Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfic autorstwa Angrenereg: Lets Fight
Dodane przez medyq dnia 22-11-2009 11:54

  W tekście użyto postaci wykreowanych przez Akire Toriyame jak i zarówno świata przez niego stworzonego. Z zachowaniem wszelkich starań o utrzymanie charakterystyki postaci, oraz zasad świata przedstawionego w stanie wygenerowanym przez ich właściciela.

I uwaga porządkowa dla potencjalnych „amatorów” cudzych prac:

Tekst jako forma literacka jest w CAŁOŚCI własnością autorki, która nie życzy sobie by w stosunku do jej pracy używać opcji „kopiuj” i „wklej” …na swojego bloga i podpisz się własnym Nickiem.
Wszystkie postacie, oraz wątki przedstawione w tekście, niebędące własnością Akiry Toriyamy należą do autorki, która zastrzega sobie prawo do nich i nie wyraża zgody na wykorzystanie ich (bez konsultacji) przez innych twórców.

Let’s Fight

Prolog

W pokoju panował półmrok, gdyż słońce chyliło się ku zachodowi...
– Dawno, dawno temu... Nie! To nie ta bajka! – starzec poprawił okulary – Jesteśmy teraz na błękitnej planecie, moi drodzy. Jednak chcę wam opowiedzieć historię dwóch nacji oddalonych od nas o miliardy lat świetlnych. Ras, których pasją jest walka, rywalizacja i samodoskonalenie – zamilkł na chwilę i poklepał po głowie starego żółwia, który przysłuchiwał się uważnie jego słowom – Historię jakże inną od tej, którą znacie ze srebrnego ekranu czy stronic mangi, na której tomach zaległ już kurz, okrywając cienką warstwą zapomnienia waszą ukochaną opowieść...
Mężczyzna podszedł do okna i wpatrywał się przez chwilę w ocean ozłocony promieniami słońca chowającego się za horyzontem.
– Niektórych z pośród bohaterów tej historii już znacie – uśmiechnął się do siebie – Jednak większość z nich zapewne będzie dla was nowością... a może i nie, bo może znacie ich, z innych opowieści zapisanych gdzieś w wirtualnej przestrzeni.
Podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Bezszelestnie wyślizgnął się na zewnątrz i usiadł na piasku pod palmą, do której przymocowany był hamak.
– Saiyan już znacie – wydął wargi patrząc w niebo, na którym pojawiały się pierwsze gwiazdy – Wypadałoby, zatem przedstawić pokrótce drugą nację... Argonian. To bardzo ciekawa rasa, ponieważ mieszkańcy planety Argon nie są spokrewnieni z Saiyanami, na co może wskazywać podobieństwo obu ras. Na przykład: ich oczy również reagują na promienie bruitza, z tym, że Argonianie zmieniają się w wielkie czarne koty zamiast małp. To chyba jedyna znacząca różnica po między tymi dwiema nacjami. Są jeszcze szczegóły, choćby fakt, że mieszkańcy Argonu mają czarne ogony i obwódki wokół oczu. Bardzo charakterystyczną cechą każdego przedstawiciela tej rasy są również pionowe szparki zamiast okrągłych źrenic; zupełnie jak u kota... Temperament Argonian w połączeniu z bliskim sąsiedztwem Imperium Saiyan musiał oczywiście zaowocować konfliktem – starzec uśmiechnął się szeroko – W sumie była to wojna na ogromną skalę i miała niezwykły przebieg. Co ciekawsze jej przyczyną nie były problemy polityczne, gospodarcze czy ideologiczne. Cała burza rozpętała się z powodu pewnego maleńkiego drobiazgu. Później było jeszcze kilka nieszczęśliwych zbiegów okoliczności – głośny śmiech spłoszył mewy siedzące na plaży – Tak... to całkiem niezły materiał na opowieść. Tylko od czego by tu zacząć... Wypadałoby od początku, jednak my zaczniemy trochę nietypowo...

Koniec prologu

Rozdział I
To, co było kontra to, co jest…

„Wróg z wrogiem nie zawsze się dogada...
Ale przyjaciel z przyjacielem też nie zawsze się zgadza...”


