Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfik: DBPH Rozdział 3
Dodane przez Gokusiek dnia 05-01-2011 21:47

  
"Rozdział 03"



Wybuch wojny wstrząsnął całą galaktyką, nawet Vegetą zamieszkiwaną przez rasę Sajanów, świecie, który od niedawna stał się największym punktem werbunkowym w przestrzeni. Na tej czerwonej planecie właśnie odbywał się wiec, w którym uczestniczył król i wszystkie ważne Sajańskie osobistości. Aktualnie rozpatrywany był problem wynajmu najemników dla obcych armii. Był to dość gorący temat, więc nie uniknięto kilku drobnych sprzeczek. Ale było to dopiero zapowiedzią nadchodzącej burzy.

Pomieszczenie, w którym prowadzono dyskusje było owalne i pomalowane na czerwony metaliczny kolor. Brakowało okien, co sprawiało, że pokój od środka wyglądał jak bunkier. Przy wejściu ustawiono coś w stylu półokrągłego amfiteatru, a na środku pomieszczenia, frontem do zebranych, stał masywny tron, na którym siedział król Vegeta. W końcu do głosu doszedł Sajan siedzący w środku tego amfiteatru. Miał on bujną, czarną czuprynę. Kilka blizn na twarzy i ciemnozieloną szatę z przyczepioną białą peleryną.
- Panie... czy widziałeś liczbę ofiar... dwadzieścia tysięcy poległych Sajanów po stronie Cesarstwa... piętnaście po stronie Imperium... przy takiej średniej, nasza rasa niedługo zniknie - zaczął.
- Co więc proponujesz, generale Bardock? - spytał król.
- Walczyć.
- I zginąć. Jeśli zniesiemy istniejący porządek rzeczy, Slug albo Cold rzucą się na naszą planetę, a my nie będziemy zdolni odeprzeć ich uderzenia. Lepiej się podporządkować - wysunął kontrargument władca.
- I zginąć... Panie, czy ty jesteś ślepy nie widzisz co się dzieje. Wszyscy nasi najlepsi wojownicy niedługo znikną i nie będziemy w stanie bronić naszej planety.
- Generale Bardock jeszcze słowo, a posądzę cię o zdradę! Siadaj! - uniósł się król. Bardock usiadł z miną typu "zaraz zmienię się w oozaru i odgryzę ci głowę". Po tym wydarzeniu w sali zrobiło się trochę bardziej nerwowo i nikt nie śmiał już polemizować z królem Vegetą.
Po zakończeniu wiecu wszyscy zebrani rozeszli się do swoich domów. Jedynie Bardock poszedł do portu kosmicznego. Załatwił wszystkie formalności i wsiadł do swojej kapsuły, która obrała na kurs na jedną z planet Imperium. Sajan podczas podróży myślał nad wydarzeniami minionego dnia:
"Vegeta stał się słaby. Przez niego wszyscy niedługo będziemy leżeć martwi na jakimś zapomnianym przez cywilizacje polu bitwy. Myślałem, że może go jakoś przekonam. Nie udało mi się. Niestety trzeba będzie go usunąć. I mimo swojej potęgi nie powstrzyma tego, co dla niego przygotowałem, a wtedy Imperium, Cesarstwo, Baronat, Hegemonia, Rubież, wszyscy będą musieli się ugiąć przed potęgą rodu Sajanów."

