Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfic autorstwa Frodli: Tenki-jin Saga cz.5
Dodane przez medyq dnia 22-11-2009 11:44

   Odc. 41 - "Arogancki wojownik"

Bell zlustrował wzrokiem jegomościa. Miał on białe, zamaszyste spodnie i czarne buty podobne do tych, które nosił Son Goku. Muskularny tors opatulała czarna kamizelka z jasnobrązowymi naroślami na ramionach, okolona pomarańczową krawędzią.
Postać miała czarne włosy- grzywka jak u Gohana, reszta jak u Vegety. Oczy wojownik miał po tym drugim, podobnie jak brodę i nos. Kształt głowy i ust zachowały się po Gohanie.
Bell sięgnął do pamięci Frodliego i przypomniał sobie Gotenksa.
- O, w mordę... -wyszeptał.
Postać uniosła się w górę i wylądowała w lekkim rozkroku, z rękoma założonymi na torsie.
- Kim, do cholery, jesteś? -zaczął Tenki-jin.
- Ja? -odparł beznamiętnym głosem wojownik- Nie jestem Gohan. Nie jestem Vegeta.
- Zdążyłem zauważyć. -wtrącił Bell.
- Jestem Goheta, najdoskonalszy wojownik we wszechświecie. Jestem tu, by skopać ci tyłek.
- Pomieszało ci się w głowie. -uciął Tenki-jin- Najwspanialszy tutaj jestem ja. Jeśli Vegeta i Gohan nie dorastali mi do pięt, ty także sobie nie poradzisz.
Goheta nie odpowiedział. Zaczął rozgrzewać sobie mięśnie nóg poprzez prostowanie jednej i przysiad na drugiej.
- Może masz rację. Nie pokazałem ci jeszcze pełni moich możliwości. Będę ci się dawał. Masz dziesięć minut. Jesli jesteś taki dobry, powinieneś mnie rozłożyć. -zaproponował Goheta.
- Dobrze. -zgodził się Bell- Ale nie licz, że przeżyjesz te dziesięć minut.
Goheta roześmiał się.
- Już o to niech cię głowa nie boli. Masz przed sobą kilkanaście minut życia, pozwolę ci się zabawić.
- Aha... -zripostował Bell.

+ + +

Trunks wyszedł z siedziby Capsule Corp. i zmierzał właśnie do limuzyny. Nagle coś mignęło mu w głowie. Instynktownie odwrócił się i w tym momencie wiązka Ki przebiła mu serce.
Minutę później całe West City wyleciało w powietrze.

+ + +

Goheta opuścił ręce wzdłuż ciała.
- Czas płynie. Próbuj szczęścia. Masz jeszcze osiem minut. -popędzał wroga.
Bell podszedł do niego i zaczął obchodzić go dokoła.
- Taka słabizna nie robi na mnie wrażenia. -stwierdził- Jesteś ode mnie niższy, mniej umięśniony, słabszy...
Przystanął przed nim i spojrzał Gohecie prosto w oczy.
- Nie-masz-ze-mną-szans. -przy każdym słowie dźgał go w tors czubkiem wskazującego palca prawej ręki.
Goheta bezceremonialnie wymierzył mu prawy prosty w nos. Następnie uderzył kolanem w przeponę, zręcznie skoczył za niego i uderzył łokciem w potylicę.
Bell zachwiał się, ale ustał.
- Ty podstępna słabizno... -warknął.
Odwrócił się, by zadać cios, ale Goheta zręcznie odskoczył. Bell atakował dalej, ale ani razu nie trafił. Zirytowany wystrzelił w niego serię pocisków, ale przeciwnik przed wszystkimi uciekł. Tenki-jin wzleciał w powietrze, Goheta za nim. Zaczęli okładać się pięściami i kopniakami- Bell miał drobną przewagę, ale ciosy Gohety były celniejsze (aczkolwiek nieco słabsze). Po jakimś czasie wróg zdenerwował się nie na żarty.
- Cholera... -burknął, przecierając ręką pękniętą wargę.
Sięgnął do pamięci Frodliego. Postanowił zastosować jakąś nieznaną wrogowi technikę.
- Jestem najsilniejszym wojownikiem we wszechświecie. Nie mogę teraz przegrać. -pomyślał.
Uniósł rękę w górę i ustawił dłoń prostopadle do przedramienia. Pojawiła się nad nim kula energii, która zwiększyła swą średnicę do około pół metra. Następnie zaczął lekko zataczać dłonią okręgi, przez co kula nabrała rotacji. Z powodu wirowania pocisk spłaszczył się i teraz miał formę dysku. Bell zacisnął pięść i boki dysku opadły, dokładnie przylegając do całej ręki.
- Coś ci nie wyszło. -zadrwił Goheta.
Bellowi żyły wystąpiły na czole ze złości.
- Ty durniu! -rozdarł się- To moja nowa technika!
Goheta roześmiał się i podrapał palcem wskazującym po skroni.
- Aha... nie wiedziałem. -rzekł z zakłopotaniem.
Bell zamachnął się świecącą ręką.
- To ostatni cios w twoim życiu! Tenki Punch!
Szybko wyprostował rękę, jakby chciał wyprowadzić prawy prosty, i strzelił silnie skoncentrowanym pociskiem energii, który "spełznął" z jego ręki i oderwał się od dłoni.
Goheta wyciągnał przed siebie prawą rękę z dłonią prostopadłą do przedramienia.




Odc. 42 - "Hybrydy technik"

