyburzanie posuwało się dość wolno.
Zerd pracował jakieś trzy godziny, później nie tylko przyczepiał ładunki, ale także woził gruz i pomagał przy stawianiu nowych "klocków". Ciągle burczał sobie pod nosem, że nie tak wyobrażał sobie swoją pierwszą misję, że gdyby chciał odwalać taką robotę, to by poszedł pracować na budowie, a nie do wojska.
W końcu wrócił Leau. Zabrał ze sobą Zerda do jednego z jeszcze stojących, większych budynków. W tej chwili był to sztab główny wojsk na Kanassie. Budynek był dość masywny, miał dużo okien i posiadał kilka sporych rozmiarów kopuł. Monsturnowi przyszło na myśl, że to mógł być kiedyś jakiś ratusz albo siedziba władz. Ciekawiło go jak to się stało, że ten budynek nie był poważnie uszkodzony. Nie miał jednak zbyt dużo czasu, aby nad tym rozmyślać, ponieważ w środku czekali już na nich generał Iceberg i dwóch Coolantów. Pomieszczenie, w którym się znajdowali wyglądało jak sala przyjęć lub jakaś duża poczekalnia. Duża, owalna sala, w której stały różne meble wykonane z cennych kruszców, najczęściej kryształów. Changeling usiadł na jednym z krzeseł i machnął dłonią do stojących przy wyjściu żołnierzy. Po chwili podwładni przynieśli dużą mapę i rozłożyli ja na stole. Tymczasem pozostali zgromadzeni zdążyli się już wygodnie rozsiąść. Żołnierze szybko opuścili pomieszczenie, wiedząc że omawiane tu sprawy nie będą przeznaczone dla ich uszu.
- Skoro wszyscy zainteresowani już tu są, to może zaczniemy - wypalił Iceberg. Reszta tylko przytaknęła. - Co prawda nie wiem do końca o co chodzi, ale ja jestem nie od tego. Miałem pomóc Coolantom nawiązać łączność z ruchem z oporu. To nam się udało, ale nie do końca. Z niewiadomych dla mnie względów ich przywódca zgodził się spotkać tylko Coolantem o imieniu Leau. - Tutaj zakończył swój wywód. Changeling spojrzał na owego Coolanta. Leau natychmiast wywnioskował, że Iceberg chce aby to on teraz kontynuował odprawę.
- No więc, chodzi tu o zaufanie.
Wszyscy spojrzeli na pół-Sajana pytająco.
- Kanassa przyłączyła się do Imperium z własnej woli, a kiedy nie zdołaliśmy jej ochronić przed atakiem straciła do nas zaufanie.
- Dobrze, ale nadal nie rozumiem czemu chcą się spotkać właśnie z tobą - odezwał się Changeling.
- Bo widzisz, kiedy ja zaczynałem pracę w Coolantach zostałem tu przysłany jako ambasador i nadzorowałem negocjacje akcesji. Dlatego chcą się spotkać ze mną, bo mnie znają.
- Dobrze. Masz się spotkać z ich przedstawicielem tutaj - Changeling położył palec na mapie, a dokładniej na tej części która przedstawiała góry.
- Nie myśl, że puścimy cię samego - odezwała się po raz pierwszy Coolantka.
- To nam przydzielono te misję i to my ją wykonamy, nawet jeśli będziemy cię musieli zabrać ze sobą - dokończył za nią jej towarzysz.
- Wy już mieliście swoją szansę, teraz moja kolej. Wracajcie do domu i zameldujcie górze o swojej porażce - dogryzł im Leau.
- Ty pieprzony... - wybuchł mężczyzną.
- Kel! Zamknij się! - krzyknęła kobieta. Jej towarzysz natychmiast ucichł. Gestem głowy pokazała Kelowi wyjście. Szybko opuścili salę, salutując niezgrabnie. Zerd był dość zdziwiony takim przebiegiem rozmowy. Zrozumiał, że struktura organizacji, do której chciał wstąpić polegała dużym stopniu na rywalizacji miedzy jej członkami.
- Ty też powinieneś nas teraz opuścić - zwrócił się Leau do Monsturna
- Ale... - zaczął protestować młodzik.
- Już!
- Tak jest, proszę pana - Zerd, mimo że wykonał rozkaz, nie był zbytnio zadowolony i wychodząc mruknął sobie coś pod nosem.
Monsturn nie był jedynym, który był zdziwiony całym tym zajściem.