Obie armie ustawiły po przeciwnych brzegach rzeki. Każda z walczących stron wiedziała, że wynik tej potyczki zadecyduje o wyniku całej bitwy, a jeśli patrzeć dalej w przyszłość, to może mieć duży wpływ na losy wojny. Jednak w tej chwili Zerd nie myślał o takich rzeczach. Bardziej obchodziły go takie "banały", jak przetrwanie. Na szczęście dla niego Nath, załatwił mu miejsce w oddziałach wspomagających, choć z trzydziestoma trzema tysiącami jednostek powinien walczyć w szeregach szturmowych. Monsturn obejrzał żołnierzy, z którymi przyjdzie mu walczyć ramię w ramię. Wojowie pochodzili z najróżniejszych ras, nawet takich, o których Zerd słyszał, że istnieją, ale nigdy nie miał no to "namacalnego" dowodu.
Młody chłopak skierował wzrok także w stronę wroga. Tam w przeciwieństwie do jego "braci" nie było widać kto jest z jakiej rasy, ponieważ białe zbroje, z kaskami tego samego koloru dobrze to ukrywały. Przynależność gatunkową można było wydedukować jedynie po wzroście, ilości rąk, rodzaju ogona i tego typu rzeczach. Nagle Zerd usłyszał potężny krzyk dochodzący zza jego pleców:
- Baczność!
Wszyscy żołnierze jak jeden mąż przyjęli odpowiednią postawę. Nie minęło kilka chwil, a przed szeregi wyszedł osobnik ubrany w złotą imperialną zbroję. Był to Changeling w pierwszej formie. Miał czarne połyskujące rogi, zielony jakby szklany "ochraniacz" na głowie, fioletowy odcień skóry oraz nos, który wyglądał jakby był zrośnięty po złamaniu. Zerd rozpoznał go od razu. Iceberg. Jeden z najlepszych generałów polowych Imperium. Nie tylko doświadczony dowódca, ale także bohater tej wojny. Miał na swoim koncie takie wyczyny jak zwycięstwo na Geelins, czy umożliwienie odwrotu z Norad wojskom Arktosa.
Changeling rozpoczął swoje mowę, która miała zachęcić żołnierzy do walki i w przypadku Zerda odniosło to zamierzony skutek. Monsturn poczuł jak rozpiera go energia. Zmiennokształtny skończył przemawiać i odszedł na pewną odległość aby ustawić się na niewielkim wzniesieniu. Stamtąd najwidoczniej chciał kierować ruchami jednostek.
Zerd zerknął jeszcze na stronę przeciwnika i dostrzegł, że tam odbywa się podobny proces. W końcu, po ustawieniu się obu dowódców wszystko się zaczęło. Oddziały szturmowe obu armii wyskoczyły w powietrze i starły się nad kanassyjską rzeką. Zerd oglądając pierwsze zadane ciosy tej potyczki i pokrzepiony przemową Iceberga zaczął żałować, że nie był w pierwszej linii.
Niebo co chwilę rozświetlane było wybuchami pocisków ki, a żołnierze obu stron utworzyli coś w stylu w dwóch "rozproszonych murów". Można było dostrzec, że jest to walka do końca, ponieważ co jakiś czas ktoś martwy lub ciężko ranny wpadał z głośnym pluskiem do rzeki. Krótko mówiąc trup słał się gęsto.
Monsturn nie musiał długo czekać na okazję do przetrącenia kilku karków. Generał Iceberg nakazał reszcie wojska ruszyć do boju. Wszyscy "wspomagacze" jak jeden mąż wyskoczyli w stronę walczących. Zerd rozpędził się do granic możliwości i uderzył pięścią w brzuch jednego ze znajdujących na jego drodze wojowników Cesarstwa. "Cesarski" odleciał na kilka metrów, ale po chwili doszedł do siebie i rozpoczął własny atak. Wyprowadził dwa następujące po sobie ciosy pięścią wymierzone w twarz. Monsturn zablokował oba i wprowadził haka wycelowanego w brzuch przeciwnika. Trafił.
Cios spowodował, że żołnierz cesarstwa zgiął się wpół. Zerd wykorzystał nadarzającą się przewagę i uderzył pięścią w tył głowy wroga. Uderzenie okazało się na tyle silne, że opancerzony wojownik zaczął spadać. Monsturn poprawił jeszcze małym ki blastem, który nadał trafionemu sporą szybkość, z którą uderzył w taflę wody.
Zerd rozejrzał się po okolicy i zobaczył walczących dookoła niego żołnierzy. Poczuł się lekko zdezorientowany ponieważ nie wiedział kogo ma teraz zaatakować. Na szczęście lub na nieszczęście wrogowie sami go znaleźli. Było ich trzech.
Monsturn przyjął postawę bojową i czekał na ruch wroga. Oczekiwanie nie trwało długo, ponieważ cała trójka zdecydowała się na jednoczesny atak. Zerd zdołał odeprzeć dwa pierwsze, ale trzeci trafił go prosto w nos. Monsturn odleciał kawałek, otarł wyciekającą z nosa krew, poprawił zieloną czuprynę i ruszył do natarcia. Napotkał kontrę dwóch z napastników. Młodzik zdziwił się dlaczego trzeci się nie włącza, ale stwierdził, że z dwoma naraz pójdzie mu o wiele lepiej niż z trzema, więc się tym zbytnio nie przejmował.
Nie mylił się - dwójka przeciwników nie dawała mu rady. Po pewnym czasie nie przestali nawet nadążać z blokami czy unikami. Krótko mówiąc, dostawali równo w dupę. W chwili gdy Zerd chciał już kończyć walkę jego przeciwnicy odskoczyli na boki, a trzeci dotychczas nie biorący udziału w starciu wystrzelił, w stronę zmiennokształtnego, sporych rozmiarów strumień ki. Monsturn zdecydował się przyjąć atak na blok. Był to błąd, ponieważ w chwili gdy ki napotkała opór spaliła materiał na jego rękach i zaczęła palić jego ciało.
Młody wojownik wiedział, że teraz już nie może zrobić uniku i musiał utrzymać się aż do końca tego ataku. Czuł ogromny ból i swąd palonego mięsa, ale wytrzymał. W końcu atak dobiegł końca. Zerd wisiał w powietrzu oszołomiony atakiem, a może bólem. To nieistotne. Ważne było jednak, że nic nie robił i przez to oberwał nogą w bok głowy. Spadając dostał kolanem w plecy co zmieniło trajektorię jego lotu. Gdy spadał, zauważył lecący w jego stronę mały pocisk ki. Z pewnością wystrzelony po to aby go dobić. Monsturn uniknął ataku wyhamował lot i z pełną prędkością zaszarżował na strzelca. Uderzył go głową w brzuch, następnie złapał go za rękę i rzucił w stronę jednego z dwóch nadlatujących przeciwników, po czym wystrzelił sporych rozmiarów pocisk ki, który zabił obydwu zderzonych ze sobą wojowników.
Zaaferowany akcją jaka mu wyszła, Zerd zapomniał o trzecim wrogu, za co przyszło mu drogo zapłacić. Zarobił kopniaka w brzuch co sprawiło, że wypluł trochę śliny zmieszanej z krwią, a po chwili dostał kolanem w podbródek. To uderzenie pozbawiło go kilku zębów. Otrzymał także cios pięścią w twarz. Oberwałby jeszcze więcej, gdyby w porę się nie zreflektował i nie zablokował kolejnych czterech ciosów.
Przyszła jego kolej na działanie. Wyprowadził serię ataków pięścią na korpus przeciwnika, którego atak ten pozbawił tchu. Monsturn złapał "Cesarskiego" za głowę i zaczął nim obracać. Po kilku szybkich obrotach wyrzucił go w stronę wody, a następnie zbombardował go serią pocisków ki. Cesarski żołnierz, cały poraniony i tylko w strzępkach zbroi zderzył się z powierzchnią wody. Zerd już nieźle wymęczony wiedział, że to jeszcze nie koniec i zaczął się rozglądać za nowym przeciwnikiem.

