Witaj w serwisie DragonBall 4 Ever

Czym jest db4ever?

Społeczność db4ever skupia wokół siebie fanów zarówno tego kultowego anime/mangi jak i miłośników japońskiej kreski ogólnie. Jesteśmy tu by poznawać innych użytkowników o podobnych zainteresowaniach, dyskutować na forum na tematy dragonball'owe ale i te całkiem odmienne, oceniać swoje prace, czy poprostu zassać odcinku lub znaleść kilka przydatnych ciekawostek dotyczących tej serii anime.

Nie trać czasu i zarejestruj się już teraz. Gdy zechcesz poznać bliżej zgraną ekipę która przesiaduje tu od lat to stwierdzisz że zdziwieniem że zajżenie tu choćby raz na dzień to już odruch i masz to we krwi ;)

Logowanie Użytkownika

Dostępność Loginu:


Zanim założysz konto sprawdz czy wybrana przez Ciebie nazwa użytkownika nie jest już zajęta.


Wpisz planowaną nazwę użytkownika (login) a następnie wciśnij przycisk 'Tab' by sprawdzić jej dostępność.

Wpisz Szukaną Frazę:

Artykuły Na Forum Odcinki
Użytkownicy Filmy Online


Powrót na Stronę Startową
Wyszukiwarka
Fanfic autorstwa Frodli: Tenki-jin Saga cz.2
Dodane przez medyq dnia 22-11-2009 11:38

  Odc. #11 - "Zadośćuczynienie"

- Coś ty zrobił? -grzmaił vegeta- On nas kiedyś pozabija we śnie!
Gohan stał i znosił cierpliwie skargi reszty. Vegeta udzielał się w tej materii szczególnie. Po znokautowaniu Frodliego i otrzymaniu od niego obietnicy ożywienia Pan Gohan przyleciał z nim do Dendego, aby Tenki-jin odzyskał siły. Następnie zamierzał go wypuścić wolno z zakazem powrotu na Ziemię. Po pewnym czasie dolecieli Trunks, Vegeta i Goten. Książę Saiya-jinów nie mógł ścierpieć, że Gohan ułaskawił przeciwnika.
- Ojciec dał ci kiedyś drugą szansę. -odparł Gohan na zarzuty Vegety- potem opętał cię Babidi, a niedawno Bebi. I wciąż pozwalamy ci ze sobą przebywać.
- Ja to inna sprawa! -huknął książę Saiya-jinów- Jestem czystej krwi Saiya-jinem i pomogłem wam w wielu starciach z wrogiem! A on... zabił ci córkę! I ty go oszczędzasz?
Gohan zamilkł na chwilę. Był przygotowany na ten argument, ale i tak wytrącił go z równowagi.
- Obiecał wskrzesić Pan. -wycedził- A ja mu uwierzyłem. Pokonałem go i jest teraz na mojej łasce. Chcę dac mu szanse naprawienia błędu.
- Jeste głupi jak twój ojciec. -odparł Vegeta.
- Dokonałem już wyboru. -orzekł Gohan.
- Szalonego wyboru. -przygadał mu tamten.
- To się okaże. -zripostował chłopak.
Trunks, Goten i Vegeta stali naprzeciw Gohana i Frodliego, a między nimi Dende skupiał się do uleczenia całej piątki.
- Dende, możesz już zacząć? -poprosił Goten.
Wszechmogący uniósł ręce i popłynęła z nich lecząca aura w kierunku każdego ze stojących. Po chwili znikły z nich zadrapania i rany, ale nadal mieli na sobie łachmany zniszczone w walce. Frodli skrzyżował nogi w pozie medytacyjnej, lewitując z głową na wysokości pozostałych.
- Odzyskałem już siły. -zaczął- To bardzo skomplikowany rytuał. O własnych siłach można go dokonać tylko raz w życiu. I już to uczyniłem.
- Mówiłem, że cię oszukał. -wtrącił Vegeta.
- Teraz będę potrzebował pomocy rodziców tej dziewczynki. -kontynuował Frodli.
- Goten, leć po Videl. -przykazał Gohan.
- Jasne. -przytaknął chłopak i oddalił się.
- Będę też potrzebował przedmiotu należącego do ofiary.
Gohan zdjął opaskę z nadgarstka. Była to chustka Pan, którą zabrał z pola bitwy.
- Oto resztka jej chustki. -zwrócił się do Frodliego i podał mu strzępy.
- Jakiej rasy jest matka dziewczynki? -zainteresował się Tenki-jin.
- Jest człowiekiem. A ja półkrwi Saiya-jinem. -odparł Gohan.
- To będzie tak. -odezwał się Frodli- Po każdym z naszej trójki odziedziczy jakieś cechy. Będzie w 1/3 Tenki-jinem, w 1/2 człowiekiem i w 1/6 Saiya-jinem. Natomiast jej dziecko będzie czystej rasy, którejś z tych trzech. Ale ten przedmiot sprawi, że zachowa swój charakter, ponieważ w tej chuście zawarte są jej emocje. To juz wszystko, co mam wam do powiedzenia o wskrzeszeniu Tenki-jińskim.
W tym momencie przybyli Goten i Videl. Żona Gohana spojrzała spode łba na Tenki-jina, który wciąż lewitował w pozie medytacyjnej.
- Stańcie naprzeciw mnie. -przykazał Frodli- Chwyćcie się za rękę, a druga wolną podajcie mi.
W ten sposób powstał trójkąt, w którego centrum leżała na ziemi chusta Pan. Frodli skoncentrował się, a Gohan i Videl odczuli ubytek energii. Vegeta, Trunks, Goten, Dende i Popo przyglądali się osobliwemu rytuałowi. Po chwili chustka zaczęła świecić krystalicznym światłem, po czym uniosła sie na wysokość dawnego wzrostu Pan. Nagle wystrzelił w dół snop światła, który zaczął przybierać ludzkie kształty. Po dwóch minutach ujrzeli przezroczystą Pan, a po trzech zaczęła nabierać kolorów. Cały proces trwał pięć minut. Pośrodku trójkątu stała Pan w zbroi Tenki-jina. Miała chustę na głowie, scouter, i cały swój dawny wygląd poza jednym szczegółem. Na policzkach widniały po trzy równoległe, podłużne zadraśnięcia. Pan spojrzała na ojca i rzuciła się mu w ramiona. Potem mamie. Następnie ujrzała Frodliego i spochmurniała.
- Dzięki za wrócenie do życia. -wymamrotała chłodno- Ale przez ciebie mam to! -po czym pokazała na szramy.
- To można przypudrować. -odezwał się Gohan.
- Siła wyższa. -wyszeptał spokojnie Frodli.- To może być kiedyś twoje błogosławieństwo. -po czym uniósł się kilkadziesiąt metrów w górę, aby pomedytować.
- Komu w droge, temu czas. -stwierdził Vegeta i odleciał wraz z Trunksem do domu.
Pozostali też mieli już odlecić, gdy rozległ się szum i na dziedzińcu pałacu Dendego wylądował mały statek kosmiczny. Gohan wyczuł obecność dużej siły- porównywalnej z Pan lub Uubem. Czyżby kolejne zagrożenie?