W ręce Gohety powstał ładunek energii. Następnie przyłożył do czoła lewą dłoń (wierzchem do skóry) i do jej wnętrza dołożył prawą (tą z pociskiem), po czym krzyknął:
- Big Bang Masenko!
I wyrzucił przed siebie ręce, strzelając zgromadzonym ładunkiem. Jego technika dorównywała mocą technice Bella. Wszystko zakończyło się wybuchem, który zrównał z ziemią całe otoczenie. Dopiero po kilku minutach kurz się rozwiał.
Goheta wisiał w powietrzu z rękami założonymi na piersiach.
- Bardzo miło. Ale nie dałem jeszcze z siebie wszystkiego.
Zacisnął zęby i transformował się w Super Saiya-jina.
- Teraz powinniśmy mieć równą moc. Pod warunkiem, że dasz z siebie 100%.
- Co? -zdziwił się Bell.
- Nie rób ze mnie głupka. Cały czas walczyłeś na pół gwizdka, na pewno możesz jeszcze coś z siebie wykrzesać. Jeśli się mylę, lepiej uciekaj, bo cię zmasakruję.
Bell warknął gniewnie.
- Co za szczwana bestyja. -wycedził do siebie- Ale ma rację. Teraz dopiero dam mu do wiwatu.
Powstała wokół niego fioletowa aura. Kilkanaście sekund wystarczyło mu na wyzwolenie pełnej mocy. Niszcząca energia dotarła aż do obozu Saiya-jinów, uszkadzając kilka domów.
Goheta ani przez chwilę nie ruszył się z miejsca.
- Dalej, bij się. -popędzał Tenki-jina.
Bell ruszył na niego, a Goheta przyłożył ręce do boku i uformował w nich niesamowicie skoncentrowany ładunek energii.
- Kamekosappo! -wrzasnął i z jego błyskawicznie wyprostowanych rąk popłynął strumień jakby Makankosappo, tylko kilka razy grubszy niz zazwyczaj.
Bell w porę się odsunął i słusznie- atak parł do przodu przebijając na wylot i niszcząc wszystko na swej drodze. Po kilku sekundach Goheta przestał wyzwalać energię i teleportował sie do wroga. Bell na jego widok wystrzelił salwę pocisków.
- Cholerny Saiya-jin! -wrzeszczał.
Goheta z lubością przyjmował na siebie ciosy, cały czas się śmiejąc.
- Zmażę ci ten uśmieszek! -huknął Bell.
Zbliżył się do przeciwnika i z całej siły uderzył go w twarz. Goheta lotem koszącym wbił się w ziemię, krusząc podłoże na wielkie bloki skalne. Bell skoncentrował energię w pięściach.
- 20x Tenki Punch! -ryknął.
Zaczął boksować powietrze, strzelając wypowiedzianą liczbą pocisków we wroga. Każdy ładunek byłby w stanie zniszczyć byłą asteroidę Bella, ale Kuntu była wystarczająco duża, by przetrwać atak.
Po zakończeniu naporu Bell odetchnął z ulgą. Następnie uniósł obie ręce w górę i pojawiła się nad nim kula energii. Zaczęła pulsować, zwiększając średnicę z jednego metra do dwóch, i tak w kółko. Po jakimś czasie Tenki-jin stwierdził, że wystarczająco skumulował energię. Zamachnął się i rzucił w Gohetę cały czas pulsującą kulą. Ładunek energii leniwie sunął w powietrzu, powoli zbliżając się do ziemi. Gdy tylko zagłębił się w chmurę kurzu otaczającą leżącego Gohetę, puścił promienie i wybuchnął. Takiej eksplozji Kuntu jeszcze nie przeżyła (Ziemia i Namek przeżyły- ale się rozpadły ;) ). Fala energii rozeszła się po całej planecie, równając wszystko z ziemią- budynki, lasy, góry i doliny. Na szczęście Saiya-jinowie zebrali się na świeżym powietrzu, inaczej zginęliby pod gruzami. Uub medytował w swej kwaterze pod osłoną kulistej bariery, więc był bezpieczny. Jego moc powoli, acz sukcesywnie rosła.
Po wybuchu Bell zniecierpliwony jego efektem machnął ręką i w mig rozwiał się cały kurz zasnuwający pole walki. Pod sobą miał głęboki na ponad kilometr i szeroki na niespełna pięć krater. Nad dołem wciąż błyskały ładunki elektryczne. Uwolniona energia była naprawdę potężna. Na dnie była tylko postrzępiona kamizelka.
- Udało się! Zrobiłem to! -krzyknął triumfalnie.
- Co? -usłyszał za sobą.
Po obrocie o 180 stopni miał przed sobą Gohetę SSJ z nagim torsem i kilkoma zadrapaniami. W oddali, za plecami Tenki-jina wojownik dostrzegł błysk, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Widzę, że twój potencjał nie umywa się do mojego. Maksimum twych możliwości to faktycznie wielkie nic. -stwierdził Saiya-jin.
Rozłożył ręce na kształt krzyża i przyłożył je go czoła.
- Final Masenko! -wykrzyczał i wystrzelił z rąk potężny strumień energii.
Sprytny (w swym mniemaniu) i szybki Bell usunął się w lewą stronę- i to go zgubiło. Oto bowiem Kamekosappo po otoczeniu globu i przebiciu się przez falę uderzeniową Tenki Bomb, zderzyło się z nim i urwało mu lewą rękę, zostawiając kilkucentymetrowy kikut.




Odc. 43- "Morderczy finisz"


Bell spadł na ziemię. Szybko wstał i chwycił się za lewe ramię.
- Ty... ty... -wyjąkał.
- Tak, ja.. -pokiwał głową zadowolony Goheta i wylądował krok przed wrogiem, krzyżując ręce na torsie.
- Wiedziałeś, że to się tak skończy. -oświeciło Tenki-jina.
- Oczywiście. Final Masenko było dla zmyłki. Tak naprawdę to Kamekosappo miało cię trafić.
Bell zacisnął zęby. Zgromadził w prawej dłoni energię i zamienił ją na ciepło. W kilka sekund wypalił sobie ranę, sycząc podczas zabiegu z bólu. Jednakże nie minęła minuta, a zdecydował się kontynuować starcie. Ruszył do ofensywy. Ciosy zadawał tylko jedną ręką, a Goheta z uśmiechem na ustach bronił się także jedną.
- Straciłeś formę, mój drogi- drwił Goheta.
- Idź do diabła! -wrzasnął Bell i wreszcie trafił wroga, który sunąc stopami po podłożu cofnął się kilka metrów.
- 1:0 dla ciebie. -stwierdził Saiya-jin, po czym wzleciał w powietrze. Tuż za nim Bell.- Posłuchaj mnie. Masz tylko prawą rękę. Dodatkowo jesteś słabszy ode mnie. Dlatego pozwolę sobie nie używać rąk, tylko nóg do obrony i ataku. Tak będzie sprawiedliwiej.
Tenki-jin łypnął na "scaleńca" wzrokiem przepełnionym nienawiścią. Po chwili wahania przytaknął.
- No dobra. Ale jak cię znam, pewnie coś kombinujesz.
Goheta wytworzył wokół siebie złoto-elektryczną aurę i w mgnieniu oka znalazł się przy nim. Uderzył go kolanem prosto w nos. Bellowi łzy napłynęły do oczu, ale postanowił walczyć niemal na ślepo. Zadawał ciosy ręką obleczoną w energię. Jego ciosy były niemal tak silne, jak Tenki Punch. Goheta zderzał się z nim kolanami i za każdym razem błyskawica spomiędzy nich ruszała ku ziemi, tworząc mniejsze kratery w tym po Tenki Bomb. Po paru minutach wojownik przejął inicjatywę. Tak wymyślnej kombinacji obrotów, półobrotów, kopniaków prostych od dołu i góry, ciosów kolanami, piszczelami i piętą Bell jeszcze nie widział. Broniąc się jedną ręką obrywał co i rusz. Zamroczyło go po jednym z ciosów w skroń, co Goheta skrzętnie wykorzystał. Obracając się plecami ku podłożu kopnął przeciwnika z przewrotki, trafiając w zdrowy, prawy bark. Niczym wystrzelony z procy Tenki-jin zapikował ku ziemi i upadł na plecy, wyciągając w bok rękę dla lepszego oddychania. Dopiero po zderzeniu odzyskał świadomość.
Nie miał już złudzeń- przegra i polegnie. Żadnych szans by uciec, schronić się gdzieś lub ukryć. Pozbawiony lewicy i nadziei leżał, czekając na śmierć. Jeszcze ten Goheta- podniósł poziom mocy, choć wcale nie musiał tego robić. Jak to się nazywa? Super Saiya-jin 2? Teraz lewitował sobie kilka metrów nad ziemią, jakieś sto kroków przed nim. Spowity w poświatę gotował się do ostatecznego ciosu. Rozłożył ręce na kształt krzyża i wytworzył w nich dwie kulki energii. Następnie zbliżył do siebie wyprostowane ręce, stykając je nadgarstkami. Ładunki złączyły się. Przyłożył do boku zwarte dłonie. Zaczął coś mówić, ale do nieprzytomnego Bella docierały tylko pojedyncze słowa.
- Teraz zapłacisz... Tomat... Frodli... jinowie... zapłaty... Final... meha!
Wojownik wyprostował znów ręce i skierował je po skosie w dół, prosto na leżącego przeciwnika. Nagle błysnęło, huknęło i postać w asyście białego, oślepiającego światła rozdzieliła się na dwoje. Zdumieni Vegeta i Gohan pozostali w pozycjach do ataku. Kamehameha i Final Flash trafiły Bella, ale Saiya-jinowie mieli czarne włosy i stąd nie uczynili wrogowi prawie żadnej krzywdy.
Paradoksalnie, takie muśnięcia ocuciły go i pobudziły. Poczuł w sobie głęboko zmagazynowane pokłady energii. Może jeszcze nie wszystko stracone... Vegeta jest zmęczony, a Gohan słabszy od niego... "To może być moja szansa -wydedukował- jeśli jeden polegnie, drugi nie oprze się mojej mocy." Choć bolało go całe ciało i w bezramiennym barku czuł uporczywe pieczenie, podjął próbę dźwignięcia się na nogi.