Z sufitu kapała brudna woda o zielonkawej barwie, która zbierała się w szczelinach wyłożonej kamieniami posadzki by stworzyć doskonałe warunki dla rozwoju pleśni oraz innych więziennych okazów fauny. W tej celi siedziało trzech mężczyzn i kobieta, wszyscy w podeszłym wieku. Usadowieni tak, by ich twarze skrywał gęsty mrok; rozmawiali przyciszonymi głosami, nie zwracając najmniejszej uwagi na zamieszanie panujące na korytarzu. Wszyscy ubrani byli w czarne, elastyczne kombinezony i białe buty. Typowe dla wojowników, nie dla więźniów noszących na co dzień płócienne szmaty. Brązowe ogony owinięte wokół talii zdradzały ich Saiyańskie pochodzenie. Na lewej kostce każde z nich miało założoną bogato zdobioną okowę wykutą z argonitu; czarnego jak smoła i twardego jak diament metalu, którego jedynym źródłem pozyskania była, dziś już nieistniejąca, planeta Argon. Gwar panujący na korytarzu nasilił się i drzwi do celi otworzyły się gwałtownie. Strażnicy wrzucili przez nie starą kobietę, która przeleciała przez całe pomieszczenie, po czym uderzyła w ścianę i runęła na posadzkę. W chwilę później dołączył do niej mężczyzna z włosami mocno poznaczonymi siwizną. Drzwi zamknęły się z trzaskiem a spojrzenia Saiyan przeniosły się na nowych współlokatorów. Po chwili niezręcznej ciszy, zakłócanej tylko spadaniem kropel zielonkawej cieczy do sporej już kałuży, najmniejszy mężczyzna, siedzący po środku grupy,przemówił cichym i złośliwym głosem.
– Proszę, proszę. Kogo my tu mamy...
Kobieta podźwignęła się na nogi i posłała mężczyźnie mordercze spojrzenie. Oboje, ona i mężczyzna ubrani byli tak jak pozostali więźniowie, jedyna różnica polegała na tym, że nowoprzybyła miała ochraniacz na prawej ręce. Piękny, bogato zdobiony ochraniacz z Argonitu, wysadzany szkarłatnymi kamieniami połyskującymi w ciemności.
Bez słowa podała dłoń towarzyszowi, który chętnie skorzystał z jej pomocy, po czym oboje usiedli na ziemi, w kącie najdalej oddalonym od pozostałych mieszkańców celi.
– ...Argonianie – podjął po chwili – w LOCHU, który SAMI wybudowali – zaszydził. Kobieta z ochraniaczem na ręce prychnęła głośno – Masz tupet żeby zwracać się do mnie tym tonem – warknęła po chwili. Jej zielone oczy z pionowymi szparkami zamiast źrenic wpatrzone były w najmniejszego mężczyznę.
– Ja? – Zadrwił – I to mówi ta, która rozpętała wojnę międzygwiezdną?
– Nie przesadzaj – odezwał się Argonianin – Śmiem twierdzić, że za wybuch tej wojny WY również jesteście odpowiedzialni.
Zapadła cisza. Wszyscy więźniowie wpatrywali się w wilgotną posadzkę zasłuchani w bicie własnych serc. – Od czego to się w ogóle zaczęło? – Odezwał się bardzo wysoki Saiyanin siedzący najbliżej nowych lokatorów.
– Od waszej wizyty na naszej planecie!

***


Spienione fale uderzyły po raz kolejny o brzeg zamazując ślady bosych stóp na piasku.
– Prawda – mruknął starzec – Od tego się zaczęło, ale kto by pomyślał, że ta „wizyta” tak się skończy? – Poprawił okulary i spojrzał na żółwia, który obserwował mewy dryfujące na falach. – Tyle zamieszania o jedną maleńką... – zamilkł i uśmiechnął się tajemniczo – Z resztą sami się przekonacie. Sięgniemy teraz jakieś 100 lat wstecz, o ile się nie mylę, i zobaczymy, od czego się zaczęło to całe zamieszanie. Tak więc...