oDC. #12 - "Niespodziewany gość"

Gohan, Videl, Pan, Goten, Dende i Popo z niecierpliwością, ale i obawa oczekiwali na otwarcie się drzwi statku. Po chwili z obramowania drzwi zaczął wydobywać się gesty dym, mający wyrównać ciśnienie wewnątrz statku z tym na zewnątrz. Zaraz po tym klapa otwarła się i na progu stanęła wysoka, muskularna postać. Miał scouter, czarne włosy i oczy, śniadą skórę, czarny kombinezon i brązowy, włochaty pasek. Na pewno pasek? Gohan przyjrzał się uważniej przybyszowi i po chwili otworzył usta w niemym krzyku.
- Jesteś Saiya-jinem! -wyrwało mu się.
Goten przybrał postawę bojową, Gohan odsunął żonę i córkę za siebie, a Dende i Popo usunęli się na bok. Przybysz zrobił parę kroków przed siebie i nie stanął.
- Kim jesteś? Ani kroku dalej! -warknął Goten.
Tamten posłuchał go i przystanął. Uniósł też ręce w geście pokoju. Po chwili napiętego milczenia odezwał sie głosem twardym jak metal i czystym jak diament.
- Jestem Tomat. Przybywam z planety Kuntu. Nie mylisz się, jestem Saiya-jinem.
- Co tu robisz? -przerwał mu Gohan.
Teraz przybysz odwrócił spojrzenie w kierunku starszego syna Goku.
- Przybywam po pomoc. Kilka tygodni temu udało nam się znaleźć źródło olbrzymiej mocy na tej planecie.- wyjaśnił Tomat.
Gohan zasępił się. Dobrze pamiętał przybycie Raditza, Vegety i Nappy na Ziemię. Ale teraz nie mieli się czego bać- przeciwnik nie wyglądał na silniejszego od tej trójki, która przybyła podbić naszą planetę. Jednocześnie nie chciał podejmować pochopnej decyzji.
- Rozważę twą prośbę. -rzekł poważnie- Ale przy kolacji. -tu rozchmurzył się, podbiegł do przybysza i uścisnął mu dłoń.

Przy kolacji u Chi Chi obecni byli wszyscy ważniejsi wojownicy. Brakowało tylko Vegety.
- Teraz wyjaśnij nam wszystko. -poprosił Gohan, gdy wszyscy się najedli.
- Zacznę od początku. Po eksplozji planety Vegeta dwadzieścia zahibernowanych ciał krążyło w przestrzeni. Wszystkie kapsuły wylądowały na planecie Kuntu, gdzie urządziliśmy sobie bazę badawczą. Trzy tygodnie temu tajemnicza postać zabiła jednego z nas. Tydzień później znów. Jako przywódca podjąłem się misji znalezienia pomocy. Dlatego przybyłem na Ziemię. Zanim wrócę, będzie nas już tylko szesnastu. -opowiedział Tomat.
Gohan i pozostali wysłuchali tych słów w skupieniu.
- Mogę ci pomóc. -zadeklamował się Gohan.
- My też. -dopowiedziała reszta.
- Mogę zabrać tylko trzy osoby. -ostudził ich zapędy Tomat.
- W takim razie... -zawahał się Gohan- Lecę ja... Frodli...
- Nie mam ochoty na podróż. -wykręcił się Tenki-jin.
- Muszę mieć na ciebie oko. -zripostował syn Goku- A ostatni niech poleci...
Spojrzał na twarze brata, Trunksa, Uuba i Pan.
- Goten... Trunks... zostajecie. -zadecydował- Uub, lecisz z nami.
Czarnoskóry chłopak skinął głową.
- Dziękuję wam. Kiedy ruszamy? -zagaił Tomat.
- Za dwie i pół doby. -odparł Gohan.- Najpierw odwiedzimy komnatę czasową. Dende powinien już naprawić przejście do niej.
W tym momencie wtrąciła się Bulma.
- A co z Vegetą?
Zapanowała powszechna konsternacja. Rzeczywiście, podejmowanie decyzji bez współuczestnictwa Vegety nie należało do najłatwiejszych zadań.
- Nie możemy czekać, aż wróci. -wytłumaczył jej Gohan.- Może ruszyć w nasze ślady kiedy wróci z treningu. A może przybędzie w ciągu dwóch dni.
- Pozostało nam wybrać po kolei pary do odwiedzenia Komnaty Czasowej. -zagaił Trunks.
- No tak. -zauważył Goten.
Nie wiadomo czemu, od przybycia Tomata to do Gohana należało całe myślenie i podejmowanie decyzji. Wszak był po Vegecie i Goku najbardziej doświadczonym z ziemskich wojowników.
- Ja wejdę z Tomatem. Nauczę go paru sztuczek, po naszym odlocie z Kuntu nauczy ich swoich ludzi. Uub wejdzie z Frodlim. Liczę, że twoja skrucha była prawdziwa. -zastrzegł.- Wchodzimy jutro o ósmej rano.

Odc.13 - "Gohan nauczycielem"