+ + +

- I co teraz? -dopytywał zdenerwowany Vegeta- Jesteśmy usmażeni. Na pewno nie przewidziałeś, że w pół godziny go nie załatwimy.
- Spokojnie. -odparł Gohan- Nie widzisz, że ledwie zipie? Razem damy mu radę. No i nie ma dokąd uciec, przecież cała Kuntu jest zniszczona, a jego planetka to teraz kosmiczny gruz.
- W sumie masz rację. -poparł Vegeta, po czym transformował się w Super Saiya-jina 2. Gohan nie pozostał w tyle.
- No, to teraz sobie z nim pogramy. -rzekł książę i oblizał przekrzywione szyderczo wargi.
- Uwaga, wstaje! -zaalarmował syn Goku.
Przyjęli gardy i poczekali, aż zmasakrowany Bell powstanie.




Odc. 44 - "Zmarnowana szansa"

Zaczęli bezpardonowo. Ruszyli niczym błyskawice po wygiętych na zewnątrz łukach, schodząc się tam, gdzie powinien być Bell. Jakież więc było ich zdumienie, gdy ich pięści trafiły w próżnię. Jednocześnie usłyszeli za sobą szyderczy śmiech.
- Wcale nie macie nade mną przewagi! Osobno jesteście słabsi ode mnie, lepiej gotujcie się na smierć!
Odwrócili się tylko po to, by oberwać od znow rześkiego Bella; Vegeta dostał pięścią w twarz, a Gohan piszczelą w bok. Wycofali się, szykując odpowiedź.
- Wciąż jest w formie. -zauważył książę Saiya-jinów.
- Ale dość kiepskiej. Za kilka minut wyczerpie resztki rezerw energii, a wtedy uderzymy.
Rozmowę przerwał im grad pocisków wypuszczonych przez Bella z czubków palców. Nie były zbyt groźnie, wystarczyło im krótkie wyzwolenie z ciała energii, by o tę barierę rozbiły się wszystkie ładunki. Odpowiedzieli strzałami promieni energii ze złączonych rąk. Tuż przed Bellem strumienie splotły się w spiralę i rozbiły o jego ciało. Przez kilkanaście sekund Tenki-jin powstrzymywał otwartą dłonią atak, ale zgodnie z przewidywaniami Gohana, na dłuższy opór nie miał sił. Niesiony energią ataku, uderzył w ziemię i zaczął orać ją plecami, pchany dalej.
Zastosowana technika do reszty pozbawiła sił Tenki-jina. Trzy walki- z Vegetą, Gohetą, a teraz dwójką Saiya-jinów- odebrały mu sporo sił. Nim się spostrzegł, znów leżał pośród rumowiska, a triumfujący rywale planowali dalszy ciąg walki. "A niech tam, najwyżej zginę"- pomyślał Bell. Zrezygnowany, uderzył pięścią (a raczej podniósł i upuścił rękę) w skaliste podłoże. Na plecach poczuł ledwie wyczuwalne drgania. "To... to nie może być prawda!"- wykrzyczał jego otępiały umysł, ale sprawny zmysł przenikania przez przeszkody już działał na pełnych obrotach. Odkryte wibracje wysłało jądro planety. "Jeśli skryję się tam, ne pewno mnie nie znajdą"- wydedukował. Korzystając z wrodzonej mocy telepatii, zlustrował oczami wyobraźni miejsce- skaliste jądro podziurawione licznymi otworami wielkości od pięści do mogących pomieścić autobus. "Nikt tam nigdy nie dotarł. Ale jak się teleportuję? Cholera, nie wiem, czy dam radę dotknąć palcami czoła." Uniósł rękę i położył ją z trudem na brzuchu. Koncentrując całą uwagę na dłoni, zaczął wędrować palcami w górę. Kilkadziesiąt sekund zajęło mu dotarcie do torsu. Już miał ostatkiem sił dotrzeć dłonią do celu, gdy grad pocisków wzniósł go w powietrze i poniewierając nim, zakopał w gruzach.

+ + +

- Mamy go na widelcu. Teraz trzeba go wykończyć. Raz na zawsze.
Gohan spoglądał na sponiewieranego przeciwnika i analizował usłyszane słowa. Faktycznie, chyba nic już nie pomoże Tenki-jinowi. Nie ma też co liczyć na to, że przyłączy się do nich jak Frodli.
- Uwaga, rusza się! -przerwał jego rozważania książę Saiya-jinów.
Automatycznie syn Goku wystrzelił dzisiątki pocisków w Bella. Wtórował mu Vegeta. Po kilkunastu sekundach dali sobie spokój. Nagle targnęło nimi dziwne uczucie, a po chwili wiedzieli już, że kolejna szansa na ostateczne pokonanie wroga przepadła.
- Gdzie on jest? -dopytywał niedowierzający swym zmysłom Vegeta.
- Daleko stąd, ale nie opuścił Kuntu.
- Faktycznie. W takim razie znajdźmy go, nim zbierze siły do kolejnego ataku!
Polecieli w dwie przeciwne strony, ale po kilkudziesięciu minutach spotkali się po drugiej stronie globu.
- Nigdzie go nie ma. Jednocześnie miałem wrażenie, że ani się ode mnie nie oddala, ani nie zbliża. Jak to możliwe?
- Nie wiem, Vegeta. Lepiej wracajmy do swoich. Całe Kuntu jest zrujnowane, to nie wróży dobrze.


