Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfik: DBPH Rozdział 1
Dodane przez Gokusiek dnia 04-01-2011 23:25

  
"Rozdział 01"


Skalista pustynia, podczas zachodzącego słońca była nadzwyczaj piękna i zmuszała do głębokich refleksji, ale Gohan tego nie dostrzegał. Nie dostrzegał nic, co mogłoby go w jakiś sposób rozproszyć. W tej chwili istniała tylko jedna rzecz ON i nic po za Nim. ON zabił jego najlepszego przyjaciela, ciotkę, armie buntowników, dawnego mistrza, a co najważniejsze osobę, która Gohan kochał ponad swoje życie. Wszystkie te zbrodnie nie mogły pozostać bez kary. Zaproponował MU więc walkę jeden na jednego. Wiedział, że nie odmówi sobie tej przyjemności, wiec stal i czekał. Z jego 21-noletniej twarzy można było wyczytać chęć zemsty, co w zestawieniu z bliznami po walkach sprawiało, że wyglądał jak najdziksze zwierzę podczas mordowania swojej ofiary, a walka miała dopiero nadejść. Gohan ubrany był w czerwony strój ze znakiem szkoły żółwia na piersi i na plecach oraz lekkie buty, idealne do skakania i do walki z użyciem nóg.
Minęła jeszcze chwila czasu, aż w końcu Gohan zauważył GO na niebie. Leciał z olbrzymia szybkością, która zawsze zaskakiwała młodego wojownika. Wiedział, że jego przeciwnik jest od niego o wiele silniejszy, ale musiał to zrobić. Dla mistrza, przyjaciół, a przede wszystkim dla Videl. Jego przeciwnik wylądował kilkanaście metrów dalej obarczając go wzrokiem typu "czuj się zaszczycony, że zgodziłem się przybyć".
- Piccolo - wycedził przez żeby młody wojownik
Tak, to był Piccolo. Był ubrany w ciężkie metalowe buty, czarne spodnie, fioletową koszule, która nie miała rękawów oraz jasny, beżowy pas.
- Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Syn zginie z tej samej ręki, co jego ojciec - powiedział, a właściwie wygłosił Piccolo. Zaraz, gdy skończył mówić na jego twarzy namalował się demoniczny uśmiech. Gohan widział, że jego wróg jest bardzo pewny siebie. Był zły. Nie dlatego, że ta pewność mu ubliżała, ale dlatego, że miała dobre uzasadnienie. Piccolo był od niego silniejszy, szybszy, wytrzymalszy, bardziej doświadczony oraz lepszy technicznie. Gohan przeważnie zawsze poważną sytuacje obracał w żart, ale tym razem nie miał zamiaru tego robić. Jak nigdy, był śmiertelnie poważny.
- Zamknij się i walcz - skwitował krotko, po czym ruszył do ataku. Zaatakował serią uderzeń pięścią oraz kończąc efektownym kopem, wycelowanym w klatkę piersiową demona.
O dziwo, Piccolo nawet nie próbował się bronić i wszystkie ciosy dotarły celu. Piccolo stał, jakby te ciosy były morska bryza uderzająca w jego ciało. Gohan poczuł wściekłość. Całą swoją ki skoncentrował w pięści i wyprowadził prawy sierpowy w twarz przeciwnika. Ten cios również nie odniósł zamierzonego skutku, ale nie był to kolejny nie wypał, ponieważ głowa Piccolo odskoczyła do tyłu, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Gohan postanowił wykorzystać tę małą przewagę. Wyskoczył w powietrze, aby zadąć "zielonemu" cios nogą z półobrotu. Ku jego zdziwieniu i przerażeniu, trafił w pozostawione tam widmo. Poczuł obecność wroga za plecami i spróbował uskoczyć. Był za wolny.. Silny cios w tył głowy posłał go na ziemię. Leżąc, podniósł górną cześć ciała i z ręki wystrzelił ki-blasta. Piccolo zrobił zgrabny unik i kopnął Gohana w brzuch posyłając go w powietrza. Młodzik impulsem ki wyhamował lot i zauważył że wróg już pędzi ku niemu.
- "Twój pierwszy błąd " - pomyślał Gohan i także ruszył w jego stronę. Ułożył się tak, aby Piccolo zderzył się z jego nogą. Ale demon zamiast uniknąć ciosu założył blok.
- "Błąd numer dwa" - liczył w myślach błędy przeciwnika Gohan, ale został znów zaskoczony przez Piccola, gdy jego cios rozbił się na bloku. Młodzik miał nadzieje, że jego wróg zostanie zbity z powietrza siła rozpędu, a tu nic, zero.