Changeling był dość zbity z tropu, ale nie dał tego po sobie poznać. Już po chwili kontynuował temat:
- Potrzebujesz czegoś? Co prawda mam tu ograniczone zasoby, ale pewne rzeczy mogę ci załatwić.
- Załatw mi nadajniki tropiące.
- Coś jeszcze?
- Z tysiąc mundurów wojsk cesarstwa. Powinny być teraz łatwe do zdobycia skoro masz tylu jeńców.
- Po co ci one? Poza tym, to nie jest takie proste jak sobie myślisz. Odebranie jeńcom ich mundurów to naruszenie konwencji - zbulwersował się Changeling. Czy ty wiesz jak można takie coś beknąć?
- Raz na jakiś czas można, nie przejmuj się cała wina w razie czego spadnie na mnie.
- Niech ci będzie, wszystko na jutro załatwię.
- Dzięki, do jutra - powiedział Leau, po czym wyszedł za swoim adeptem.
Iceberg miał kłopoty z przeanalizowaniem ostatnich rozkazów jakie otrzymał. Budowanie baz, koszar, stawianie nowych mostów, nawiązanie kontaktu z ruchem oporu to wszystko było dla niego nonsensem. Oznaczało to, że Imperium chcę się tu bronić, przed kontratakiem wojsk Cesarstwa, który nie ma się co okłamywać, na pewno nastąpi. Już sam pierwszy rozkaz odbicia planety wydał mu się osobliwy. Po co odbijać planetę o tak małym znaczeniu strategicznym? Przecież tu nic nie ma. Surowców jak na lekarstwo, naukowcy z Kanassian żadni, nawet nie jest dość dobrze usytuowana, aby mogła być bazą wypadową. Większość dochodów planety to turystyka i eksport masowo produkowanych dzieł sztuki, najczęściej opartych na Kaionizmie i innych tego typu bzdetach. Jednak rozkaz to rozkaz z nim się nie dyskutuje. Doszedłszy do takiego wniosku Changeling krzyknął na kilku żołnierzy i wydał im odpowiednie rozkazy.

Następnego dnia Zerd czekał już na swojego zwierzchnika tam, gdzie mu kazano, czyli kilka kilometrów na zachód od ruin miasta. Leau spóźniał się już dwie godziny. Monsturn był lekko wkurzony, bo stanie na równinie w palącym fioletowym słońcu nie należało do jego ulubionych czynności.
Czekał jeszcze kwadrans zanim zjawił się jego nauczyciel. Młodzik miał niespecjalną minę i już miał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Leau jednak przyuważył to i powiedział szorstko:
- Naucz się cierpliwości, jeśli chcesz cokolwiek osiągnąć. Zerd nic nie odpowiedział tylko w myślach zaczął go przeklinać. Pół-Sajan odwrócił się na pięcie i zaczął mówić:
- My, Coolanci, preferujemy naukę przez praktykę, a to znaczy, że od dzisiaj będziesz ze mną latał po całej galaktyce i wykonywał zadania wyznaczone mi przez dowództwo.
Oczy Zerda zaczęły momentalnie błyszczeć.
- Ale pamiętaj, że nie będę cię niańkował. Będę skupiony na zadaniu, a to czy ty przeżyjesz to sprawa drugo-, a nawet w pewnych okolicznościach trzeciorzędna. Rozumiemy się?
- Tak, proszę pana - odparł Zerd.
- To dobrze, a teraz leć za mną.
Obaj wznieśli się w powietrze i skierowali się na zachód w stronę gór. Monsturn dopiero teraz zauważył zmianę w wyglądzie swojego instruktora. Niby normalny coolancki kask, ale zamiast scoutera zamontowana była czarna szybka zakrywająca oczy. Zerda trochę to zaintrygowało. Przecież światło scoutera na czarnym tle będzie oślepiało użytkownika. Jednak zaraz nasunęło mu się na myśl, że Leau poświęcił urządzenie na ochronę oczu przed słońcem. Zerd zaczął żałować, że sam sobie nie sprawił czegoś podobnego, bo słońce wzeszło wyżej i zaczęło go oślepiać.
Lot trwał dobrze ponad godzinę, mimo, że Leau w pewnym momencie przyśpieszył tak, że Zerd musiał przejść w drugą formę. Nie był w stanie dogonić swojego nauczyciela, przemiana pozwoliła mu jednak na lot z taką szybkością, aby Leau nie zniknął mu z oczu.