+ + +

Tymczasem kilkaset kilometrów od nich, w najciemniejszych odmętach jądra planety Bell leżał na wznak, nie wierząc w swe szczęście. Spadając przygniótł głową dłoń, i tylko kilka sekund potrzebował na teleportację z pola bitwy. "Tym razem mi się upiekło... Następnym razem muszę kogoś z nich ukatrupić, a reszta pójdze jak z płatka. Ech... Tymczasem muszę odnowić ciało. Najlepiej, gdy przejdę przyspieszony cykl dorastania." Leżał kilka minut i koncentrował się. Nagle zaczął emanować fioletową aurą spowijającą go niczym dym, w końcu całe ciało zabłysło białym światłem, zmniejszyło się i spowiło w kokon. "Za tydzień będę znów zdrów, jak rydz".




Odc. 45 - "Wiadomość z Ziemi"

Po powrocie do obozu dwóch wojowników ogarnęło wzrokiem ogrom zniszczeń wyrządzonych przez Tenki Bomb. Nie ostał się żaden dom. Spod gruzów udało się wydobyć jedynie niektóre urządzenia. Na szczęście pudełko z kapsułami nie uległo zniszczeniu, a w środku Vegeta miał swój statek oraz (w prezencie od Bulmy, choć nie nalegał) półkulisty domek Capsule Corp. mogący pomieścić kilka osób, a na siłę całą drużynę, tj. ocalałych Saiya-jinów (tylko ośmiu, niestety kilku zginęło nie pod gruzami, lecz od fali uderzeniowej; jednakże odpadli najsłabsi, przeżyli najsilniejsi [prawa natury są nieubłagane]), Vegeta, Gohan i Uub. Spośród zachowanego sprzętu najbardziej przydatną okazała się maszyna regenarująca. Co prawda coś się w niej popsuło i zamiast kwadransa Vegeta i Gohan spędzili tam po kilka godzin- ale grunt, że odzyskali siły. Po nerwowo przespanej nocy (w śpiworach na podłodze, meble trzeba było wynieść na zewnątrz) Vegeta postanowił przeanalizować sytuację.
- Jesteśmy słabsi od Bella. -skonstatował- I choćbyśmy scalili się drugi raz, pewnie znów nam umknie. Będziemy potrzebowali niekonwencjonalnych środków, by dać sobie z nim radę.
- Masz jakiś pomysł? -odparł niemający żadnej idei Gohan.
- Potrzebuję łączności z Ziemią. -rzekł po kilku minutach ciszy książę Saiya-jinów.
W mig wypakowali statek z kapsuły. Cała drużyna (poza medytującym Uubem) stłoczyła się w środku, choć przy konsoli stali tylko Gohan i Vegeta. Długo czekali, aż promienie radiowe pokonają dystans z Kuntu na Ziemię, i odbiór połączenia też szybko nie nastąpił. W końcu na ekranie pojawiła się twarz Bulmy, jednakże obraz zawierał wiele zakłóceń, zaś dźwięk pozostawiał jeszcze więcej do życzenia.
- Veg...(eta) to ty? Słu...(chaj) (tu)...taj n(a)... (Zie)...mi jest bardzo (nie)...dobrze. -usłyszeli; reszty domyśleli się z ruchu ust.
- Bulma? Co się stało?! I dlaczego jesteś taka smutna? -dopytywał się 'troskliwy' partner.
- Trunks ... żyje! -krzyknęła i rozpłakała się.
- Całe We...(st) City (znisz)...czone!
Wkurzony Saiya-jin walnął kułakiem w klawiaturę.
- Cholera! Co jest grane!? I dlaczego taki zły odbiór!
Dopiero gdy ochłonął przypomniał sobie, po co łączył się z Ziemią. Za plecami połowicy dostrzegł posadzkę wyłożoną płytkami, rosnące w dwóch rzędach drzewka i błękitne niebo bez żadnej chmurki, jakby znajdowała się ponad nimi.
- Jesteście w pałacu Dendego? To wspaniale! Zawołaj go, szybko! -zakomenderował.
Po chwili mieli przed sobą młodego Nameczanina, który zmężniał nieco od ich wylotu.
- W czym mogę wam pomóc? Proszę, wracajcie szybko! Złe moce panują na Ziemi! -piszczał swym jeszcze niezmutowanym głosem.
Dopiero po chwili dotarło do nich, że nie ma zakłóceń. Czyżby przemawiał do nich telepatycznie? Chyba tak.
- Dende, mamy mało czasu, więc będę się streszczał. Możesz połączyć się ze swymi rodakami i poprosić o przywołanie Porungi?
Na twarzy Kamiego pojawił się grymas wahania.
- Jeśli pomożesz nam teraz, będziemy mogli pomóc wam już niedługo.
Twarz Dendego rozpogodziła się. Zauważyli, że jego czułki zaświeciły na zielono. Nie minęła minuta, jak zwrócił się do nich:
- Wszystko w porządku. Czego sobie życzycie?
- Dobra, słuchaj, bo to ważne. Poproś smoka, żebyśmy ja i Gohan odzyskali ogony.
Całe zgromadzenie zamurowało, a Gohan omal nie padł z wrażenia.
- O... ogonki? -niedowierzał syn Goku.- To jest ten twój plan?
- Zamknij się, później ci wyjaśnię.
Nameczanin również był zdziwiony dziwacznym życzeniem, ale przemówił do Porungi. Nagle Vegeta i Gohan poczuli mrowienie trochę poniżej krzyża i nim się spostrzegli, przez spodnie każdego przebił się włochaty, brązowy ogon zwisający do łydek. Pozbawiony w wieku pięciu lat naturalnego tworu i niemal piątej kończyny Gohan poczuł się strasznie nieswojo, lecz szybko uporał się z tym uczuciem. Za to Vegeta wyraźnie się uspokoił po spełnieniu życzenia.
- Teraz drugie życzenie. Niech smok ożywi Trunksa.
Minutę później Dende zakomunikował, że zabity wojownik wrócił do świata żywych.
- W porządku. Zanim odprawisz Porungę, opowiedz mi, co się stało w ciągu ostatnich dwóch tygodni.