Następnego dnia przed wejściem do komnaty czasowej zebrali się mający do niej wejść Gohan i Tomat oraz Dende i Mr. Popo.
- Pamiętajcie aby wyjść przed upływem roku. -ostrzegł ich Dende.
- Będę pamiętał. -zapewnił Gohan.
Popo otworzył im drzwi i po chwili zniknęli za nimi Gohan i Tomat. Znaleźli się w znanym Gohanowi pokoiku. Tomat patrzył na to wszystko ze zdziwieniem. Na lodówkę bez limitu, na łóżka i biel za oknami.
- Gdzie my jesteśmy? -zaniepokoił się.
- W Komnacie Czasu i Ducha. To najlepsze miejsce do treningu. Spędzimy tu jeden rok, a na zewnątrz minie jeden dzień. -wyjaśnił Gohan.
- Zaczynajmy trening. Nie marnujmy czasu. -postanowił Tomat.
Wyszli na zewnątrz. Od razu poczuli dziesięciokrotny przyrost grawitacji, ale ku zdziwieniu Gohana jego partner nie maił problemów z utrzymaniem równowagi.
- Tak samo było na Vegecie. -wspomniał.
Stanęli naprzeciw siebie i rozpoczęli pierwszą walkę. Była ona bardzo nierówna, Tomat przez pół godziny ani razu nie trafił przeciwnika. Kiedy zaczął bombardować go pociskami Ki, syn Goku nie miał najmniejszych problemów z unikami, a Garlic Cannon Tomata przeciwstawił promień puszczony z jednego palca- i wygrał, nokautując rywala. Chwilę jeszcze poćwiczył w samotności i wrócił z Saiya-jinem do pokoju. Tam opatrzył mu rany i wyszedł trenować. Tak mijał im czas- przez pół roku walczyli ze sobą przez godzinę dziennie (potem zmasakrowany Tomat odpoczywał do następnego dnia), a pozostały czas Gohan przeznaczał na jedzenie, spanie i trening. Po tym czasie Gohan znów znakomicie opanował poziom SSJ2 i czuł się w nim lepiej niż kiedykolwiek. Dzień przed wyjściem Gohan zagadał do przyjaciela:
- Jutro wychodzimy. Mam nadzieję, że czegoś cię nauczyłem.
- Jasne. -zapewnił tamten- Ale nie jesteś tym, za którego cię uważałem.
- A za kogo mnie miałeś? -zaciekawił się Gohan.
- Za Legendarnego Saiya-jina. Tymczasem po prostu jesteś tak dobrze wytrenowany. -wytłumaczył Tomat.
W tym momencie Gohan uświadomił sobie, że nigdy nie pokazał się partnerowi jako Super Saiya-jin.
- Bo nie jestem nim. -odparł- Legendarnego Saiya-jina zabiłem wespół z ojcem i bratem, dwadzieścia jeden lat temu.
Tomat otworzył szeroko oczy.
- Niemożliwe... Legendarny Saiya-jin jest niepokonany. A znasz jego imię?
- To był Broli, syn Paragasa. -ujawnił pytany.
- Paragasa... Taki ciemnoskóry facet o wiecznie kamiennej minie?
- Tak. -potwierdził Gohan- Jego syn był Legendarnym Saiya-jinem, ale pokonaliśmy go trzy razy. Z czego dwa razy zginął.
- Niemożliwe! -zaprzeczył tamten- Legendarnego Saiya-jina nie da się zabić!
W tym momencie Gohan uśmiechnął się ironicznie.
- Nie takie rzeczy działy się na Ziemi przez ostatnie 50 lat. Szkoda czasu, wróćmy do treningu.
Tomat skinął głową i szybko teleportował się do niego. Chciał zadać cios w podbródek, ale jego pięść przecięła powietrze. Następnie kilka razy naprzemian lewą i prawą nogą usiłował kopnąć Gohana w bok, ale syn Goku zręcznie odskakiwał. Zdenerwowany Tomat cisnął w chłopaka kilkadziesiąt pocisków, a na sam koniec Tomat Cannon- ze wzniesionych nad głowę rąk wypuścił strumień Ki o średnicy kilkunastu metrów, który całkowicie ogarnął Son Gohana. Operacja ta zakończyła się wzbiciem chmury kurzu, którego wyłonił się po krótkim czasie atakowany. Nie miał na sobie śladów walki, jedynie jego strój pozbawiony był prawej nogawki opd kolana w dół, a w kamizelce widniała dziura odsłaniająca tors.
- Brawo Tomat.- pochwalił przyjaciela.
Bez żadnej zapowiedzi uderzył przybysza z Kuntu w twarz, ale tamten zręcznie chwycił jego pięść w swoją dłoń. W odpowiedzi Gohan z półobrotu kopnął go piętą w czoło, ale Tomat uchylił się na bok. Nastąpiła teraz wymiana ładunków Ki, które wybuchały z ogłuszającym grzmotem. Wreszcie Tomat i Gohan postanowili skonfrontować swoje fale uderzeniowe- Tomat Cannon i Kamehameha. Kumulacja energii zajęła im kilka minut, a uwolniona energia skruszyła nawierzchnię, na której walczyli. Obaj zaparli się nogami o podłoże i maksymalnie wytężyli mięśnie, oraz skoncentrowali się najlepiej jak umieli. Tomat długo opierał się przeważającym siłom Gohana, ale czuł zbliżającą się porażkę. Zebrał w sobie resztki sił i z wściekłym krzykiem wytworzył białą aurę, która z czasem zaczęła robić się na przemian bezbarwna i złocista. Gohan przyglądał się temu z uśmiechem...

ODC. 14 - "Następny Super Saiya-jin"

Z Tomata spływały strugi potu, ale cały czas odpierał Kamehameha Gohana. Z czasem ręce znad głowy opuścił na wysokość barków, ale cały czas uwalniał z nich energię. Od podłoża zaczęły odrywać się drobne, potem coraz większe kawałki nawierzchni. Włosy Tomata zaczęły pulsować na złoto-czarno, po czym z krzykiem wykrzesał z siebie resztki sił, przebił defensywę Gohana i zwalił go z nóg. W ułamku sekundy jego włosy straciły żółty kolor, złota poświata znikła a sam Tomat upadł najpierw na kolana, a zaraz potem na twarz.
Gohan podniósł się i podbiegł do wycieńczonego towarzysza.
- Tomat, wszystko w porządku? -zaniepokoił się.
Po chwili Saiya-jin odzyskał przytomność i spojrzał na Gohana. Miał w oczach ukazane całe swe przerażenie.
- Co się ze mną stało? -wyszeptał.
- Zostałeś Super Saiya-jinem. -odpowiedział uśmiechnięty Gohan.
Chłopak uznał cały trening za udany. Przerzucił sobie kompana przez ramiona, po czym ruszył w kierunku domku dla trenujących. Pozostało im kilkanaście godzin. Najadł się i ostatni raz udał się na trening. Tym razem było wyjątkowo ciężko. Rozszalałe żywioły nacierały na niego ze wszystkich stron- lodowaty wiatr utrudniał widoczność, skały wznosiły się i opadały ze wszystkich stron, znikąd pojawiały się wycelowane w niego sople lodu. Nawet na poziomie SSJ2 nie było mu łatwo, ale udało mu się wygrać z siłami natury. Po trzech godzinach nieustannej walki legnął na łózko, nastwił sobie budzik na minutę przed wyjściem i zasnął.

Na zewnątrz Uub i Frodli czekali na 'zmianę warty'. Goten, Trunks i Mr. Popo towarzyszyli im w oczekiwaniach, z czego dwaj pierwsi przeprowadzali pokazowe walki bez używania ataków energetycznych. W klikanaście minut pokryli się siniakami od stóp do głów, po czym położyli się na ziemi dysząc z zadowoleniem.
- Chyba wejdziemy sobie po nich. -zaproponował Goten- Świetnie się ubawiłem, dawno nie trenowałem.
- Masz rację. -potwierdził Trunks- Nie możemy dać się zaskoczyć jak podczas walki z Bebim. Musimy być silni, by chronić Ziemię.
W tym momencie zadzwoniła komórka Gotena.
- Tak? -odebrał.
- O, cześć skarbie.
- Nie, nie mam nic do roboty.
- Dzisiaj? Wpół do ósmej wieczorem?
- Tak, nie będę zajęty, przyjdę.
- Buziaki, do zobaczenia.
Goten spojrzał przepraszająco na przyjaciela.
- Wybacz, ale umówiłem się z Palace i na śmierć zapomniałem o spotkaniu. Muszę lecieć do domu żeby trochę się ogarnąć. Narazie!
I odleciał. Trunks westchnął ciężko i wstał. W tej chwili z mroku wyłoniły się dwie postacie - Gohan i Tomat.
- Jak tam trening? -zagaił Trunks.
- Świetnie. -odparł Tomat.
Uub i Frodli podeszli do drzwi od Komnaty. Mr. Popo otworzył przed nimi wejście.
- Pamiętajcie, musicie wyjść po roku. Inaczej zostaniecie tam na zawsze. -przestrzegł ich.
- Nie ma problemu. -zapewnił Uub.
Drzwi zamknęły się za czarnoskórym chłopakiem i Tenki-jinem. Frodli zdumiał się na widok pokoiku z dwoma łóżkami, łazienki i kuchni.
- No dobrze Frodli. Zacznijmy trening. -zaproponował Uub.
Wyszli na podest, z którego widzieli bezkresną białą równinę. Stanęli naprzeciw siebie z uniesioną gardą.
- Trenowałeś już kiedyś? Czy jesteś samoukiem? -dociekał Uub.
- Odbyłem szkolenie na ojczystej planecie, niedokończone z powodu przybycia nań Vegety. Mimo tego potrafię się bić, o czym przekonaliście się wszyscy. -odpowiedział Frodli.
- Pokaż całą swą siłę. -zażądał Uub.
Frodli napiął mięśnie, pochylił się nieco do przodu i zacisnął pięści. Pojawiła się wokół niego fioletowa aura, po czym transformował się w drugą formę. Uub patrzył na przemianę z rąkami złożonymi na torsie, i odezwał się dopiero na końcu metamorfozy.
- Nie pokazałeś mi wszystkiego. -stwierdził.
- Nie mogę osiągnąć wyższego poziomu. Moc dusz mych przodków została już wykorzystana. -odparł Tenki-jin.
Uub wzbił się w powietrze, to samo zrobił Frodli. Zbliżyli się do siebie i zaczęli okładac pięściami i kopniakami...