W wyznaczonym przez Kanassian miejscu czekał już jeden z mieszkańców planety, gdy przybysze już wylądowali tubylec krzywo spojrzał na Zerda.
- Miałeś być sam - powiedział ponuro.
- To jest mój pachołek. Pomaga mi w różnych rzeczach i on idzie ze mną - odparł Leau. Widać było, że Kanassianin się waha, ale po krótkim namyślę podjął decyzję i gestem ręki kazał dwójce przybyszów iść za sobą.
Cała trójka ruszyła w stronę sporej góry. U jej podnóża było wejście przesłonięte kamieniem. "Kiedy jest dostępna zaawansowana technologia, oni używają zwykłego głazu?" dziwił się w myślach Zerd. Dalej był już tylko niekończący się tunel. Cała trójka oświetlała sobie drogę kulami energii. Leau podczas drogi mało się nie zabił. Zerd nie mógł zrozumieć dlaczego jego nauczyciel jeszcze nie zdjął tego hełmu z głowy. W końcu teraz ta przyciemniona szyba musiała sprawiać, że on praktycznie nic nie widzi.
Po niedługim marszu tunel się skończył. Dotarli do olbrzymiej, podziemnej hali. Tam na okrążonej wielkim podziemnym jeziorem półwyspie stało całe kanassiańskie miasto. Na budynkach porozwieszano lampy, które dawały jaskrawożółte światło. Oczy Zerda, które zdążyły już się przyzwyczaić do półmroku zostały porażone blaskiem żarówek. Monsturn zaczął łzawić i chwilę zajęło mu się przystosowanie do światła.
Po krótkim postoju, ruszyli w dalszą drogę. Nie weszli do miasta tylko skierowali się do mniejszych budynków, na obrzeżach. Tam, pośród wielu podobnych budowli, stał dom przypominający miniaturkę wieży. Przed wejściem do budynku stała spora grupka tubylców w czarnych zbrojach z jednym naramiennikiem. Drugie ramię było odsłonięte na ciosy, ale też miało większą swobodę ruchu.
Trójka przybyszów została zatrzymana przed wejściem. Przewodnik Zerda i Leau zaczął rozmawiać z jednym ze strażników w niezrozumiałym dla obu Coolantów języku. Chwilę później, zagadnięty strażnik wbiegł do budowli. Leau i Zerd nie musieli długo czekać, ponieważ szybko pojawił się z powrotem, zapraszając ich do środka.
Wkroczyli do budynku, następnie po krętych schodach weszli na piętro. W pomieszczeniu na najwyższej kondygnacji miniaturowej wieży stały porozstawiane tu i ówdzie kadzidła. Znajdowały się tu także kryształowe rzeźby przedstawiające podobizny Kaioshinów rozpowszechniane przez kościół kaionistyczny.
Na środku pokoju medytował chudy i dość wysoki Kanassianin. Nie różnił się wyglądem od swoich towarzyszy. Posiadał ciemnoniebieskie łuski oraz rybią głowę. Jedyną rzeczą jaka wyróżniała go spośród rzeszy podobnych do niego osobników był jego ubiór - nosił długą do kostek złotą koszulę, a jego głowę zdobił kryształowy diadem.
Pozornie, wszyscy Kanassianie byli zupełnie tacy sami jednak dla samych osobników tej rasy każda osoba była zupełnie inna i nie mieli problemów z rozpoznawaniem kto jest kto. Nikt z zewnątrz tak na dobrą sprawę nie wiedział jak oni to robią.
- Czekałem na ciebie, Leau - powiedział osobnik otwierając oczy. Wyraz jego twarzy stał się bardziej ponury kiedy spojrzał na Leau. Następnie odwrócił wzrok w stronę kolejnego przybysza. Jego oczy zważyły się w szparki, a Zerd poczuł w głowie kłujący ból, przez co mało nie stracił równowagi.
- Czyżbyś miał coś do ukrycia, chowając oczy za tą barierą szkła Leau? - wypalił z pytaniem chudzielec.
- To już nie te czasy, kiedy byłem niedoświadczony i głupi - odparł Leau.
- Tak, nie te, szkoda wielka, bo wtedy byłeś bardziej podobny do niego - powiedział Kanassianin, zerkając na Zerda.
- Przejdźmy do rzeczy bo ta rozmowa do niczego nie prowadzi - odciął się Leau.