***


Duży statek kosmiczny należący do Saiyańskiej floty z wygrawerowanymi na kadłubie królewskimi emblematami, zmierzał powoli w stronę niedużego, czerwonego ciała niebieskiego. Załoga przygotowywała się w pośpiechu do wejścia w atmosferę planety, będącej celem podróży, gdy główny silnik zgasł. Natychmiast rozkazano wyłączyć pozostałe turbiny i statek ostatecznie zatrzymał się utrzymywany w próżni przez zapasowy moduł.
– Co, do cholery? – Młody, 13-letni książę poniósł się z posłania i sięgnął po zbroję leżącą na podłodze, obok łóżka.
– Wygląda na to, że znowu coś się zepsuło – odparł beztrosko Kakarotto przyciskając nos do szyby i patrząc na pierścień okalający szkarłatny Argon.
– Co ty nie powiesz – burknął Vegeta zakładając rękawice i podchodząc do okna. Jego wzrok zatrzymał się na niedziałającym silniku c Mamy dziś szczęście – wysyczał, ironicznie przeciągając sylaby. – Na szczęście sztuczna grawitacja wciąż działa – dodał po chwili.
– Jacy w ogóle są ci Argonianie? – Spytał młodszy Saiyanin ciągle wpatrzony w to samo miejsce. – Kakarotto, ty naprawdę jesteś taki głupi? Czy tylko udajesz? – Odparł Vegeta uśmiechając się perfidnie – Przerabialiśmy to przynajmniej trzy razy. Idź do Raditza, może ci wytłumaczy – dodał po chwili – Ja muszę za chwilę iść na mostek. Chcę wiedzieć, co się dokładnie stało.
– Dlaczego nie teraz? – Czarne oczy 7-letniego chłopca zwróciły się w stronę księcia, którego najwyraźniej zaczynało już irytować towarzystwo syna wojownika wywodzącego się z niższych warstw społecznych.
– Bo taki mam kaprys! A teraz zjeżdżaj i zostaw mnie samego! – Głos Vegety odbił się echem od ścian pomieszczenia. Kakarotto zamrugał kilkukrotnie, po czym jednym susem dopadł wyjścia i wypadł na korytarz zwalając z nóg kilku wojowników z Królewskiej Straży Przybocznej.
Drzwi zamknęły się oddzielając księcia od zamieszania, jakie spowodował młodszy Saiyanin.
– Co za dzień – Vegeta westchnął spoglądając ponownie w okno i pogrążając się w rozmyślaniach – ...Dlaczego ojciec przydzielił mi do świty tego smarkacza? Nie dość, że jest z plebsu, to jeszcze jest półgłówkiem. Może i szybko się wzmacnia, ale... Dlaczego mam go tolerować? Przecież nie potrzebuję więcej straży czy służby, a już na pewno nie potrzebuję kogoś tak nierozgarniętego! – Odszedł od okna i usiadł ciężko na łóżku. Komputer pokładowy uruchomił się sam, a na jego pulpicie zaczęły wyświetlać się najróżniejsze wykresy i raporty dotyczące prowincji, które ojciec wspaniałomyślnie mu podarował.
Vegeta wiedział doskonale, że Król wcale nie będzie się śpieszył z całkowitym przekazaniem mu władzy, niemniej jednak podsuwał mu prowincje bardzo trudne do zarządzania. Wybuchające notorycznie bunty, często występujące susze oraz inne klęski żywiołowe w połączeniu z brakiem doświadczenia młodego arystokraty były niemalże tragiczne w skutkach. Książę wiedział, że ojciec celowo stawia przed nim tak trudne zadania, niemniej jednak byłby mu niezmiernie wdzięczny gdyby zaczął od czegoś prostszego – A teraz jeszcze Argonianie – Vegeta westchnął, przeciągnął się wbijając wzrok w jarzeniówkę na suficie i opadł na pościel. Szykowała się wojna. Planeta Argon była jedną z niewielu planet w tej części wszechświata, które nie poddały się Saiyańskiemu Imperium... Jej mieszkańcy stawiali czynny opór wojsku i nie zapowiadało się na jakiekolwiek zmiany pod tym względem. Książę nie rozumiał, dlaczego Król zapragnął nagle by jego jedyny syn osobiście odwiedził Argonian, wojowników żądnych Saiyańskiej krwi i to na dodatek na głównej planecie wroga – Jak nas nie zestrzelą przy podchodzeniu do lądowania to już będzie sukces – parsknął cicho w poduszkę. Ostatnio miewał huśtawki nastrojów, winą za owe rozstrojenie obarczał głównie swojego nowego " przyjaciela ", ale także ogólną sytuację polityczno-gospodarczą prowincji, które mu przydzielono. Wolałby, aby znowu wszystko wróciło do normy, arystokracie w końcu nie przystoi miewać humorów... Nawet jeśli ma tylko 13-lat...
Jeszcze przez chwilę bił się z myślami, po czym wstał i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę drzwi z zamiarem udania się na mostek, gdy nagle turbiny ponownie ruszyły...