Odc. 15 - "Historia Tomata"

Gohan leżał na trawie trzymając w ustach suche źdźbło trawy. Miał na sobie strój drużyny Z (niebieski t-shirt i pomarańczowy uniform), ręce zgiął tak, by położyć głowę na dłoniach. Patrzył w niebo i rozmyślał o zbliżającym się odlocie. Najbardziej nurtował go nowy przeciwnik. Kim on jest? Skąd pochodzi? Czy dadzą radę go pokonac? Dumanie przerwał mu Tomat.
- Za trzy godziny odlot. Mam nadzieję że twoi przyjaciele zdążą zakończyć trening. -odezwał się.
- Nie bój się, wszystko dokładnie wyliczyłem. Powinni wyjść w ciągu godziny. -uspokoił go Saiya-jin.
Nastąpiła chwila ciszy.
- Tomat?
- Tak?
- Opowiedz mi coś o Vegecie. O jej historii. O historii rasy mego ojca.
- W porządku- zgodził się przybysz z Kuntu. Usiadł 'po turecku' na trawie, wziął głęboki oddech i rozpoczął opowieść.
- Vegeta była piękną i zasobną planetą. Nasza rasa wytępiła wszystkich jej mieszkańców, Tsufri-jinów, ale przy okazji zaprzepaściła cały jej dorobek technologiczny. Zaczęliśmy więc szukać nowych rozwiązań poza ojczystą planetą. Niestety, trafiliśmy na Freezę i jego ojca. Szybko uzależniliśmy się od nich i w zamian za nowe technologie zaczęliśmy podbijać dla niego nowe planety. Pomagała nam zdolność transformacji w oozaru, nasze siły rosły wtedy dziesięciokrotnie. Jeśli planeta miała mieszkańców niezdolnych stawić opór, wysyłaliśmy nań niemowlęta, które wybijały na nich ludność. Po jakimś czasie przybywali tam wysłannicy Freezy i przejmowali władzę nad globem. W ten sposób na Ziemię trafił twój ojciec. Niestety, dalej nie mogę ci nic już opowiedzieć. Gdy Freeza rozpoczął dzieło zniszczenia Vegety, ja i dziewiętnastu moich podwładnych znajdowaliśmy się w laboratorium kilkadziesiąt metrów pod Ziemią. Gdy nasze czujniki wykryły wielką energię zbliżającą się do planety, wiedzieliśmy, że to Freeza leci nas zniszczyć. Jeden z naszych rodaków, Bardock, zdekonspirował plan tyrana. Cała jego drużyna została wybita przez żołnierzy Dodorii, a on sam ledwo uszedł z życiem. W kwaterze głównej zdradził nam cel podróży Freezy na Vegetę, ale wyśmialiśmy go. Nie wszyscy jednak. Ja i moja załoga skryliśmy się w zbudowanym w tajemnicy przed innymi laboratorium. W ostatniej chwili zdołaliśmy zamknąć się w ultrawytrzymałych kapsułach, które po zagładzie planety dryfowały w kosmosie przez kilkadziesiąt lat. Jakieś dziesięć lat temu jeden z naszych współziomków wylądował na planecie Kuntu, niegdyś odległej o dwa dni drogi od Vegety. Zastaliśmy tam przyjaznych mieszkańców, którzy zasiedlili ją po obaleniu Freezy. Całe szczęście, że nie znali go, inaczej bowiem wygnaliby nas stamtąd jako jego sługusów. Przebudzony wojownik dał sygnał pozostałym kapsułom, by przyleciały do niego. W ciągu kilku tygodni udało się całej dwudziestce zlądować na Kuntu. Dostaliśmy mały kampus badawczy opodal ich stolicy, i tam zaczęliśmy odtwarzać zapamiętane przez nas technologie. ubolewaliśmy nad faktem, że nie prztrwała żadna nasza kobieta, a nikt nie chciał mieć dziecka mieszańca. Dlatego starzeliśmy się bezdzietnie sądząc, że jesteśmy ostatnimi z naszej rasy. I oto kilka miesięcy temu wykryliśmy energię silną jak nigdy dotąd, czerpiącą moc z całego wszechświata. Gdy pojawiła się ta maszkara, na ochotnika poleciałem ku jej źródłu. I przybyłem na Ziemię.
Gohan cały czas patrzył zamyślony w niebo. Nie wie nic o swoim nowym przeciwniku, nawet nie może określić jego mocy. Z opowieści Tomata niewiele mógł wywnioskować poza tym, że potwór jest silniejszy od ocalałych Saiya-jinów. Ale przepaść między nimi a Gohanem jest tak ogromna, że nawet ktoś pokroju Yamchy czy Kuririna mógł stanowić dla nich zagrożenie! W tym momencie przypomniał sobie, że od czasów walki z Buu nie widział sie ze starymi przyjaciółmi. Obiecał sobie, że po powrocie odwiedzi wszystkich. Tymczasem poczuł dwie nowe, znaczne siły na zachodzie. Chłopak wstał, Tomat uczynił to samo.
- Możemy ruszać. Uub i Frodli już wyszli. -poinformował Tomata.
- Skąd to wiesz? Przecież nikt ci o tym nie powiedział. -zakwestionował jego mowę Saiya-jin.
- Wyczułem ich energię. Jeśli byś się skoncentował, także by ci się to udało. -wytłumaczył Gohan.
Tomat zamknął oczy i skupił się. Po chwili poczuł drgania powietrza w okolicy. Siła zbliżała się, aż znalazła się niebezpiecznie blisko niego. Tomat nie wytrzymał i wystrzelił pocisk Ki. W ułamku sekundy źródło siły zniknęło.
- To był motyl. -roześmiał się Gohan- Skup się na większych energiach, porównywalnych z twoją.
Tomat posłuchał jego rady i na nowo zaczał skanować Ziemię. Najpierw wyczuł ponadprzeciętną energię Gohana, później dochodzące z oddali przebłyski mocy Trunksa i Gotena, na końcu Frodliego i Uuba. Już miał zakonczyć, gdy natrafił na niewyobrażalną potęgę, wielokrotnie silniejszą od wszystkich dotychczasowych razem wziętych. Zlał się potem i szybko przyjął gardę.
- To Vegeta. -wyjaśnił Gohan- Zapewne trenuje, dlatego podniósł poziom mocy. Nie bój się, jest po naszej stronie.
Tomat wysłuchał jego słów w milczeniu. Gohan wzbił się w powietrze, tuż za nim przybysz. Wrócili do Pałacu Dendego.