- Skoro nalegasz.
- Nalegam.
- Muszę ci jednak powiedzieć, że ostatnio moje wizje stały się, niewyraźne, dziwne, wydaje mi się, że nawet nieprawdziwe.
- To znaczy?
- Jak wiesz, jestem w stanie nie tylko przewidzieć przyszłość, ale i przybliżony czas tego wydarzenia.
- Tak, w końcu to dzięki tobie udało nam się zminimalizować straty podczas pierwszego uderzenia Cesarstwa. Imperator bardzo cię za to ceni.
- No właśnie, a teraz cały czas widzę tragedię, jaka spadnie na mój lud i wszystko mówi mi, że to ma nastąpić w przeciągu kilku dni, a wiem, że to niemożliwe.
- Co dokładnie widzisz?
- Dużą grupę żołnierzy Cesarstwa wdzierających się tutaj i mordujących mój lud. - Mówiąc to Kanassianin dostał dreszczy i zaczął się trząść.
- Przecież rozbiliśmy ich siły, poza tym nie znają położenia waszej kryjówki, nie mówiąc już o u tym, że ciężko byłoby się teraz zorganizować małym grupkom, w końcu są ścigani po całej planecie.
- No właśnie. Dlatego obawiam się, że coś mogło się stać z moimi zdolnościami, a kolejne przepowiednie mogą nie być już wiarygodne.
- Imperator nie będzie zadowolony - skomentował głośno Leau.
- Wyjdźmy na zewnątrz, chciałbym się przejść - odciął się prorok.
- Tak, panie, już szykuję oddział - odezwał się Kanassianin stojący na schodach.
- Nie fatyguj się, chcę się przejść bez obstawy
- Ale panie...
- A jeśli nawet coś by się wydarzyło ci dwaj Coolanci mnie obronią.
- Tak panie.

- To gdzieś tutaj - powiedziała postać ubrana w białą zbroję cesarską.
- Jesteś pewien? - spytała się druga postać, nosząca taki sam pancerz.
- Tak, urządzenie wskazuje, że to gdzieś w okolicy.
- Na pewno?
- Jak nie wierzysz, sama spójrz.
- Dobra, wierzę, ale to jest lita skała.
- To znaczy, że gdzieś tu musi być ukryte przejście. Leć po resztę, trzeba je znaleźć jak najszybciej.

Przed wyjściem z tunelu stało dwóch Kanassian. Obaj mieli na sobie typowe dla nich ubrania, czyli czarna zbroja z jednym naramiennikiem i fioletowa koszula do kolan. W rękach trzymali włócznie. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że są znudzeni. Stali już tam ponad godzinę i monotonia sytuacji stawała się powoli nie do zniesienia. Nagle z wnętrza tunelu dobiegł dźwięk jakby przewróciło się kilku ludzi. Następnie z tego samego źródła co przedtem popłynęła seria szpetnych przekleństw. Zaalarmowało to obydwu strażników i podczas, gdy jeden rzucił się w głąb hali ściągnąć posiłki, drugi wszedł do tunelu, aby sprawdzić ocenić zagrożenie. Szedł powoli z wystawioną przed sobą włócznią. Nie stworzył kuli energii do oświetlenia sobie drogi. Wolał poruszać się po ciemku. Kilka metrów później usłyszał kolejny hałas tym razem niebezpiecznie blisko siebie. Zdjął jedną rękę z broni. Postanowił, że teraz będzie odpowiednia chwila na oświetlenie tunelu. Chwilę później w jego ręku iskrzyła się białym światłem niedużych rozmiarów kula energii. Blask sfery rozproszył ciemności. Strażnik został na chwile oślepiony kiedy światło kuli odbiło się od szybek na oczy kasków żołnierzy cesarstwa.
- O chole...
Nie zdołał powiedzieć niczego więcej, bo w jego stronę pomknęła seria pocisków energetycznych. Biali wiedzieli, że zostali wykryci, więc któryś z ich dowódców krzyknął: "Naprzód". Wszyscy żołnierze zaczęli biec nie zważając na hałas jaki tym wywołują. Wkrótce z przejścia zaczęli kolejno wylewać się cesarscy. Kanassianie nie zdążyli jeszcze dobiec, kiedy już w hali było stu wrogich żołnierzy, a ciągle przybywali nowi. W końcu jednak straż zdążyła się zorganizować i uderzyła na "białych". Byli jednak za bardzo rozproszeni, a atak był niezdecydowany i zostali szybko odparci. Szybko do napierających dołączyli żołnierze z wnętrza miasta i rozpoczęła się regularna bitwa.