Freezer właśnie obudził się i uświadomił sobie, że leży w łóżku z nagą Winter, w jej pokoju. Zresztą on też był w negliżu, co mogło oznaczać tylko jedno.
Changeling nie dużo pamiętał z tego co się wydarzyło poprzedniej nocy, jednak nie to było najgorsze. Czacha rypała go tak, jakby za chwile miała eksplodować. Tak, to był kac. Przeciwnik tak potężny, że pokonał już wszystkich najsilniejszych wojowników tej galaktyki. Freezer zaczął szukać swoich ubrań, ale po drodze przewrócił się o dwa wibratory i parę kajdanek.
"Na kaioshinów co myśmy tu robili" pomyślał zmiennokształtny dostrzegając swoje spodnie wiszące na oparciu krzesła. Po chwili miał je na sobie, ale teraz przyszła druga kwestia. Gdzie zbroja?
"Jak będę tak wszystkiego szukać to do jutra stąd nie wyjdę." - Przyszło mu do głowy, żeby obudzić Winter, ale z drugiej strony nie chciał wiedzieć co się tu tak naprawdę wydarzyło.
Trochę to trwało zanim Freezer skompletował ubiór, ale kiedy mu się to udało uznał, że musi już wracać do jednostki. Na Xenomorf była wczesna godzina, więc wszyscy w swoich pojazdach spieszyli się do pracy. Changeling myślał, że nie wytrzyma i padnie trupem zanim doczłapie się do jednostki. Kac potęgował zgiełk, co sprawiało, że odczuwał potężny ból głowy.
Mimo wszystkich tych niekorzystnych czynników i wbrew przewidywaniom analityków Freezer dotarł w końcu do jednostki. Tutaj panowała względna cisza ponieważ żołnierze zajmowali się rozkazami wydanymi przez ich dowódców. Co jakiś czas musiał odwzajemnić salut jednego z przechodzących żołnierzy, ale to mu nie przeszkadzało. Miał nadzieję, że nie spotka kogoś przez, którego ta cisza mogłaby być brutalnie zniszczona.
Już prawie dotarł do swojego biura, gdy nagle znikąd pojawił się Kivi. Zaczął mu truć, że on sobie chodzi na dyskoteki, a tu wojna i trzeba zająć się ważnymi dokumentami, dyplomacją i tego typu rzeczami. Changeling już miał użyć go zamiast mopa, żeby wyfroterować podłogę, ale w ostatniej chwili się powstrzymał i powiedział do swojego podwładnego-nadzorcy.
- Kivi, dobra, zajmę się tym wszystkim, ale mam do ciebie prośbę: przynieś mi słoik aspiryny i ten twój napój "anty-kac".
- Już się robi, szefie. - Kivi oddalił się po wymienione wcześniej środki. W tym czasie Freezer wszedł do biura i rozłożył się w swoim fotelu. Nagle za sobą usłyszał głos:
- Książę Freezer... Mam dla ciebie pewną propozycję... Nie do odrzucenia.
Freezer natychmiastowo się obrócił i zobaczył małego Bass-jina ubranego w cesarską zbroję.


Przejdź do <-- Rozdział 2 / Rozdział 4 -->

Autor: Tajtus


1213 Czytań | Drukuj