Odc. 16 - "Pan i sługa"

W Pałacu Dendego czekali już na nich Uub, Frodli, Dende i Mr Popo. Po chwili dołączyli Trunks, Goten, Videl i Pan. Statek przygotowany do odlotu stał pośrodku placu.
- Przyjaciele, życzę wam udanej walki i szybkiego powrotu do domu. -odezwał się Dende.
- No nie wiem czy takiego szybkiego. -zaoponował Tomat- Na Kuntu leci się tydzień. Planujemy zrobić jeszcze jednodniowe międzyladowanie na zaprzyjaźnionej planecie. Po pokonaniu wroga chciałbym, aby nasi goście zostali z nami przez około pół roku. Gohan mógłby nas sporo nauczyć.
Wszyscy spojrzeli zdziwieni na syna Goku. Ten złapał się ręką za tył głowy i uśmiechnął się.
- Zobaczę, jakie mają zdolności, i podszkolę ich nieco. -wytłumaczył się, ale widząc zaniepokojone twarze żony i córki dodał: -Nie bójcie się o mnie. Wszystko będzie dobrze.
- Skoro tak mówisz... -westchnęły na raz Pan i Videl.
Tomat pierwszy wszedł na trap. Już miał zniknąć w środku statku, gdy zatrzymał go znajomy głos.
- Tomat... a więc przeżyło na więcej.
Saiya-jin obrócił się i otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- Książę Vegeta...
Vegeta wylądował powoli i podszedł do statku. Rozejrzał się w prawo i w lewo po czym przemówił.
- Lecicie gdzieś? A kto i gdzie? I po co? I czemu ja nic nie wiem?
Gohan podszedł do niego powoli unosząc ręce w pojednawczym geście.
- Spokojnie, nie gorączkuj się tak. Tomat prosi nas o pomoc i my jej mu udzielamy. Jego ludzie mają kłopoty z atakującym ich potworem. Lecimy ja, Frodli i Uub.
Vegeta drgnął na dźwięk drugieigo imienia. Wtedy dostrzegł Tenki-jina ubranego w zielono-pomarańczowy uniform o kroju jak ich pancerze podczas treningu do Cell Game- zielony kombinezon, pomarańczowy pancerz. Uub cały czas miał na sobie czarną kamizelkę i białe spodnie- te same, które uzyskał po fuzji z Buu.
- Nisko upadłeś, Gohan. Bratasz się z zabójcą twej córki. -szydził Vegeta.
- Jeśli chcesz możesz lecieć za mnie. -zaproponował Frodli.
- O nie! -zaoponował Vegeta- Nie zostawię mojego syna i jego matki na twojej łasce! Już lepiej leć z Tomatem. A po powrocie zobaczycie mój popisowy numer. -dodał tajemniczo.
Tomat zawrócił z trapu i podszedł do Vegety.
- Rozumiem, że nie chcesz zobaczyć się z twoim ludem. -stwierdził.
- Jesteście słabi. Jeśli chcecie, przylećcie na Ziemię. Mi jest tu dobrze i nie zamierzam się stąd ruszać. Mam tu rodzinę i mogę trenować, od czasu do czasu trafi się godny przeciwnik. -odparł Książę Saiya-jinów.
- Tam też masz rodzinę. Na Kuntu został mój brat, Potat, a ja jestem przecież twoim kuzynem. -rzucił perswazyjnie Tomat.
- Hmmm... -zamyślił się Vegeta- No, może was odwiedzę. Spodziwajcie się mnie w ciągu dziesięciu dni. I uporajcie się szybko z wrogiem, nie zamierzam oglądać utarczek z jakimś słabeuszem. To poniżej mojej godności.
- Nigdy się nie zmienisz. -podsumował go Gohan- Ale przyleć jeśli chcesz. Ja zostanę tam na pół roku. Chcę poznać bliżej rasę ojca.
Vegeta nie powiedział już nic więcej, więc Gohan, Uub i Frodli pożegnali się z wszystkimi, a Tomat podziękował za pomoc. Weszli do statku i zajęli miejsce w siedzeniach. Za sterami siadł Tomat. Drzwi zamknęły się, silnik ruszył i po pół minuty wznieśli się w powietrze. Pozostali pomachali im na pożegnanie.

+ + +

Tymczasem gdzieś na pustkowiu, w ciemnej jaskini naczelny kapłan sekty boga Dervina odprawiała swe rytuały. Za posąg służyła im statua przedstawiająca brodatego starca siedzącego na pniaku na wzór Chrystusa Frasobliwego. Przemówił on głosem tubalnym i wzniosłym.
- O boże nasz i panie! Ty, który dajesz nam jedzenie i wodę, życie i szczęśliwą śmierć, zwycięstwo i godną porażkę! Wysłuchaj próśb twych niegodnych sług!
Nagle ziemia zadrżała, a w jaskini zebrały się chmury. Błysnęło kilka razy i paru spośród klęczących przed pomnikiem padło trupem.
- Dlaczego mącicie mój spokój? -odezwał się zimny, metaliczny głos.
- O wielki Dervinie! Pragniemy rozsławić twe imię na całej ziemi po wsze czasy! Potrzebujemy tylko najbardziej złych istot, jakie nosiła Ziemia! Niech będą na naszej służbie!
Znów błysnęło, oczywiście nie obyło się bez ofiar. Obłoki obniżyły się aż do podłoża i zaczeły rzedąć. Ocaleli wyznawcy z kapłanem na czele ujrzeli zmartwychwstałych przeciwników Son Goku.
Freeza, Cell, Li Shenron, Super 17, Bebi, Jees, Recoom, Baata, Gerudo. Po chwili zaczęli emanować jasnym blaskiem i zlali się w trzy postaci. Strop zadrżał, jaskinia zawaliła się.