Trzy postacie przechadzały się wzdłuż brzegu jeziora. Rozmowa, która odbywała się tam odbywała była dość luźna. Można by rzec, że rozmawiano o niczym, ale do czasu. Prorok zaczął podkreślać jak trudny jest jego fach:
- Przyszłość jest jak rzeka. Można określić koryto, czas wylewu, ale także jak rzeka jest w ciągłym ruchu. Czasami też zdarzają nieprzewidywalne powodzie.
- Więc nie jesteś w stanie powiedzieć na sto procent, czy tak będzie czy nie? - spytał Leau.
- Ja mogę pokazać kontur, jego kształt, ale nie zawsze jestem w stanie określić jakiego koloru będzie wypełnienie.
- Więc nie - skomentował Leau.
- Powiedz mi, co, oprócz wizji dotyczących Kanassy, widziałeś?
- Nic. To widzenie tak mną wstrząsnęło, że przez pewien czas nie mogłem się skupić na przyszłości.
- Niedobrze. Przysłano mnie tu głównie dla informacji, a okazuje się, że wrócę z pustymi rękami.
- Wybacz, ale w tych warunkach nie jestem w stanie nic zrobić. Jeśli za kilka dnia przepowiednia okaże się fałszywa uspokoję się i będę w stanie dalej "widzieć".
- Kilka dni... - powtórzył Leau.
- Tak.
- Skoro już rozmawiamy o warunkach to oferta Imperatora jest nadal aktualna. Mógłbyś osiąść na jednej z jego centralnych planet i tam w ciszy i spokoju pracować.
- Z całym szacunkiem dla Imperatora i jego gościnności, ale warunki jakie mam tutaj odpowiadają mi dużo bardziej.
- Jesteś tego pewny, czy twoja odpowiedź również jest jak rzeka? - zadrwił Leau.
- Jest pewna jak lodowce na rodzinnej planecie twojego Imperatora.
Podczas całej tej rozmowy Zerd trzymał się z boku nie odzywając się prawie wcale. Raz tylko coś napomknął gdy dwaj jego towarzysze rozmawiali o sytuacji Imperium. Został jednak natychmiastowo spiorunowany wzrokiem przez swojego nauczyciela i od tego czasu siedział cicho. Głównie przyglądał się tafli jeziora, lub co jakiś czas spojrzał na majestat stalaktytów wiszących nad wodą. Próbował rozmyślać, aby odpędzić od siebie obrazy jakie wysyłał mu prorok za każdym razem, gdy spojrzał w jego stronę.
Wizje jakich doznawał Zerd mówiły o obowiązku, poczuciu sprawiedliwości, i żeby nigdy nie zatracić siebie. Monsturn nie bardzo wiedział czemu Kanassianin bombarduje go tymi widzeniami. Co chciał przez nie osiągnąć? Może coś zobaczył, ale przed chwilą mówił, że ma problemy z "widzeniem". Może kłamał. Monsturn był zdezorientowany - nie dość, że nie mógł się skupić na innej rzeczy niż prorok, to każdy obraz wydawał się kolejną igła wbitą w czaszkę. Czy tak widzi prorok? Czy każdej wizji towarzyszy ból? Kolejne pytania pojawiały się w głowie Zerda. Pytania, na które nie było żadnej jasnej odpowiedzi.
Następny obraz, następną wbita igła. Monsturn miał już tego dość, ale nie wiedział jak to zatrzymać. Chciało mu się krzyczeć. Co gorsza, Leau wydawał się wiedzieć co przeżywa jego uczeń. Za każdym razem kiedy Kanassianin spoglądał w stronę młodzika na twarzy pół-Sajana pojawiał się skryty uśmiech.