***


Kakarotto od dłuższego czasu spacerował po mostku wypatrując księcia, choć doskonale wiedział, że gdyby tu był, z pewnością już by go zauważył. Statek wchodził w atmosferę planety; wkrótce będą podchodzić do lądowania...
– Co tu robisz sam, Kakarotto? – Raditz przecisnął się przez grupkę Litenian uwijających się przy jakiejś maszynie i przykucnął obok młodszego brata patrząc mu uważnie w oczy – Miałeś być z księciem.
– Książę kazał mi „zjeżdżać” – odparł cicho mniejszy Saiyanin – Więc przyszedłem tutaj – po krótkiej pauzie spytał – Kiedy lądujemy?
– Za chwilę, chodź pójdziemy do... – Raditz urwał w połowie zdania, bo na mostek wkroczyła Królewska Straż Przyboczna torując drogę do kokpitu młodemu następcy tronu – Właściwie, to chyba powinieneś dołączyć do orszaku Księcia. – Po co? – Kakarotto niechętnie ruszył w stronę wojowników patrzących na pozostałych członków załogi, jak na bydło w zagrodzie.
– Bo Król sobie tego życzył i ojciec też, chodź nie raczył nam powiedzieć, dlaczego – Raditz uśmiechnął się ostatni raz do brata i wycofał się z zasięgu jego wzroku.
Kakarotto przecisnął się bliżej orszaku i wypatrzył Vegetę, który na jego widok przewrócił znacząco oczami. Strażnicy przepuścili go i chłopak po chwili stał już obok fotela przy kokpicie, w którym siedział książę. Vegeta znudzonym wzrokiem obserwował jak kapitan statku wydaje komendy i polecenia swoim współpracownikom. Zdawał się być bardzo senny. Kakarotto dostrzegł w prawej ręce księcia oficjalnie wyglądający „rulonik” papieru opatrzony królewską pieczęcią. Przeciągnął się i oderwał wzrok od listu.
– Nie przeciągaj się, kiedy stoisz obok Księcia! – Warknął jeden ze strażników posyłając młodemu wojownikowi karcące spojrzenie. Kakarotto zrobił skruszoną minę i utkwił wzrok w jednym z monitorów na wprost. Przetarł ze zdziwieniem oczy i odwrócił się. Paragas stał przy jednym z podrzędnych kokpitów i prowadził ożywioną dyskusję z kobietą dowodzącą przy tamtym panelu.
– Co takiego ciekawego tam widzisz? – Dobiegł go cichy i drwiący głos Vegety.