Odc. 46 - "Opowieść Dendego"

- Zaczęło się to wkrótce po twoim odlocie trzy tygodnie temu. Zrazu w małych wioskach, później w większych skupiskach ludzkich, zaczęli znikać ludzie. Kilkaset tysięcy osób przestało dawać oznaki życia w kilka dni. Zupełnie jak podczas terroru Cella. Dopiero kilka dni temu udało mi się przebić przez dotychczas niemożliwe dla mnie do sforsowania bariery mrocznej mocy, która spowiła znaczną część Ziemi. Rozpoznałem wtedy przeciwnika. To Dervin- mroczny, zapomniany przez wszystkich bóg. Garstce jego ostatnich wyznawców udało się z nim porozumieć, choć niektórzy wątpili w jego istnienie. Ożywił on waszych największych wrogów i złączył w trzech wojowników. Wiem, jak mają na imię. Frell, owoc fuzji Freezy i Cella. To on zabił Trunksa i zniszczył West City, a teraz panuje na zachodzie globu. Jego kompan Benyu rządzi na północy. To połączenie Bebiego i czterech członków Ginyu Force. Ostatni zaś to chyba niemożliwa do pokonania mieszanka najsilniejszego ze złych smoków oraz Super C17. On wziął sobie wschód. Pozostali zwą go Super Shenronem. Cudem tylko udało się przybyć do mnie Gotenowi z jego matką i dziewczyną, Videl z dziećmi i Mr. Satanem oraz Bulmie z Brą. Niestety, pozostali mieszkańcy planety nie mieli tyl szczęścia. Ponad połowa ludzi już nie żyje. Wszystkich trzech wrogów na wodzy trzyma ostatni. Nie jest on wynikiem scalenia, tylko wniknięcia samego Dervina w ciało swego kapłana. Wysysa on z ludzkich ciał dusze, czyniąc się przez to coraz silniejszym. Zresztą sam z siebie jest bardzo potężny. Pokazuje ledwie cząstkę swej energii, a przerasta Super Shenrona kilkakrotnie. Jest jeszcze coś. Od kiedy schroniły się u mnie wasze rodziny i przyjaciele, Freell kilkakrotnie chciał zdobyć mój pałac we władanie. Przeszkadza mu jednak jakaś bariera. Co dziwne Videl, Pan i Goten mogą bez przeszkód przedostać się na drugą stronę i wrócić. Wiem, że to może się wydać dziwne, ale tę barierę chyba wytwarza Son Gogito. Wydaje mi się, że jest on bardzo silny, choć ma niespełna dwa miesiące. Byłby z niego dobry wojownik w przyszłości. To chyba wszystko.
Twarz Vegety tężała wraz z rozwojem opowieści, za to Gohan wyraźnie rozpogodził się słysząc o wyczynach małego synka.
- Mam już koncept. -rzekł w końcu książę- Ostatnie życzenie dla smoka. Niech sprowadzi od was Trunksa, bo pewnie pałęta się po terenie Frella. Niech przybędą też nasi starzy przyjaciele- Yamsha i Tenshinhan z Puarem i Chaozu. Kame Sennin, Lunch i Oolong również. Nie zapomnij i Kuririnie, C18 i Maron. Zbierz u siebie wszystkich naszych przyjaciół. Goten i Trunks mają wejść do Komnaty Ducha i Czasu, po nich Tien i Yamsha. Następnie uderzcie we Frella. Jest chyba najsłabszy z naszych wrogów. W tym czasie niech pozostali zdolni do walki odbijają zachodnie połacie Ziemi z rąk jego sługusów. Potem wszyscy czekajcie na nasz powrót. Będziemy za dwa tygodnie. Chociaż... Możesz porozumieć się z Kaiobitem?
Kolejny raz na twarzy Dendego pojawiło się bezbrzeżne zdumienie. "Vegeta ma zawsze głowę na karku", pomyślał. Poszukał Planety Bogów i po parunastu sekundach miał już łączność telepatyczną z Kaiobitem, a po chwili obaj z Vegetą.
- Witaj, Vegeta! Widzieliśmy w szklanej kuli wydarzenia z Ziemi i Kuntu. Możemy ci jakoś pomóc?
- Jasne. Bądź tu za sześć dni, by teleportować nas na Ziemię. Chyba możesz to zrobić?
- Oczywiście.
- I jeszcze jedno... Gdzie się podziewa Kakarotto? Nie ma go w Zaświatach?
- Uch... Ponoć ktoś widział, jak on i Shenron udawali się w najdalsze odmęty zaświatów, gdzie żyją po śmierci potężni wojownicy starsi niż większość bogów. Próbowałem już go wzywać gdy odkryliśmy z Rou Dai Kaioshinem złe moce na Ziemi. Nie ma z nim nawet łączności telepatycznej. North Kaio Sama też próbował.
- Argh, nigdy go nie ma, gdy jest potrzebny.
- Ale zawsze przybywa na czas.
- Gdy ktoś z naszych już zdąży paść trupem. Zawsze tak było. Cóż, będziemy musieli radzić sobie bez niego. Bądź za sześć dni, to ważne.
- Będę na pewno. To już wszystko?
- Tak. Dende, jak tam nasi przyjaciele?
Nieuczestniczący w dialogu Nameczanin zajął się przetłumaczaniem trzeciego życzenia Vegety na język Namek i wypowiedział je do Porungi. Gdy Vegeta przypomniał sobie o Kamim, cała paczka była już w pałacu.
- Wszyscy są. Chcesz rozmawiać z Trunksem?
Vegeta tylko skinął głową. Po chwili na ekranie pojawił się jego syn. Rozmowa przebiegała jednak bez zakłóceń, zapewne za sprawą Dendego.
- Synu, dobrze cię widzieć. Dende wyłoży ci cały mój plan, chciałem się tylko upewnić, że żyjesz.
- Dzięki za pamięć. Jak chcecie nam pomóc, jeśli wróg jest taki potężny?
- O to się nie bój. Tymczasem do zobaczenia.
Vegeta szybko zgasił monitor i rozłączył się.
- Będzie dwóch Super Saiya-jinów czwartego poziomu; nie martw się, Trunks. -odpowiedział synowi w myślach, czego tamten już nie usłyszał, bo Dende zerwał łączność telepatyczną.