Ulga przyszła z najbardziej nieoczekiwanej strony. O rozproszenie uwagi proroka skutecznie zadbał duży wybuch, który pojawił się niedaleko zachodniej granicy miasta. Cała trójka odwróciła się w stronę wybuchu, ale tylko dwójka obserwowała go z ze zdziwieniem i lękiem w oczach. Leau nawet się uśmiechnął ale tak, żeby prorok nie mógł tego zauważyć. Chwilę później do trójki towarzyszy podbiegła grupa strażników. Jeden z nich, zdyszany zaczął tłumaczyć sytuacje swojemu wodzowi:
- Panie! To żołnierze Cesarstwa! Atakują nas! Przełamali pierwszy linie obrony! Będziemy musieli bronić się na ulicach! Prorok już chciał zacząć wydawać rozkazy, ale w ostatnim momencie przerwał mu Leau:
- Musimy zabrać cię stad do bezpiecznego miejsca! Czy znacie coś takiego w okolicy?
- Tak, podwodna jaskinia przy południowej części miasta - odparł jeden ze strażników.
- Dobrze, my się zajmiemy eskortą, a wy idźcie pomóc reszcie bronić miasta - powiedział Leau.
- Nie bardzo mi się to wszystko podoba - odparł jeden ze strażników.
- Idźcie, my sobie poradzimy - poparł pomysł pół-Sajana prorok. Kanassianie skinęli głowami i biegiem popędzili w stronę miasta.
- No, mały, masz szanse się sprawdzić. Idź pierwszy i wypatruj wroga. W razie czego, daj sygnał, a my pójdziemy inną drogą - wydał rozkaz Leau.
- Tak jest.
Cała trójka, ze szpicą za Zerda, dotarła spokojnie na obrzeża miasta. Z zachodniej części zabudowań unosiły się chmury czarnego dymu, które, nie znajdując żadnego większego ujścia, kłębiły się przy stropie wielkiej hali. W mieście, trzyosobowa drużyna trzymała się razem. Tutaj było o wiele niebezpieczniej niż na pustej przestrzeni, w końcu w każdej chwili zza rogu mógł wyskoczyć jakiś cesarski.
W pewnej chwili przewodzący całej tej eskapadzie Leau powoli, ale systematycznie zaczął zmieniać kierunek marszu tak, że chmury czarnego dymu zamiast oddalać zaczęły się przybliżać. Zerd i prorok na początku tego nie zauważyli i podążali drogą wytyczoną przez pół-Sajana. W końcu jednak prorok zorientował się gdzie idą.
- Leau, uważaj gdzie idziemy. Jeszcze trochę i znajdziemy się w sercu bitwy. Kryjówka jest tam, na południe - zwrócił uwagę prorok. Leau jednak nic nie odpowiedział i zaczął ciągnąć swojego towarzysza na zachód. Prorok szybkim ruchem ręki wyszarpał się z uścisku pół-Sajana i odskoczył na małą odległość.
- Ty nigdy nie chciałeś iść w stronę kryjówki, zdrajco! Straże! - zaczął krzyczeć.
Leau, nie czekając aż pojawią się posiłki, doskoczył do proroka i szybkim ciosem w kark pozbawił go przytomności. Zerd był zdezorientowany zaistniałą sytuacją. Nie wiedział jak ma teraz postąpić. Stał tam tylko i przyglądał się rozwojowi sytuacji. Leau wyjął jakieś urządzenie ze spodni, a zaraz po tym skoczył do niczego niespodziewającego się Monsturna. Silnym uderzeniem w nos posłał go na ścianę jednej budowli. Chwilę później przybiegło kilku strażników.
- To zdrajca! Najpierw ogłuszył waszego pana, a później rzucił się na mnie! Patrzcie znalazłem to przy nim. To lokalizator dzięki temu Cesarscy odkryli waszą kryjówkę! - zaczął Leau.
- Zdrajca! - krzyknęli Kanassianie.
- Zajmijcie się nim, a ja zajmę się waszym panem - rozkazał pół-Sajan.
- Z przyjemnością - rzucił jeden ze strażników.
Kanassianie rzucili się na Monsturna, który próbował wytłumaczyć, że to wszystko nieprawda i że to nie on jest winien, ale nikt go nie słuchał.
Podczas gdy strażnicy walczyli z Zerdem, Leau zniknął z pola widzenia. Z prorokiem przewieszonym przez ramię kierował się w stronę terenów objętych walką. Monsturn był w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Walka z pięcioma przeciwnikami jednocześnie nie należała do łatwych. Zerd, aby uniknąć wszystkich ciosów musiałby mieć oczy dookoła głowy. Dlatego też co raz częściej przyjmował ciosy.