Odc. 17 - "Rozgrzewka przed walką"

Podróż mijała im beztrosko- przez cztery dni Gohan i Tomat trenowali w specjalnie zaaranżowanym do tego celu pomieszczeniu (dzieło Bulmy), Frodli kontemplował, Uub wykonywał proste ćwiczenia fizyczne (pompki na kciukach, chód na czubkach palców wskazujących). Tomat cały czas usiłował pokonać Gohana bez osiągania poziomu SSJ, ale nie miał szans. Gohan natomiast nigdy nie pokazał przyjacielowi swej pełnej mocy- wolał zostawić ją na walkę z przeciwnikiem. W końcu na polecenie Tomata wszyscy zasiedli w fotelach.
- Za godzinę wylądujemy na Xidex, zaprzyjaźnionej z moimi ludźmi planetą. Ponoć mają jakieś kłopoty z Imperium Galaktycznym, które liczy już sobie kilkanaście planet i ma ich teraz na celowniku. Nie będziecie mieli mi za złe, że poproszę was o pomoc także w tej sprawie? -niepewnie zapytał Saiya-jin.
- Nie ma problemu. -uspokoił go Gohan- Mała rozgrzewka nam nie zaszkodzi.
Po chwili ujrzeli przed sobą planetę Xidex- dosłownie bliźniaczkę Ziemi. Szybko wylądowali na dziedzińcu pałacu królewskiego. Na powitanie wyszło przeciw nim z tuzin żołnierzy uzbrojonych w piostolety laserowe. Tuż za nimi kroczył wysoki mężczyzna w dojrzałym wieku. Miał na sobie zbroję z nieznanego Gohanowi metalu, spoglądał na nich wzrokiem stanowczym i groźnym, ale rozpogodził się na widok Tomata, który jako ostatni opuścił wehikuł.
- Tomat... -zagaił przyjaźnie- Spodziewaliśmy się ciebie. A cóż za przyjaciół nam tu przywozisz? -tu spojrzał znacząco na swych żołnierzy, którzy rozstąpili się przed nim. Mężczyzna wyszedł przed szereg, by baczniej przyjrzeć się przybyszom z Ziemi. Tomat podszedł do niego i przyklęknął przed nim na prawe kolano, po czy wstał.
- Królu Maximusie, oto sławetni wojownicy ziemscy... Gohan, najpotężniejszy wojownik we wszechświecie... Uub, najsilniejszy Ziemianin... Oraz Frodli, ostatni Tenki-jin... -przedstawił towarzyszy Tomat.
- Świetnie, świetnie. Przydadzą nam się ich umiejętności bojowe. Za kilka minut zaatakuje nas imperium. -odparł król.
- Kilka minut? -zdziwili się przybysze.
Istotnie, po paru chwilach doszedł do ich uszu szum tysięcy statków kosmicznych. Pojawiły się one niespodzianie i w mgnieniu oka wylały się z nich setki żołnierzy ustawiających się w kwadraty 25x25. Koło króla jak spod ziemi wyrosło stu rosłych wojowników. Wynik walki wydawał się przesądzony, gdyby nie czynnik boski, jakim byli przybyli wojownicy. Na czoło najeżdżającej armii wysunął się zielonoskóry, ropuchowaty mężczyzna.
- Królu Maximusie! -przemówił- Lord Fire daje ci pięć minut na oddanie planety w jego ręce, jeśli chcesz ujść z życiem. Inaczej zajmiemy Xidex siłą i wymordujemy mieszkańców co do głowy. Lord Fire przybędzie z kwadrans, do tego czasu planeta ma być nasza!
Król nawet się nie namyślał, tylko odpowiedział od razu.
- Twa pycha zostanie kiedyś skarcona, Sebex! To będzie twoja ostatnia bitwa!
- Skoro tak stawiasz sprawę, to nie mam wyjścia. Żołnierze, do ataku! -ryknął Sebex.
W mgnieniu oka wystrzeliły wszystkie pistolety- padła połowa żołnierzy Maximusa i tyko kilku Imperium. Ocaleli wojownicy ruszyli do szturmu, ale padli w kilka minut. Na końcu zostali tylko ranny Maximus, Uub, Gohan, Tomat i Frodli.
- Co za bestie... -wyszeptał przerażony król.
Tymczasem w Gohanie kipiał gniew. Zbyt wiele cierpienia widział w swym życiu, by pozostać obojętnym. Teraz wyrzucał sobie, że nie zdążył ocalić wojowników armii Xidex. Czuł się, jakby miał ich krew na rękach. Wytworzył białą aurę i sam rzucił się na tysięczna armię. Powalał jednego żołnierza za drugim, żaden pocisk nie mógł go trafić (niezawodny Zanzoken) i po chwili pozostał już tylko Sebex. Chłopak uspokoił się nieco. Dostrzegł zadowolone miny uuba i Frodliego, ale Tomat i Maximus wyglądali na nieźle przestraszonych. Fakt, oni nigdy nie widzieli go w gniewie. Nawet podczas treningu z Tomatem Gohan nigdy nie użył takiej mocy. Za to Sebex wcale nie stracił rezonu. Właściwie to nie miał powodu. Wszyscy wyczuli kilka pokaźnych sił mieszczących się w statku lądującym kilkadziesiąt metrów od nich. Wyłoniły się z niego cztery postaci. Pierwszy- wysoki, barczysty mężczyzna o jednym oku i zielonych włosach; drugi- niski, gruby człowieczek z wystającymi kłami dolnej szczęki i kocimi oczami; trzeci- facet podobny do Sebexa. Ostatni był najsilniejszy i miał na głowie kaptur.
- Lord Fire. -wyszeptał na jego widok Maximus.
Zapanowała powszechna konsternacja.

Odc. 18 - "Pierwsza runda"