Odc. 47 - "Trening Vegety i Gohana"

Zaledwie kwadrans po rozmowie z Dendem dwóch Saiya-jinów udało się na pustkowie, by odbyć pierwszy trening. Po odzyskaniu ogonów ich możliwości znacznie wzrosły, ale potrzebny był im trening. Vegeta był niemal pewien, że do powrotu Bella odzyska utracony przed kilkoma tygodniami poziom Super Saiya-jin 4.
- Dobrze Gohan, teraz mamy szansę zdystansować Bella pod względem mocy. Potrzebuję tylko kilku solidnych treningów. Najlepiej by było, gdybyśmy walczyli na poziomach podstawowych, wtedy szybciej urośniemy w siłę.
Stanęli naprzeciw siebie i przyjęli gardy.
- Lepiej sie dawaj mi forów, inaczej możesz nieźle oberwać. -ostrzegł syna Goku Vegeta.
- Nigdy nie walczę na niby. -zapewnił go sparingpartner.
Zaczęli. Z racji niezbyt wygórowanych poziomów mocy pojedynek nie był tak widowiskowy, jak starcie Gehety z Bellem, niemniej skończył się po godzinie starciem Kamehameha z Garlic Cannon. Dokładnie w połowie dystasu między nimi gromadził się ładunek grożący przegranemu może nie śmiercią, ale wypadnięciem z treningu do czasu uzdrowienia w komorze odnowy. Przez długie minuty utrzymywała się między nimi równowaga. Ostatecznie półkula skumulowanej energii podpełzła aż pod ich stopy i niemal stykali się z nią dłońmi podczas wyzwalania dalszej energii. Próba kontynuowania walki zakończyła się wielkim wybuchem, który rzucił na ziemię obu walczących. Zanim podnieśli się po otrzymaniu ciosu, minął kwadrans.
- Chyba starczy na dzisiaj. -zaproponował Gohan.
- Jak chcesz, to idź do obozu. Ja tutaj zostanę. -odparł książę Saiya-jinów.
Syn Goku wzniósł się w powietrze, ale w tym momencie Vegeta w mig dołączył do niego i precyzyjnym, mocnym ciosem złączonymi pięściami w bark wgniótł go w ziemię.
- Zwiariowałeś?! -huknął Gohan, gdy już wygrzebał się z rumowiska, które powstało w chwili jego upadku.
- Pozwoliłem ci odejść? -zripostował Vegeta.
Nie mówiąc nic więcej, kierowani gwałtownym impulsem wrócili do walki. Tym razem była o wiele bardziej zaciekła. Gohan wiedział, że trening zakończy dopiero niezdolność jednego z nich do walki. "Podupadłem na formie w ciągu tych kilkunastu lat, a on cały czas trenował. Mimo to nie jest ode mnie wyraźnie silniejszy. Trochę mnie to niepokoi. A może walka z Frodlim i trening w Komnacie Ducha i Czasu tak mnie podbudował?" -dedukował Gohan, zadając i otrzymując ciosy od ostatniego czystej krwi Saiya-jina na Ziemi. Tym razem nie mieli ochoty na kolejną próbę sił w stylu walki na promienie energetyczne. Po prostu okładali się ciosami, starając się ulepszać technikę uników, szybkość i precyzję zadawanych ciosów. W końcu Gohan stracił rezon i padł znów na deski pod gradem ciosów Vegety.
- W ten sposób nie pokonasz przeciwnika. -pouczał chłopaka zwycięzca- Nie ma w tobie woli walki. W takim razie trzeba coś zrobić, żebyś zaczął walczyć na poważnie. Ale do tego zabierzemy się jutro. Teraz spadaj, potrenuję sam.
Gohan miał wrażenie, że gniew Vegety wynika bardziej z nierównego poziomu obu, niż rzeczywistego braku zaangażowania syna Goku w trening. Faktycznie, jakoś nie mógł się przemóc do pójścia na całość. Odzwyczaił się już od treningów pomimo całorocznego cyklu u Dendego. Zostawił więc przyjaciela w spokoju i udał się do obozu. Tam zastał jak zwykle medytującego Uuba.
- Jeszcze tylko pięć dni i umysły mój i Buu będą całkowitą jednością. -pochwalił się Murzyn.
- To dzięki mojemu ojcu jesteś tak silny. -zauważył Gohan- Dobrze mieć w tobie przyjaciela.
- Słyszałem waszą rozmowę z Dendem. O kim myślał Vegeta, mówiąc 'ściągnijcie Tiena i Yamchę'?
- Och, to stara historia. Są przyjaciółmi mego ojca z dzieciństwa, później pomagali nam w walce z najazdem Saiya-jinów na Ziemię. Później już tylko wspierali nas duchowo.
- Są mocni?
- Nie tak, jak my. Ale z pewnością można ich nazwać najsilniejszymi ludźmi na Ziemi. Chociaż nie wiem, czy Yamcha nie stracił formy. Nigdy zbytnio nie dbał o swoją sprawność.
Obaj przyjaciele roześmiali się. Miło było powspominać stare dobre czasy, gdy dystans między Saiya-jinami a ludźmi nie był tak wyraźny. Teraz tylko ta pierwsza rasa byłaby w stanie bronić Ziemi przed zagrożeniem. Szkoda.
Mając świeżo w pamięci blamaż w starciu z Vegetą, Gohan zaraz po odzyskaniu sił wyruszył na samotny trening z dala od Vegety i obozu. Opustoszała i zniszczona Kuntu okazała się doskonałym miejscem do pokrzepienia ciała i ducha.




Odc. 48 - "Co wydarzyło się na Tenki"