W pewnej chwili zdecydował się na atak. Wyskoczył wysoko w górę, zgromadził energię i wypuścił strumień żółtego światła. Atak nie był skierowany we wrogów, ale pomknął w stronę średniej wielkości budynku. Eksplozja uszkodziła budynek na tyle, że zaczął się walić, wzbijając tumany kurzy, które na chwilę oślepiły i przydusiły Kanassian. Zerd wykorzystał tę okazję i szybko pobiegł za swoim nauczycielem. Nie wiedział jeszcze co zrobi kiedy go dogoni, ale wiedział, że niezależnie od wszystkiego, musi go złapać.
Biegł tak jeszcze kilkanaście minut, aż w końcu zmęczył się i chowając się w jednej z alejek postanowił odpocząć. Podczas gdy łapał oddech ulicą główną przebiegli jego oprawcy, którzy ruszyli za nim w pogoń. Zerd miał świadomość, że na jakiś czas ich zgubił i poczuł swojego rodzaju ulgę, ale zaraz po tym przypomniał sobie o Leau, i o tym, że, gdy podczas on tu siedzi ten pół-Sajan coraz bardziej się oddala.
Zmobilizował się i starając się obrać taką drogę, aby nie wpaść na strażników, kontynuował pościg za swoim przełożonym. Po kilku minutach kluczenia między pobocznymi ulicami, wybiegł na plac, z okolic którego wydobywało się sporo czarnego dymu.
Większość terenu była zajęta przez walczących. Wszędzie świstały pociski energetyczne, które co jakiś czas trafiając w pobliskie budynki, zapalały je lub burzyły. Cesarscy z każdą chwilą zdobywali coraz większą przewagę nad starającymi się ich odeprzeć Kanassjanami. Zerd wiedział, że tutaj raczej nie uda się uniknąć walki, więc postanowił biec przed siebie i walczyć z pierwszą osobą, która spróbuje go zatrzymać.
Był to błąd - nie wziął pod uwagę zabłąkanych pocisków i kiedy biegł "na oślep" jeden z nich uderzył obok niego. Podmuch był na tyle silny, że rzucił Zerda w grupkę Kanassjan. Pech chciał, że ową grupką byli jego wcześniejsi przeciwnicy. Monsturn odwinął się szybko i przyjął postawę do walki. Wiedział, że tym razem nie uda mu się uniknąć potyczki.
Odczekał co zrobią jego przeciwnicy. Wydawali się niezdecydowani, ale już chwilę później ruszyli do walki. Najpierw został zaatakowany przez dwóch strażników, którzy jednocześnie wyprowadzili cios nogą. Sparował atak na przedramiona. Następnie, szybkim ruchem skierował ręce w stronę Kanassjan i wypalił w nich dwa silne pociski ki. Przeciwnicy zostali popchnięci na ściany. Wraz z uderzeniem ich ciał o ścianę kulę energii na ich ciałach eksplodowały, rozrywając ich na kawałki.
Ten atak pozbawił Zerda ogromnej ilości energii, a Monsturn musiał się jeszcze rozprawić z trzema przeciwnikami, nie wspominając już o tych, których mógł spotkać podczas dalszego pościgu.
Cała ta akcja zaskoczyła pozostałych strażników. Zaczęli się wahać. Zerd wykorzystał to i kumulując resztki energii przeszedł w drugą formę. Dzięki temu stał się o wiele szybszy i silniejszy. Kanassianie, widząc co się stało postanowili nie dawać Monsturnowi chwili wytchnienia, bo nie wiedzieli co on jeszcze może wymyślić.
Spróbowali tego samego manewru co poprzednio, z tą różnicą, że trzeci miał zaatakować nogą w brzuch. Akcja powiodła się. Zerd parując dwa pierwsze ciosy odsłonił się i otrzymując potężny od trzeciego przeciwnika cios w brzuch zgiął się w pół. Wykorzystali to dwaj Kanassianie, jednocześnie uderzając swojego przeciwnika łokciami w kark. Zerd upadł na ziemię, zamroczony. Ostatkami sił zdołał się jednak odturlać i podnieść na równe nogi. Co prawda huczało mu w głowie niemiłosiernie i nie widział jeszcze za dobrze, ale odruchowo przyjął odpowiednią postawę.