Lord Fire wraz ze swymi sługami stali kilkanaście metrów przed Gohanem i resztą.
- Maximusie! Jaki ty byłeś głupi! Myślałeś, że ściąganie pomocy z innej planety cię uratuje? Niestety, zaraz twe nadzieje spłoną. Sebex! Załatw ich!
Dowódca armii Imperium skinał głową i rzucił się, na swoje nieszczęście, na Tomata. Ten spokojnie przeskoczył nad nim i prostując nogę, uderzył do piętą w potylicę. Martwy Sebex padł na deski. Tymczasem Tomat spokojnie wylądował na obie nogi.
- Próbuj dalej. -wydrwił Lorda Fire.
Najeźdźca zacisnął pięści.
- Sword! Armor! Zabijcie ich! Zacznijcie od tego pyszałka!
Drągal i przykurcz ruszyli na Tomata. Spróbowali zadać kilkanaście ciosów, przed którymi Saiya-jin elegancko się uchylił. W najmniej oczekiwanej chwili zadał obu jednocześnie ciosy pięścią w brzuch i przebił ich na wylot. Następnie rzucił precz ich martwe ciała. Lord Fire odrzucił kaptur i stanął w gardzie. Wyglądał niczym hybryda Nameczanina z Chewbaccą- zielona skóra, czułki, czarne, psie oczy, pazury na palcach i masywna postura.
- Teraz dam ci nauczkę! To ledwie część mojej armii! Zabiję was i wysadzę tę planetę!
Tomat roześmiał się. Po treningu z Gohanem wierzył w swą moc i sądził, że jest niepokonany.
- A spróbuj! -wykrzyknął- Skończysz jak twoi poprzednicy!
- Milcz pyszałku! Twoi przyjaciele nie będą mieli czego zbierać, jak się za ciebie zabiorę! -odparł Fire.
Tomat zezłoszczony zaczął lecieć w kierunku przeciwnika. Kilkanaście razy uderzył go w brzuch, zbombardował go Ki Blastami a na koniec wystrzelił wyuczone u Gohana Kamehameha. Wzniecony kurz przesłonił im widok na pole walki. Tomat uniósł rękę w geście triumfu.
- Mówiłem ci, że cię załatwię! -szydził- Oto cała potęga Imperium! Królu Maximusie! Koniec wojny! Wróg pokonany!
Odwrócił się i zaczął iść w kierunku Gohana i reszty. Wtem z kurzawy wyłonił się Fire i zamachnął się na Tomata.
- Tomat, uważaj! -krzyknął Gohan.
Saiya-jin nie zdążył zareagować i otrzymał cios piszczelą w skroń. Siła uderzenia wyrzuciła go kilkanaście metrów do tyłu, tak że wylądował pod stopami Gohana. Wbrew obawom chłopaka Tomat podniósł się i napiął mięśnie.
- Fire! Jeszcze z tobą nie skończyłem! Nie zniszczysz tej planety, nie pozwolę na to! -krzyknął i transformował się w SSJ.
Gohan wyczuł w nim siłę większą niż kiedykolwiek wcześniej. Powodowany gniewem Tomat niemal podwoił swe siły w stosunku do normalnego dla siebie poziomu SSJ. Teraz mógł stawić czoła przeciwnikowi. Lord Fire pierwszy cios przyjął na siebie i zgiął się wpół pod naporem pięści Tomata o jego mostek. Zaczął otrzymywać ciosy we wszystkie części ciała będące powyżej pasa. Nie potrafił przejąć inicjatywy, siniaki pokryły mu tors i brzuch, wdłuż pleców biegła rana cięta (Tomat użył wiązki Ki), a z kącika ust płynęła krew. Kiedy spróbował zablokować cios przedramieniem poczuł trzask łamanych kości i po chwili stał z lewą ręką zwisającą bezwładnie poniżej łokcia. Tomat pewien zwycięstwa cofnął sie nieco i uniósł ręce nad głową, po czym uformował w nich małą kulkę- zaczątek Tomat Cannon. Wystrzelił w Lorda Fire okrywając pole bitwy gęstym pyłem. Słychać było wrzask atakowanego, ale Tomat nie ustawał. Cały czas wyzwalał energię, aż po minucie uznał, że odniósł zwycięstwo. Wiatr rozwiał kurz i wszyscy ujrzeli Lorda Fire leżącego na ziemi, na niewielkim kopcu. Jeszcze się ruszał. Po chwili usiadł, cały czas próbując wstać. Tomat w mig znalazł się przy nim, wyciągając ku niemu dłoń gotową do wystrzelenia śmiertelnego pocisku. Fire zląkł się.
- Tomat, nie zabijaj mnie! Naprawdę, wyniosę się stąd i nigdy nie wrócę! Daruj mi życie! -błagał pokonany.
- Sorki, ale to sprawa osobista. Nie mogę spełnić twej prośby. -z kamienna twarzą odparł Tomat.
I w tej chwili stało się coś dziwnego. Już pocisk miał opuścić dłoń Saiya-jina, gdy wtem jego włosy zrobiły się czarne, a zamiast śmiercionośnego ładunku Tomat wystrzelił obłoczek energii. Zdumieniu patrzących nie było końca.
- Co się stało? -przeraził się Tomat.
Lord Fire błyskawicznie wstał i uderzył Saiya-jina pięścią w brzuch, tak że ten aż cofnął się kilkanaście metrów.
- Nie myślałeś chyba, że już po mnie. Wygrałeś pierwszą rundę, ale teraz ominie cię szczęście. -zapewnił Fire.

Odc. 19 - "Druga runda"

Tomat i Fire walczyli jak w amoku. Okładali się wzajemnie, ciekły z nich strugi potu i krwi, mimo to nie ustawali w atakach. Gohan, Uub, Frodli i Maximus z otwartymi ustami podziwiali zaciętość obu wojowników.
- Przed treningiem nie był taki silny. -zauważył Frodli- Musiał porządnie się wzmocnić.
- Rzeczywiście, nie próżnował. -potwierdził Gohan- Jest w końcu kuzynem Vegety, mają coś wspólnego. Kilka razy omal Tomata nie zabiłem, ale jakoś stawał na nogi. Jestem dla niego pełen podziwu. Nie mogę tylko zrozumieć, dlaczego nie może transformować się w Super Saiya-jina.
- Chyba przesadził z eksploatacją własnego organizmu. -wyjaśnił Uub- Wyczerpał wszystkie pokłady swej energii, i nie mógł nawet utrzymać się na pełnych obrotach. Musimy liczyć na to, że Fire też jest zmęczony i szybko ulegnie.
- Tomat wygra. -zapewnił Maximus- Znam go. Wiele razy w ostatniej dekadzie walczyłem u jego boku. Kilka razy uratował mi życie. Nie ugnie się przed nikim.
Pozostali przyjęli jego słowa z ulgą i pozostało im tylko wierzyć w instynkt Saiya-jina, który zawsze doprowadzał Tomata do triumfu. Tymczasem walczący właśnie ciskali w siebie ładunkami Ki. Wzniesieni w powietrze, wystrzeliwali je z częstotliwością karabinu maszynowego. Torsy, ramiona i głowy naznaczone były rozlicznymi ranami i zadrapaniami, ale dla Tomata i Lorda Fire to się nie liczyło. W tym momencie Tomat chciał udowodnić sobie, że trening w RoSaT uczynił z niego niepokonanego wojownika. Co prawda ostatnie minuty zdawały się przeczyć temu twierdzeniu, niemniej wciąż wierzył w swą nieomylność. Lord Fire z kolei walczył o prestiż. Zdawał sobie sprawę, że poza Tomatem i Maximusem pozostali są od niego silniejsi, ale przed śmiercią chciał choć jednego wroga posłać do piachu. Na razie wychodziło mu to średnio, ale liczył, że uśmiechnie się do niego szczęście. Jak na razie żaden nie wysunął się na prowadzenie - obaj dyszeli tak samo, wyglądali tak samo żałośnie i byli tak samo wyczerpani. Po którejś z kolei wymianie ciosów padli na Ziemię i nie mieli sił się podnieść.
- Tomat! -krzyknął Gohan- Teraz masz szansę! Znajdź w sobie trochę energii!
Saiya-jin leżał otępiały. Słowa Gohana słyszał niczym echo, ale zrozumiał je. Skoncentrował się, tak jak uczył go syn Goku. Wstał z wielkim trudem, na nogach utrzymywała go tylko determinacja. Wyciągnął ręce przed siebie, złączył je przy nadgarstkach i przyłożył je sobie do boku.
- Ka! Me! Ha! Me! -sylabizował.
Lord Fire dźwignął się na kolana i oparł rękami o ziemię.
- Chyba nie zaatakujesz leżącego? -wyharczał.
- Nie miałeś dla nikogo litości, ja nie będę miał dla ciebie! -odparł Tomat- Haaaaaaaaaaa!!!
Promień Ki grubości niecałego metra uderzył Lorda Fire. Wojownik oderwał się od ziemi, i znajdując się na czele pocisku, krzyczał przenikliwie. Po paru sekundach zabrakło mu sił na odpieranie ataku i Kamehameha przebiła go na wylot, a następnie podzieliła na pół. Na ziemię upadły nogi, rece i głowa Lorda Fire. Reszta uległa rozpłynięciu w energii Ki. Tomat zmęczony zaprzestał natarcia. Cały czas miał ręce złożone jak do ataku, a sylwetka miarowo obniżała się i podwyższała (w rytm głębokiego oddechu). Ze słowami "Zrobiłem to" Tomat stracił przytomność. Nastała ciemność, którą przerwał ból w ramionach. Tomat obudził się na łóżku zasłanym białą pościelą. Koło niego siedział Gohan.
- Gohan... -wyszeptał Tomat- Ile czasu spałem?
- Dwa dni. -poinformował syn Goku- Nie mogliśmy zabrać cię na statek póki nie oprzytomniałeś.
Ranny Saiya-jin wyskoczył z łóżka.
- Lecimy!!! -zakomenderował- Nie mamy czasu! Moi ludzie giną na Kuntu, a ja mam wylegiwać się w łóżku? Nigdy w życiu!
Zaskoczony Gohan podrapał się w tył głowy.
- He he... Możemy lecieć jeśli chcesz. -odparł chłopak.
Tym sposobem po godzinie cała czwórka (Gohan, Uub, Frodli i Tomat) stali na trapie swego statku kosmicznego. Na pożegnanie wyszedł ku nim Maximus na czele pochodu dzieci Xidexańskich. Na jego znak z setek ramion poleciały w górę płatki kwiatów, kąpiąc otoczenie w różu i bieli. Maximus uścisnął każdemu z bohaterów rękę, kończąc na Tomacie.
- Lećcie w pokoju. Tomat, na pewno poradzisz sobie z przeciwnikiem. Jesteś przecież Super Saiya-jinem. -rzekł na pożegnanie.
- Nie zawiodę cię. Przylecę tutaj doglądnąć paru spraw. Kiedy zabij potwora nękającego mój lud. -zapewnił kuzyn Vegety.
Na koniec cała czwórka pomachała dzieciom i ich rodzicom stojącym po bokach pochodu. Statek wystartował okrywając ziemię tumanami spalin. Przed nimi dwa dni podróży. A potem...