Po rozdzieleniu się Frodliego i Bella także trzech Saiya-jinów postanowiło zreorganizować szyki. Vegeta obrał sobie za cel młodszego z braci, a za drugim podążyli Raditz i Nappa.
Pościg za Tenki-jinem nie zajął dwójce zbyt wiele czasu, dogonili go po kilku minutach. Bell wcale nie uciekał. Stanął szeroko na nogach i uniósł ręce na wysokość klatki piersiowej.
- Nappa, widzisz tego bałwana? On chyba chce się bić. -szydził brat Goku.
- Chyba nie sprawimy mu zawodu, co? Ile jednostek ma ten mikrus?
Saiya-jin dostnął dłonią Scoutera. W zielonym okularze zaczęły wyświetlać się jakieś cyferki i wykresy, a po kilku sekundach Raditz otrzymał odpowiedź.
- 500 jednostek. To dla ciebie pestka, pozwól mi się zabawić. Na poprzedniej planecie to ty walczyłeś z najsilniejszym wojownikiem.
- Jak sobie chcesz. Dla mnie to byłby pryszcz, nie lubię łatwych zwycięstw. -zacietrzewił się Nappa.
Starszy z Saiya-jinów poleciał na pobliski wzgórek, a Raditz został na polu zbliżającej się walki.
- Boisz się malutki? Na twoim miesjcu zwiewałbym ile sił w nogach. Ale teraz to nie ma znaczenia. Przykro mi, ale zginiesz.
Ze spoconego czoła Bella spłynęła kropla potu, która po przebyciu policzka skapnęła z brody na ziemię.
- Chyba nie zdajesz sobie sprawy z niebezpieczeństwa. -zadrwił najsłabszy z Saiya-jinów- Więc posłuchaj. Ja mam 1200 jednostek, a ty zaledwie 500. Jeśli chcesz szybkiej śmierci, po prostu mi powiedz, mogę doprowadzić cię do niej bez kłopotu. Inaczej skazujesz się na powolną agonię.
- Możesz się wreszcie zamknąć?! -wydarł się na niego Nappa.- Nasz bohater chce się bić, a ty prawisz mu morały. Bierz się do roboty, albo cię wyręczę.
Raditz tylko mruknął coś pod nosem.
- No to zaczynamy!
Niczym błyskawica znalazł się przy Bellu i nim ten zareagował, przełamał jego gardę i zadał mu kilka ciosów w brzuch. Tenki-jin zgiął się wpół i padł na kolana.
- To było zbyt proste. -zaśmiał się Raditz i skierował prawą, otwartą dłoń ku klęczącemu przeciwnikowi.- No to żegnaj.
Nie zdążył jednak wystrzelić, bo nagle Bell wyprostował się i ciosem 'z byka' w splot słoneczny odebrał na sekundę dech wrogowi. W tym czasie zdążył przenieść się kilkanaście metrów od niego. Stanął prosto i opuścił ręce, po czym odsunął je trochę od ciała.
- Pewnie nie wiesz tego, że Tenki-jinowie potrafią potroić swą moc w chwili próby? -w końcu odezwał się Bell.- Więc patrz na to!
Napiął mięśnie i otoczył się fioletową aurą. W kilkanaście sekund urósł o głowę i nabrał muskulatury. Raditz z niepokojem oglądał wyniki ze Scoutera.
- 700... 1000... 1100... Zdumiewająco szybko nabiera krzepy... 1200... Jest już tak silny, jak ja! 1250! 1300! 1400!
W momencie, gdy Bell zakończył transformację w Tenki-jina drugiego poziomu, jego moc wynosiła 1500 jednostek.
- I co powiesz teraz? -zadrwił Bell.
Nie usłyszał odpowiedzi, bo nagle ogromna postać z szybkością dźwięku uderzyła go pięścią w skroń. Bezwładnie potoczył się po ziemi i wpadł do rzeczki przepływającej kilkadziesiąt metrów od pola bitwy.
- Dlaczego to zrobiłeś? On był mój! -wkurzył się Raditz.
- Nie mogłem ci pozwolić na porażkę. Jak zwykle dałeś plamę, synu Bardocka.
- Zamknij się! Skąd mogłem wiedzieć, że ten brzdąc jest w stanie tak przybrać na mocy?
Nagle w ich Scouterach pojawiła się zdumiewająca informacja.
- Zero... -wyszeptał Raditz.
- Zero... -powtórzył jak echo Nappa.- Jednym ciosem! Jednym ciosem powaliłem wojownika o mocy 1500 jednostek! Nieprawdopodobne!
- Tak, tak... -skinął głową znużony brat Goku.

+ + +

- Całe szczęście, że nie szukali ciała... Uciekłem tym kretynom sprzed nosa. -drwił z dwóch Saiya-jinów zahibernowany w jądrze Kuntu Bell.- Niestety nie wezmę na nich odwetu, jaka szkoda...

+ + +

Tymczasem mijał trzeci dzień treningu Vegety i Gohana. Choć Bell nie zapowiadał powrotu dobrze wiedzieli, że tydzień po swej porażce przybędzie, by się zemścić. Saiya-jinowie trenowali jednak osobno. Gohan tyrał za dwóch, by jak najszybciej odzyskać formę. Na poziomie Super Saiya-jina wypuszczał Kamehameha lub Masenko i zakręcał je w siebie, a następnie starał się odeprzeć atak dysponując formą podstawową. Czuł, że robi się coraz silniejszy. Był gotów do rewanżowego sparingu z Vegetą i do kolejnego pojedynku z Bellem.




Odc. 49 - "Drugi sparing"

Od pokonania Bella minęło sześć dni. Wczesnym wieczorem, gdy niebo jeszcze się nie ściemniło, Gohan wrócił z ostatniego treningu. Zadowolony machał ogonkiem, a robiąc dla siebie spory posiłek pomagał nim sobie przy każdej okazji. Pozostali Saiya-jinowie przez cały tydzień poznawali uroki zwiększania grawitacji w statku Vegety. Chwalili się treningami na 50G, podczas gdy Gohanowi i Vegecie spowszedniał maksymalny 450.
Kilka minut po Gohanie wrócił Vegeta. Postrzępiony strój, nagi tors, pełno siniaków i zadrapań, a nawet ślady krwi na ciele- jak zwykle się nie oszczędzał.
- Nie wyglądasz najlepiej. Może wstąpiłbyś do komory odnowy? -zaproponował Gohan.
- Dzięki, ale nie. Umyję się i mi przejdzie. Poza tym dziś i tak zarzuciłem sobie mniejszy rygor. Jutro powinie wrócić Bell.
- Wiem. Skąd masz jednak taką pewność?
- Wracał co tydzień. Czujesz, jak bardzo urósł w siłę?
- Tak, jest już w podobnej formie, jak przed paroma dniami. Odzyska siły, a może nawet nas czymś zaskoczy.
Zapadła cisza. Vegeta udał się do łazienki, a Gohan zabrał się za pochłanianie kilogramów jedzenia. Skończył dopiero, gdy książę Saiya-jinów wrócił spod prysznica.
- Jestem ciekaw twoich postępów podczas samotnego treningu. -przerwał w końcu ciszę.
- Vegeta, a nie chcesz najpierw niczego zjeść?
- Przed walką się nie je. Dalej, wdziewaj stój do walki.
Zrezygnowany Gohan po minucie był gotów do boju. Wrócili na miejsce pierwszego pojedynku, gdzie później trenował Vegeta. Cały teren usiany był kraterami i rumowiskami, a w jednym miejscu przez powierzchnię przebiegał długi na kilometr rów.
Po przybyciu na miejsce obaj wojownicy przygotowali się do walki.
- Poczyniłem spore postępy. -zapewnił Gohan, gdy już stał z gardą kilkanaście kroków przed Vegetą.
Jakby na potwierdzenie swych słów wytworzył białą aurę, która natychmiast opadła.
- Zacznijmy więc. -zdecydował Vegeta.
Nim się spostrzegł, leżał na ziemi, a Gohan stał w starym miejscu. Zdumiony zaistniałą sytuacją otrzepał się z kurzu i ruszył do ataku. Nim jednak zadał cios, poczuł mocne uderzenie pod żebra i znów padł.
- Co to jest? -niedowierzał.
- Moja nowa moc. A w zasadzie stara. Nie muszę już się transformować, by wydobyć z siebie pełnię możliwości.
- Co ty nie powiesz? -zadrwił Vegeta i zmienił się w Super Saiya-jina.
Natarł poraz kolejny, by ponownie skończyć w parterze. Zezłoszczony nie na żarty transformował się stadium wyżej. Bez efektu- w ułamku sekundy kilkoma ciosami został zmuszony do kapitulacji. "Ale on jest szybki. Nie mógł tak się wzmocnić w tydzień."- niedowierzał Vegeta. Zszedł do podstawowego poziomu.
- Gratuluję. Zobaczymy, czy poradzisz sobie z moją techniką! -krzyknął, po czym wystrzelił białą kulę energii w górę- Nie patrz na nią! To sztuczny księżyc!
Posłuszny syn Goku starał się nie oglądać ciekawiącego go zjawiska. Jego uwagę zajmowała inna myśl- jak okiełzna Golden Oozaru? Przejście przez to stadium było konieczne, by Vegeta osiągnął poziom Super Saiya-jina 4. Wojownik zaczął zdradzać symptomy rychłej transformacji. Spoglądał w górę, podczas gdy na jego skórze wyrastała brązowa sierść, ręce wydłużały się, ciało robiło się bardziej krępe, głowa rosła, a twarz wydłużała się. W następnej kolejności zamiast oczu pojawiły się dwa bursztynowe ślepia. W miarę jak rosnął, sierść zmieniała barwę z brązowej na żółtą.