Kanassianie ponowili atak. Tym razem jeden z nich próbował podciąć Zerda. Spudłował, a ataki dwójki jego rodaków natrafiły na blok. Monsturn postanowił przejść do ofensywy. Ruszył w wyciągniętymi na boki rękoma stronę dwóch najbliższych strażników. Tamci nie zdążając odskoczyć zostali powaleni na ziemię, gdy ramiona Zerda ciężko uderzyły w ich głowy. Kolejnego przeciwnika zaatakował kopniakiem, ale tamten uskoczył i kopiąc Zerda w zgięcia nóg powalił go na kolana. Kanasjanin chciał wykończyć przeciwnika kolejnym ciosem w kark, ale Monsturn w ostatniej chwili złapał go za rękę i nadal klęcząc, rzucił o ścianę jednego z ocalałych budynków.
Szybko poderwał się na równe nogi i ruszył w stronę podnoszących się właśnie strażników. Pierwszego staranował barkiem, posyłając kilka metrów w tył. Z drugim Kanassianinem rozpoczął wymianę ciosów. Ataki obydwu przeciwników albo napotykały blok albo były unikane, jednak taniec ten przerwał strażnik, uderzając Zerda w twarz, potem jeszcze raz w gardło i dokończył serię kolanem w brzuch.
Monsturn po raz kolejny upadł na kolana. Upadając oparł się rękoma o klatkę piersiową Kanassianina. Strażnik złapał już go za szyję, aby skręcić mu kark, gdy Zerd wystrzelił z rąk falę energii, która wypaliła w jego przeciwniku spora dziurę. Monsturn odepchnął upadającego trupa i po raz kolejny, tym razem już całkowicie wyzuty z energii, wstał na równe nogi. Poczuł jak moc ucieka z niego z każdym oddechem i chwilę później wrócił do swojej pierwszej formy.
Pot ciekł z niego strumieniami. Wiedział, że w takim stanie nie będzie mógł odeprzeć żadnego ataku, a na te nie trzeba było czekać długo. Pozostali dwaj Kanassianie rzucili się na swojego przeciwnika. Zaczęli go okładać kolejnymi ciosami. Zerd nie mogąc się już bronić przyjmował ciosy jak worek treningowy. Tubylcy szybko się tym znudzili i kopiąc go jednocześnie, posłali go w sam środek placu, gdzie znajdowali się inni walczący. Zerdowi niewiele już brakowało do utraty przytomności, jednak z całych sił starał się utrzymać jasność umysłu. Spróbował się także podnieść, ale był za bardzo zmęczony i poraniony, aby to zrobić. Leżąc, widział zbliżających się do niego z jednej strażników, a z drugiej cesarkich, którzy zaczęli już przełamywać ostatnie linie obrony Kanassian.
- Zerd! - dobiegł krzyk od kogoś z tłumu. Monsturnowi głos wydał się dziwnie znajomy ale powoli zaczął tracić świadomość i nie mógł sobie przypomnieć do kogo on może należeć. Po chwili zobaczył nad sobą dwóch Kanassian. Nietrudno było zgadnąć, że przyszli go dobić. Jeden z nich podniósł Zerda z ziemi i ustawił go w taki sposób, aby drugi miał czystą pozycję do zadania ciosu.
Kanassianin zaczął już kumulować energię, gdy fala energetyczna dosłownie urwała mu głowę. Strażnik trzymający Zerda nie zdążył nawet zareagować. Otrzymał potężny cios nogą w głowę od kobiety ubranej w cesarską zbroję. Następnie dziewczyna, drugim, równie potężnym kopnięciem przebiła Kanassianina na wylot.
Podbiegła do leżącego na ziemi Zerda i zdjęła swój kask. Miała ognistoczerwone włosy oraz ciemnoniebieską skórę. Była to Nadja, osoba, którą Monsturn znał i mógł nazywać przyjaciółką. Chwilę później do Zerda dobiegł kolejny żołnierz, dwumetrowy mężczyzna. Mimo, że on nie zdjął swojego nakrycia głowy Monsturn pobudzony pojawieniem się Nadji rozpoznał go po głosie. Był to Nath.
- Co z nim? Wyjdzie z tego? - dwumetrowy mężczyzna zwrócił się do dziewczyny.
- Myślę, że tak. Jest poważnie obity, ale nic co mogło w by go od razu zabić. Trzeba by go tylko stąd wynieść i zanieść do jakiegoś medyka.
- Dobra daj mi go.
Nath przewiesił sobie Zerda przez ramię i skierował się w stronę wejścia do Tunelu.


Przejdź do <-- Rozdział 6 / Rozdział 8 -->

Autor: Tajtus


1153 Czytań | Drukuj