Odc. 20 - "Kuntu"


Przez cały czas lotu Tomat trenował bez wytchnienia. Miał żywą w pamięci wpadkę w walce z Lordem Fire. Gohan nie potrafił wytłumaczyć mu, dlaczego stracił impet i tylko determinacji zawdzięcza triumf na Xidex. Gohan i Frodli bawili się w miniturnieju, po godzinnej walce znokautowani wrażymi Ki Blastami leżeli uśmiechnięci na posadzce. Tylko Uub nie walczył. Medytował bez przerwy, ale Gohan wyczuwał w nim powolny wzrost mocy. Widocznie Uub zwiększał swój poziom mocy podobnie jak Piccolo przed 27 Tenkaichi Budoukai- tylko kto go tego nauczył? Po jakimś czasie podróżnikom znudziły się zabawy i oddali się konsumpcji- bo wojownik głodny to wojownik zły :) . Na powrót do treningu nie było już czasu, komputer pokładowy oznajmił lądowanie na Kuntu za kilkadziesiąt minut. Usadowili się tedy w swoich siedziskach i czekali na spotkanie z nieznanym.
Planeta Kuntu nie przypominała wcale Ziemi. Wielkością dorównywała może Plutonowi, pośrodku wielkiej plamy zieleni otoczonej błękitem dojrzeli szarą skazę.
- To Victorya, stolica Kuntu. Nasz obóz leży kilka kilometrów od niej. -wytłumaczył Tomat.
Pozostali w milczeniu przysposobili się do lądowania.
Najbardziej zdziwiła ich absolutna cisza po wyjściu ze statku.
- Ilu mieszkańców liczy Victorya? -spytał Gohan.
- Koło miliona. -odparł Tomat.
- Niemożliwe. -skomentował Gohan- Na całej planecie poza nami jest tylko kilkanaście osób na zachód stąd.
- Co !?!?!? -wrzasnął Tomat.
Saiya-jin padł na kolana i złapał się za głowę.
- Moja wina! Gdybym pokonał Fire od razu, tamci by przeżyli! A teraz zostałem tylko ja i moi ludzie! -rozpaczał.
Tomat wstał, oczy miał zaczerwinione jekby przed chwilą płakał.
- Zabijmy go. -wycedził- Zabijmy go, pomścijmy milion istnień!
Gohan spokojnie podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu.
- Nie martw się. Jesteśmy tu by ci pomóc. -pocieszył przyjaciela syn Goku.
Tomat spojrzał na Uuba i Frodliego. Pierwszy miał na twarzy dobrotliwy uśmiech, drugi tylko skrzywił usta. W milczeniu skierowali się ku wiosce Saiya-jinów. Po opuszczeniu opustoszałych blokowisk wyszli na kwitnącą łąkę. Po kwadransie marszu dotarli pod bramę do siedziby wojowników. Metalowe wrota były wyrwane i leżały na środku drogi.
- Potwór jest w środku. -dostrzegł Tomat- Zawsze na bieząco naprawiamy wejście.
W odpowiedzi Gohan, Uub i Frodli wzmogli ostrożność. Weszli do środka. W centum kolistego placyku stała niezbyt wysoka postać odziana w ciemnozielony kaptur. Spod niego świeciły fioletowe oczy. Dokoła niego stało piętnastu Saiya-jinów, wszyscy strwożeni widokiem przeciwnika. Tomat wysunął się przed towarzyszy i przemówił do przyjaciół.
- Nie bójcie się, mam posiłki. Trzej najsilniejsi wojownicy we Wszechświecie zechcieli nam pomóc rozprawić się z bestią.
Odpowiedziała mu głucha cisza. Tomat zlustrował twarze przyjaciół i po chwili padł na kolana.
- Potat! Bracie, teraz na ciebie przyszła pora?
W przypływie furii kuzyn Vegety wstał, promieniując energią.
- Walcz ze mną łotrze!
Odpowiedział mu chropowaty głos spod kaptura.
- Za tydzień. Dziś już jedną osobę zabiłem, nie mam ochoty na więcej.
- Szubrawco! -warknął Tomat.
Podleciał do niego i spróbował zadać cios. Wróg uchylił się, ale Saiya-jinowi udało się zerwać mu kaptur. W tym momencie Frodli otworzył szeroko oczy.
- Bell... -wyszeptał.
W tej chwili przeciwnik spojrzał na niego.
- Frodli... Kopę lat... Braciszku.
Pozostali poczęli nerwowo spoglądać to na jednego, to na drugiego Tenki-jina. Bracia bylio podobni jak dwie krople wody, ale Bell był niższy i miał bliznę na lewym policzku. W głowie Gohana zaczęły się kłębić czarne myśli.

C.D.N

Przejdź do <-- Rozdział 1 / Rozdział 3 -->

2551 Czytań | Drukuj