+ + +

Bell wyczuł nagły wzrost mocy Vegety. "Będzie ciekawie, ale nawet taki skok jego formy nie przeszkodzi mi w pokonaniu wszystkich. Już jutro zemszczę się na nich za poniżenie mnie. Do trzech razy sztuka."

+ + +

Vegeta zakończył transfomację do poziomu Golden Oozaru. Jak za ostatnim razem, nie panował nad sobą. Jedynie Gohan był teraz w stanie przywrócić mu świadomość. Nie wydawało się to jednak zbyt łatwe.




Odc. 50 - "Jacy ojcowie, tacy synowie"

- Długo już tam są? -niecierpliwiły się Chi Chi i Bulma.
- Dopiero trzynaście godzin. Spokojnie, nic im nie będzie. -uspokajał obie kobiety Mr. Popo.
Son Goten i Trunks wkroczyli do Pokoju Ducha i Czasu w kilkanaście minut po przywróceniu tego drugiego do życia. Od tego czasu ich przyjaciele nerwowo wyczekiwali powrotu synów Goku i Vegety. Cała paczka starych znajomych, którzy nierzadko nie widzieli się od lat. Kame Senninowi i Oolongowi najbardziej rzecz jasna przypadła do gustu Bra, która z uporem matki skutecznie odrzucała awanse sprośnych kompanów. Toteż stary mistrz i prosiak paradowali z czerwoną dłonią na policzku, zerkając niedwuznacznie na córkę Vegety. Tenshinhan sparował z Yamchą, który znacznie podupadł na formie. Wciąż jednak wykazywał nadludzką sprawność i siłę. Kuririn z C18 spacerowali wespół z córką, chroniąc ją przed zachłannymi spojrzeniami Żółwiego Pustelnika, który od jakiś kilkudziesięciu lat pustelnikiem był tylko z nazwy ;)

+ + +

Ogromna postać Golden Oozaru zlustrowała wzrokiem swe otoczenie. Dostrzegł tylko Gohana. Chłopak stał na głazie ze skrzyżowanymi na torsie rękoma niczym pomnik na cokole. Przez moment dwaj wojownicy patrzeli sobie w oczy. Syn Goku musiał potraktować sprawę śmiertelnie poważnie, jeśli miał zamiar się z tego wykaraskać. Pamięć Vegety ujawniała mu najgorsze wspomnienia o sparingpartnerze- upokorzenie w pierwszej walce na Ziemi, niechcianą pomoc w walce z Recoomem, słabą walkę z Daburą, który później namówił Babidiego do opętania go. Rozjuszona bestia wystrzeliła z pyska czerwonym promieniem. Gohan bez przeszkód, z użyciem Zanzokena, uciekł w bok. Pierwszy atak powiedział mu wszystko. Vegeta pod postacią Oozaru nie był od niego silniejszy, ale miał przewagę fizyczną. Dopiero transformacja do poziomu Super Saiya-jin 4 spowoduje w nim skondensowanie energii w mniejszym ciele, a przez to wyzwolenie potężnej mocy. Przy następnym napadzie furii Vegeta wyżłobił rów w kształcie półksiężyca. Kolejny raz Gohan umknął. Sztuczny księżyc utrzyma się trzy godziny. Wystarczająco dużo czasu.

+ + +

Trzaśnięcie drzwiami zbudziło pogrążoną w kamiennym śnie Palace. "To tylko Goten", pomyślała.
- Goten? -po chwili przetarła oczy ze zdumienia- Goten?! Wróciłeś? Wyskoczyła z łóżka wprost w objęcia chłopaka. Ze względu na skromne warunki mieszkaniowe u Dendego Chi Chi zgodziła się, by mający się pobrać po zakończeniu hecy z Dervinem młodzi zamieszkali w jednym pokoju już teraz. Zresztą w wychowywaniu go nigdy nie była tak zasadnicza, jak w przypadku Son Gohana.
- Teraz wszystko już będzie dobrze. -zapewnił ją chłopak, gdy już się od niego odkleiła- Mamy z Trunksem moc, o jakiej naszemu przeciwnikowi się nie śniło. Jutro wieczorem wracają Tien i Yamcha, a później lecimy obalić pierwszego z naszych wrogów.

+ + +

Tenshinhan medytował, a Yamcha spał na posadzce w śpiworze, gdy Mr. Popo przyprowadził synów Goku i Vegety z wnętrza pałacu. Przyjaciele nie mogli się nadziwić widząc, jak uważani przez Vegetę za "zmarnowane talenty" chłopcy zmężnieli podczas rocznego treningu. Jeszcze bardziej zdziwili się, gdy ujrzeli złote, nastroszone włosy, oraz żółte poświaty puszczające iskierki i małe błyskawice. Wyglądali na bardzo zadowolonych.

+ + +

Po upłynięciu pół godziny Gohan wciąż tkwił w impasie. Nie znalazł sposobu na uświadomienie Vegety,a czas mijał nieubłaganie. Moment nieuwagi i wielka łapa wbiła go w ziemię, kolejna sekunda rozkojarzenia i Gohan cudem uniknął Mouth Blasta.
- Vegeta, to ja Gohan! Nie pamiętasz mnie? Syn Goku, twego przjaciela! Musimy pokonać Bella, nie pamiętasz? Vegeta!
Krzyki i perswazja na nic się nie zdały. Książę Saiya-jinów wciąż nad sobą nie panował.

+ + +

"Gohan słabnie, a Vegeta nie panuje nad swą siłą. Cóż za wspaniały zbieg okoliczności. Brakuje mi kilku godzin, by się zregenerować. Strzeżcie się Saiya-jinowie, wybiła wasza godzina..." -szeptał spowity w biały kokon Bell.
Przejdź do <-- Rozdział 4

2616 Czytań | Drukuj