Został brutalnie wytrącony z tej chwili zadumy potężnym ciosem, który zderzył się z jego klatką piersiową. Następnie otrzymał trzy kolejne uderzenia kolanem w brzuch i zbity z powietrza potężnym ciosem w plecy złączonymi rękoma, na kształt młota. Młody wojownik ocknął się tuż przed skałą, o która miał się za chwile rozbić. Spróbował wyhamować impulsem ki, niestety ostatni cios był zbyt potężny. Gohan co prawda nie zatrzymał się, ale udało mu się spowolnić lot na tyle, że nie zabił się wbijając w skałę. Piccolo wylądował na ziemi i czekał aż Gohan "odklei" się od ściany.
Po chwili Młodzik był już w stanie względnego używania i ruszył do kolejnego ataku. To były seria za serią ciosów zadanych pięścią. Niestety dla Gohana, wszystkie albo napotkały blok albo zostały uniknięte. Piccolo nie chciał już się bronić wiec zadał szybki, prosty cios wycelowany w nos Gohana. Młody wojownik uniknął ataku schylając się i wyprowadził tak zwaną "ścinę". Piccolo podskoczył unikając ciosu i uderzył kolanem w nos wciąż schylonego przeciwnika, rozkwaszając mu go. Następnie z całej siły uderzył w brzuch "znikającego punktu", jak to lubił nazywać Gohana.
Uderzenie Piccola spowodowało, że młodzik zwymiotował krwawymi wymiocinami, opróżniając przy tym cały swój żołądek. Gohan leżał skulony i trzymał się brzuch. Resztką sił zmusił się, aby podnieść głowę, tylko po to aby dostać ciężkim butem w żuchwę. Cios był na tyle potężny, że wybił Gohanowi dużą cześć dolnych zębów, ale na szczęście nie na tyle, aby złamać mu szczękę. Gdy Gohan szybował w powietrzu poczuł kolejny cios zadany nogą, który wbił go w ziemię. Piccolo widocznie miał już dość tej walki. Wzniósł się w powietrze i zaczął koncentrować ki. Gohan zdążył już wstać i zdecydował postawić wszystko na jedną kartę, ponieważ przygotował się do kontry Kamehamą. Po chwili koncentracji obydwu postaci, dwie fale starły się w śmiertelnej próbie sił. Po chwili przepychania się strumieni energii Piccolo po raz kolejny uśmiechnął się demonicznie i zwiększył natężenie swojego ataku. Kamehama Gohana została po prostu zdmuchnięta przez fale ki Piccola, która następnie uderzyła samego wojownika wzbijając w powietrze tumany pyłu i dymu. Mimo całej tej potęgi, jaka na niego spadła, Gohan jakimś cudem przeżył ten atak i leżał pół-przytomny, poraniony i poparzony w wielkim kraterze. Piccola to nawet ucieszyło, ponieważ miał okazje wykończyć młodego własnoręcznie. Po chwili stał już obok swojej ofiary i klęknął przy nim. Lewą ręką złapał go za gardło, a drugą wyjął z kieszeni swoich spodni naszyjnik w kształcie serca.
- Poznajesz to szczylu? To naszyjnik twojej pięknej Videl. Muszę ci powiedzieć, że jej zarzynanie było nadzwyczaj przyjemne, a gdy już kończyłem, krzyczała twoje imię. I muszę dodać, że umierała powoli, bardzo powoli - powiedział Piccolo i położył akcent na końcówkę swojej wypowiedzi.
Z oczu Gohana popłynęły łzy. Jeszcze nigdy nie czuł takiej rozpaczy, takiej furii i takiej bezradności w jednej chwili. Gohan po chwili poczuł, że jego umysł odpływa, a zamiast niego wdziera się chęć mordu i zemsty. Z gardzieli młodego wojownika wydobył się nieludzki ryk a zaraz po nim ogromny wybuch energii Gohana, który wyrzuciła Piccola w powietrze. Gdy Szatan ustabilizował już swój lot zauważył, że na ziemi stoi Gohan, po którym pełzały błyskawice, wokół niego pojawiła się intensywna biała aura, a z jego oczu zniknęły źrenice pozostawiając same białka. Piccolo wyczuł energie swojego przeciwnika i zaczął żałować, że doprowadził go do ostateczności. Zaczął się także trochę bać, ponieważ stwierdził, że może sobie nie poradzić z taką mocą. Jednak to były tylko "ostatnie podrygi zdychającej ostrygi" i jak szybko energia w Gohanie się pojawiła, tak szybko zgasła. Młodzik opadł bez życia i spoczął we wcześniej stworzonym przez Piccola kraterze.
- To wszystko... a już myślałem, że będę się musiał napocić - powiedział Szatan i ponownie podleciał do nieprzytomnego już Gohana. Gdy Piccolo był już przy swojej ofierze zaczął do niego mówić:
- Wystraszyłeś mnie trochę... Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że masz taki potencjał. Szkoda, że nie będę mógł już go wykorzystać, byłbyś doskonałym przybocznym. No ale nic, będziemy musieli się już pożegnać. Po tym monologu Szatan podniósł za gardło swojego niedoszłego pogromcę i skręcił mu kark.