***


Książę wpatrywał się w tył głowy młodszego chłopaka; z wielkim trudem zamaskował drwiną zaciekawienie w głosie. Kakarotto powoli przekrzywił głowę w bok i odsunął się odrobinę od fotela. Vegeta dyskretnie wychylił się i zdjął skauter. – Paragas? – Mrukną patrząc w odbicie na szybce – Ciekawe, co on tu robi. – Nie lubię go – burknął Kakarotto zanim zdążył ugryźć się w język. Vegeta stłumił w sobie wybuch śmiechu i postanowił skupić się na sprawach w tej chwili najważniejszych... Czyli wylądowaniu na wrogiej planecie w jednym kawałku.
Statek osiadł miękko na wulkanicznym pyle i wojownicy niepewnie weszli na terytorium wroga. Kakarotto doskonale wiedział, że Vegeta nie będzie zbytnio ubolewał nad jego nieobecnością więc ulotnił się z mostka i teraz jako jeden z pierwszych Saiyan zeskoczył na ziemię wzbijając wokół siebie kłęby pyłu wulkanicznego. Rozejrzał się z niedowierzaniem. Gdzie okiem sięgnąć szary pył lub ciemna szkarłatna trawa poznaczona gdzieniegdzie czarnymi kwiatami. Na wprost nich widniały ciemne i ponure góry o ostrych poszarpanych szczytach podzielonych przez głębokie przepaście nad którymi unosił się gęsty, szary dym.
Spojrzał za siebie i zobaczył czarny bór na tle czerwonego nieba.
– Urocze miejsce, prawda? – Syknął Raditz stając obok brata, jego oczy śledziły węża sunącego ospale w stronę czarnych ostrokrzewów.
– Czy tu wszystko jest czarne, szare albo... czerwone? – Spytał Kakarotto usiłując wyłowić wzrokiem jakąkolwiek inną barwę –
I skąd ten dym?
– Z tego co wiem, wydobywa się z wnętrza planety, a ten, który unosi się nad górami to dym wulkaniczny. A co do barw… to owszem, wszystko tu jest czarne i ponure. Choć nie sądzę, by miało to znaczenie. Ta planeta jest bardzo „zasobna” Kakarotto.
– Nie rozumiem jak można tu żyć, wszystko wygląda na martwe – mruknął chłopiec nachylając się nad czarnym kwiatem, który miał ostry, ale nawet przyjemny zapach.
– Nie musisz rozumieć – mruknął starszy Saiyanin podnosząc wzrok na śluzę w której pojawił się królewski orszak. Kakarotto nie czekając, aż brat go pogoni ruszył w stronę Vegety, którego wyłowił wzrokiem z pośród biało-błękitnych barw. Książę nie wyglądał na zadowolonego po mimo faktu, że wbrew jego przewidywaniom wylądowali w jednym kawałku na tej przeklętej planecie.

***


Vegeta stanął niezbyt zadowolony na miękkim gruncie. Co prawda udało im się wylądować, ale powietrze było suche i zatykało mu płuca.
– Ciekawe dlaczego nikt na nas nie czeka – Syknął patrząc na dwa ogromne słońca sunące leniwie nad horyzontem. – To najdziwniejsza planeta jaką widziałem w życiu – westchnął głośno. – Wliczając w to Namek i moją ukochaną prowincję Rogth, w której ciągle wybuchają zamieszki. Gdzie u licha polazł Kakarotto?! – spytał roztargniony. Wszystko czego mu brakowało do szczęścia to zgubić tego małego przygłupa.
– Poszedł przodem, mój Książę – odparł strażnik stojący najbliżej Vegety – O! już idzie – Wskazał w stronę zmierzającego w ich stronę chłopca. Ledwo to powiedział zza najbliższych skał wyłoniła się liczna grupa Argoniańskich wojowniczek w zbrojach bojowych.
– Cudownie – mrukną książę patrząc na zbliżające się wojsko i zestawiając w myślach liczebność swoich ludzi z siłami wroga.
Kobiety okrążyły statek, jednak nie zaatakowały. Teraz z grupy wyłoniła się Przywódczyni, która wcześniej była niewidoczna, najprawdopodobniej znajdując się w centrum szyku. Była to wysoka i dobrze zbudowana kobieta z długimi, zaplecionymi w warkocz włosami. Wszystkie wojowniczki ubrane były w kolorach aż nazbyt kojarzących się z otoczeniem; wszystkie miały czarno-czerwone zbroje i czarne kombinezony, które kontrastowały z ich trupiobladą cerą.
– Dlaczego tu są same kobiety? – Pisnął Kakarotto, który niewiadomo kiedy podszedł do księcia i teraz ciągną lekko jego płaszcz chcąc zwrócić na siebie uwagę zaabsorbowanego sytuacją przyjaciela.
– Cicho bądź, idioto – warknął książę obserwując jak dowódca grupy rusza w jego stronę – Nie odzywaj się teraz! A najlepiej nie oddychaj! – Dodał złośliwie po chwili namysłu...