Od tych wydarzeń minęło kilka dni.

Gdzieś w okolicach Jowisza.
Pojedyncza kapsuła przemierzała właśnie przestrzeń kosmiczną, mając na celu błękitną planetę. We wnętrzu wspomnianego wcześniej pojazdu spał osobnik o seledynowej skórze i zielonych włosach. Był on odziany w złotą zbroję ze srebrnymi wypustkami, doczepioną na plecy białą peleryną oraz ciemnoróżowy symbol na lewej piersi, który przedstawiał literę "A" w okręgu. Kapsuła przeleciała jeszcze kawałek kosmosu, a w pojeździe zaczęły się włączać różne urządzenia pokładowe, co spowodowało przebudzenie się pasażera.
- Ambasadorze Zarbon, zbliżamy się do celu - odezwał się słodki głos komputera pokładowego.
- Dobrze, wyślij komunikat oznajmujący moje rychłe przybycie - rozkazał Zarbon.

Na Ziemi, w centrum tajnego ośrodku lotów kosmicznych.
Jeden z operatorów głównego terminalu znajdującego się kilkanaście metrów pod ziemią, odebrał sygnał. Po chwili na jego twarzy pojawił się ślad paniki i krzyknął na całe pomieszczenie: "IMPERIALNY!".
W pokoju zapanował chaos, a przynajmniej tak się mogło zdawać osobie, która byłaby tam po raz pierwszy. Całe to zamieszenie było tak naprawdę uporządkowanym procesem, ponieważ każdy z pracowników wiedział, co w takiej sytuacji musi zrobić. Po kilka minutach, gdy wszyscy spełnili swoje zadania, powrócili do swoich stanowisk i oddali się codziennej rutynie. Co prawda wszystkie najważniejsze pomieszczenia bazy znajdowały się głęboko pod ziemią to lądowisko i główne wejście znajdowało się na powierzchni, choć ukryte pomiędzy skałami.
Po chwili przy lądowisku zebrała się grupka żołnierzy. Nie czekali długo, choć w mniemaniu zdenerwowanego żołnierza to było bardzo długie czekanie. Kapsuła uderzyła w lądowisko zrobione z elastycznej gumy. Kiedy podłoże pod metalową kulą przestało się trząść, wysiadł z niej ambasador Zarbon. Zebrani tam żołnierze zasalutowali jednocześnie, po czym natychmiast uklękli na jedno kolano. Zarbon odwzajemnił pierwszy z gestów i zaczął iść w stronę wejścia do ośrodka. Usłyszał od jednego członka komitetu powitalnego, że gubernator jest już w drodze. Został następnie zaprowadzony do "poczekalni", która tak naprawdę była wielkim salonem z pięknymi obrazami na ścianach, wykwintnymi dywanami, wielkim drewnianym stołem na środku oraz rzędem krzeseł przystawionych do niego. Gdy wszyscy żołnierze opuścili "poczekalnię", Zarbon usiadł na jednym z krzeseł i zaczął rozmyślać. Jego myśli nie szły stronę spotkania, które miało za chwilę nastąpić, ani podziwiania pokoju, tylko w stronę domu i problemów rodzinnych. Zaczął nawet myśleć na głos, ponieważ to był jego ulubiony sposób na rozwiązywanie problemów.
- Co ten mój syn może teraz zrobić? Powiedział już, że nie jestem patriotą, że zamiast walczyć na froncie latam po zadupiach i piję herbatkę z gryzipiórkami, że przyglądam się wojnie z ciepłego fotela, a teraz nawet nie mogłem mu powiedzieć gdzie lecę. Mam nadzieję, że nie popełni jakiegoś głupstwa podczas mojej nieobecności. Ehhh... że też ta misja musiała mi wypaść akurat teraz.
Dalsze jego rozmyślania błądziły wokoło Selvy jego zmarłej już żony i o czasach, gdy był pierwszym przybocznym Frezera, a także o sprawach bardziej małostkowych jak to, że zbroja galowa jest przyciasna i strasznie go pije. Podczas tego procesu myślowego Zarbon w ogóle stracił rachubę czasu i ani się obejrzał, a już do pokoju wpadł żołnierz i oznajmił, że Gubernator Piccolo wylądował. Zarbon wstał z krzesła poprawił swój wygląd i czekał tylko na wejście jego przyszłego rozmówcy. Nie czekał długo. Namek wszedł do pokoju i zasalutował. Zarbon, ponieważ w tym wypadku on był niższy stopniem, tym razem ukląkł na jedno kolano. Po tym "rytuale" obaj usiedli na przy stole i zaczęli ze sobą rozmawiać:
- Co sprowadza szanownego Ambasadora...
- Zarbona.
- ...Zarbona w moje skromne progi?
- Interesy.
- Jak każdego ambasadora.
- Książę Frezer jest niezadowolony z ilości dostarczanych surowców. Zamiast się podwoić... spadła.
- To przez braki w kadrach. Nie jestem wstanie ochraniać wszystkich kopalń i prowadzić wojny z buntownikami jednocześnie... gdybyście przysłali trochę żołnierzy, wydobycie ruszyłoby pełną parą.
- Niestety, to jest niemożliwe... Ziemia jest planetą, która nie zdarza się często. Jest tu wiele różnych surowców i to w dużych ilościach, a taka operacja mogłaby ujawnić Slugowi jej istnienie... Nawet ja muszę tłuc się pół galaktyki tą jednoosobową kapsuła, aby jego szpiedzy nic nie wywąchali.
Rozmowa ciągnęła się jeszcze dobrych kilka godzin. Był w niej zawarty pełen raport Piccola o postępach wojennych oraz przemysłowych. Ustalono także kiedy planeta będzie zabezpieczona i rozpoczną się dostawy. Było też kilka innych mniej znaczących kwestii, które wymagały przedyskutowania. Po zakończeniu formalności Namek złożył Monsturnowi propozycje zostania na ziemi na kilka dni lecz ten odmówił tłumacząc się wieloma sprawami jakie musi załatwić. Po odlocie Zarbona, Piccolo nadal był w szoku, który nie opuszczał go podczas całej rozmowy, ale był umiejętnie przez niego ukrywany. Szatan nigdy jeszcze nie czuł tak potężnej ki. Poprzedni ambasador miał porównywalną moc do niego, a ten nowy to już zupełnie inny poziom. Musiał się oswoić z myślą, że istnieją we wszechświecie tak potężni wojownicy jak Zarbon.

W drodze powrotnej Zarbon nie myślał już o niczym innym, tylko powrocie do domu i spotkaniu z synem.

Przejdź do Rozdział 2 -->

Autor: Tajtus


1766 Czytań | Drukuj