***


Kobieta zatrzymała się mniej więcej w połowie drogi do miejsca w którym stali Vegeta i Kakarotto wraz ze swoim wojskiem. Vegeta rozkazał swoim ludziom zbić się w grupę i nie atakować, po czym sam ruszył w stronę czekającej Argonianki.
Młody Saiyanin obserwował księcia odczuwając lekki niepokój. Minęło kilka minut i Vegeta wrócił, a Argonianki przegrupowały się i część z nich odeszła.
– Co się stało? – spytał natychmiast Kakarotto.
– Miałeś nie oddychać – zauważył książę dając młodszemu chłopakowi jasno do zrozumienia, że zadaje za dużo pytań.
– Zabierz trzech swoich najlepszych ludzi – zwrócił się do dowódcy Straży Królewskiej – idziemy do zamku zobaczyć się z królową Mae – wyjaśnił.
W ciągu kilku minut Saiyanie przegrupowali się i zorganizowali potencjalną obronę statku, a Vegeta, Kakarotto, dowódca straży i trzech innych wojowników ruszyli wraz z Argoniankami w stronę zamku...

***


Kakarotto kręcąc nosem obserwował otaczający ich krajobraz. Stwierdził, że Argonianki są bardzo ponurymi personami, a do tego są małomówne i nie mają poczucia humoru. Vegeta z kolei przez całą drogę starał się przywołać do porządku swojego „podopiecznego”. Szczerze wątpił, by jego uwagi na temat wyglądu tej planety były puszczane mimo uszu przez jej gospodarzy, czy żeby miały one pozytywny wpływ na stosunki polityczne.
– O rany! – wyrwało się Kakarotto gdy ich oczom ukazał się posępny, strzelisty zamek u podnóża którego stało miasto... stolica Argoniańskiego imperium. Vegecie zdawało się, że Przywódczyni Argonianek uśmiechnęła się krótko w odpowiedzi na zawołanie Kakarotto.
Kanony architektoniczne Argonian były najwyraźniej bardzo rygorystyczne i skrupulatnie przestrzegane przez budowniczych.
Budynki w stolicy stały blisko siebie i wznosiły się wysoko w górę – a mimo to najwyższe z nich sięgały tylko do podnóża zamku. Po między, ponurymi budowlami biegły wąskie uliczki na których porozstawiane były stragany z ekwipunkiem najróżniejszego typu i pochodzenia.
Vegeta rozglądał się dyskretnie i Kakarotto wiedział, że również odczuwa niepokój.
Wrota zamku były wysokie na 4 piętra a gdy się otwierały skrzypiały tak przeraźliwie, że Vegecie zjeżyła się sierść na ogonie.
Kiedy w końcu dotarli do sali tronowej na audiencję książę marzył tylko o tym, by znaleźć się we własnym łóżku i spać… najlepiej już do końca życia.
Sala tronowa nie odbiegała kolorystyką od tego, co widać było przez zwieńczone ostrymi łukami okna. Czarna wypolerowana podłoga odbijała sylwetki chodzących po niej wojowników. Z bardzo wysokiego sufitu zwieszały się czerwone lampy połączone ze sobą czarnymi wstęgami i pasmami szkarłatnego materiału przypominającego jedwab. Na szczycie schodów stał wysoki tron, na którym zasiadała kobieta o przeszywającym spojrzeniu. Towarzyszyła jej mała dziewczynka w wieku około 7 lat. Obie miały białe jak śnieg włosy i czerwone oczy. Ubrane były w zbroje bojowe. – Jej wysokość Mae i jej córka Eve – powiedziała donośnym głosem Argonianka, która przyprowadziła ich tutaj. – Książę Vegeta i jego świta – podjęła zwracając się już do swojej władczyni i stając obok jej tronu...


Koniec Rozdziału 1
By Angrenereg Kali The Neftys

Komentarze możecie umieszczać tutaj:
Komentarze

4642 Czytań | Drukuj